Trasa maratonu

W części nazwanej prologiem opisaliśmy dni poprzedzające start. Wieczorem przed startem poświęciliśmy po raz kolejny chwilę na przestudiowanie trasy biegu. Była bardzo ciekawa, prowadząca zarówno po okolicach starego miasta, jak i nadmorskich. Była bardzo płaska, choć kręta, a punkty odżywiania i nawadniania miały być umieszczone co 5 kilometrów.

Dla mnie natomiast istotne było, że od 25. kilometra w punktach odżywiania miały być dostępne banany. Podczas dłuższych wybiegań używałem bananów przyzwyczajając żołądek do tego pokarmu. Niestety, niezależnie od rodzaju żeli czy hydrożeli około trzeciej godziny wysiłku przestaję je tolerować, a banany byłyby moim zbawieniem. Odrobinę niepewności zasiał we mnie mój trener Kamil, który zaśmiał się ponuro, że oby banany były, gdy ja dobiegnę do miejsc odżywiania.

Organizatorzy przygotowali też ciekawą wizualizację video przebiegu trasy.


Nasze plany

Dla mnie był to 9 maraton, ale 7 uliczny.  Rok temu, moja życiówka z Wenecji wynosiła 3:44:08, na wiosnę tego roku poprawiłem ten wynik w Kopenhadze na 3:40:51. Tym razem mój cel był jasny, chciałem pobiec 4-5 minut szybciej, ale przede wszystkim biec równym tempem. W każdym z poprzednich maratonów siły kończyły mi się na kilka kilometrów przed metą. Ale tegoroczne biegi ultra ustawiły w moim umyśle granicę nieco dalej. 42 km jakby straciło już swoją magię i nie budziło we mnie pokory. Postanowiłem zacząć tempem w okolicach 5’06-5’08 i w miarę możliwości takim samym skończyć.

Mój plan również był prosty. Złamać cztery godziny. Maraton w Wenecji był moim debiutem, na końcówce którego poległem, wielokrotnie przechodząc do marszu. Teraz byłem dobrze przygotowany, zmotywowany, gotowy do walki, jeśli nie wystąpią problemy na mecie, liczyłem na życiówkę. Choć z respektem podchodziłem do biegu, bo to jednak królewski dystans, zdarzyć się mogło wiele. Niemniej śmiałem się, że do 21. kilometra trasę znam na pamięć. Do 30.kilometra jakoś dobiegnę. Zostanie dwanaście kilometrów walki.


Przed startem

Pobudka nastąpiła około 6:00, każdy z nas zjadł to co preferuje przed biegiem. U mnie oznaczało to zjedzenie trzech tostów z dżemem morelowym, wypicie szklaneczki carbo i kawy. Na drogę wziąłem sobie jeszcze banana i butelkę wody.

Ja postawiłem na dwa banany, ale nie pogardziłem smakowitym tostem. Kubek kawy rozbudził mnie, to była wielokrotnie testowana przeze mnie kombinacja. Carbo nie używałem, nie chciałem od rana męczyć żołądka chemią. Na biegowym pasie miałem dwie buteleczki, w jednej z nich kryły się wyciśnięte trzy hydrożele, czwarty miałem w kieszonce spodenek.

Wyszliśmy z apartamentu o 6:50, na przystanek mieliśmy około 200 m. Autobus na start miał przyjechać w ciągu paru minut i tak też się stało. Ale zanim przyjechał zdążyliśmy usłyszeć polską mowę i już po chwili zapoznaliśmy Zygmunta, Jacka i Grzegorza. Zaczęliśmy się śmiać słysząc, że Grzegorz jest z… Rybnika! W wesołym towarzystwie dotarliśmy na miejsce, życzyliśmy sobie powodzenia i uwieczniliśmy spotkanie na zdjęciu.

Jest coś magicznego w porannym wychodzeniu na start maratonu. Zewsząd wychodzą maratończycy, zdecydowanym krokiem zmierzają w okolice startu. Było chłodno, do tego pojawiły się emocje, chłonęliśmy atmosferę i budzącą się do kolejnego dnia Walencję. Wszystko było takie nierealne, fizycznie czuliśmy napięcie, które uwolni się po strzale startera… Ale do tej chwili pozostało jeszcze półtorej godziny…

wschód słońca Walencja

Okolice startu o świcie wyglądały pięknie, a my po dwukrotnym odwiedzeniu Toi-Toi’a zaczęliśmy rozgrzewkę.

A skoro jesteśmy przy tym temacie, to pamiętałem barwną opowieść Tomka z maratonu w Paryżu, przed którym natknął się na otwarte, czworoboczne Toi-Toi’e. Czyli takie, w których panowie biegacze stają z czterech stron urządzenia i mogą spokojnie oddawać honorowo płyny, widoczne są tylko ich plecy. Teraz po raz pierwszy z czegoś takiego korzystałem, obok mnie stał Włoch, za nim jego koledzy, którzy starali się jak potrafili go rozśmieszyć, uniemożliwiając mu skupienie się na czynności fizjologicznej. Wołali, śpiewali, rozśmieszali, naprawdę trudno było opanować wesołość…

Czas uciekał nieubłaganie.

Do czego służy wazelina wie każdy biegacz długodystansowy. Dziesiątki tysięcy kroków i wymachów rękami podczas biegu nie są obojętne dla naszych pach, pachwin, sutków, ud. Dlatego trzeba wrażliwe miejsca stosownie nasmarować (zresztą tą oczywistą oczywistość potwierdzi każdy inżynier – kto smaruje, ten biegnie). W okolicach startu przechadzały się dwie dziewczyny podające biegaczom pojemniczki z wazeliną oraz jednorazowe ręczniki. One się śmiały, my się śmialiśmy, ale trzeba przyznać, że organizatorzy pomyśleli o każdym szczególe i o wygodzie biegaczy.

Rozgrzaliśmy się, nasze bluzy były już nam niepotrzebne, czas już było oddać je do depozytu. Rząd namiotów oznaczonych zakresami numerów ciągnął się w nieskończoność.

Potem skierowaliśmy się w kierunku startu. Jeszcze zamaszysta piątka, życzenia powodzenia i każdy ruszył do swojej strefy!

Stanąłem w wielobarwnym i wielojęzycznym tłumie. Za każdym razem w tym momencie chodzą mi ciarki po plecach. Jest jakaś niesamowita energia w tych ludziach i świetnie jest móc być pośród nich. Ponad 16 tysięcy mające przed sobą ten sam dystans. Niemniej na mojej twarzy malowało się już skupienie, w końcu przyjechałem tu zrobić wynik i należało się skoncentrować na tym zadaniu.

Tak uczyniłem i ja. Byłem skoncentrowany. Przed oczyma przewijały mi się dziesiątki wybieganych kilometrów, godziny spędzone na sali treningowej, zrealizowane plany, wiedziałem, że przeszedłem długą i męczącą drogę aby stanąć tu dziś na starcie maratonu. Zadbałem o szczegóły, na oczach soczewki kontaktowe, dzięki nim miałem okulary przeciwsłoneczne, na głowie, tak jak i Tomasz, czapka z PKO Silesia Maraton, na uszach słuchawki, na ręku buff do ocierania twarzy z potu – detale i detaliki, wszystkie przetestowane i budujące mój komfort.


Ruszamy !

Około 8:40 nastąpił strzał dla mojej strefy.  Przy głośnym dopingu wbiegliśmy na most. Ponieważ obok startował bieg na 10 km, to z góry wyglądało to mniej więcej tak.

Tomasz startował w grupie przede mną, sześć minut wcześniej. Przed startem oklaskiwaliśmy startujących biegaczy niepełnosprawnych, którzy szybko przemknęli obok nas.

Przez pierwsze 1,5 km musiałem przebijać się do przodu przez wolniej biegnących zawodników. Parę minut więc upłynęło, zanim zacząłem biec planowym 5’07”. Pogoda była idealna do biegu, około 12 stopni, piękne słońce, a jako że tłum na trasie przestał przeszkadzać w poruszaniu się swoim rytmem, to od 2 km rozpoczęła się moja walka o stałe tempo.  Na 5 km zameldowałem się z czasem 26:10, więc około 30 sekund za wolno. Tyle mniej więcej kosztowało mnie przepychanie na początku.

Ja biegłem równo od samego początku. Zgodnie z radami ustawiłem się na początku mojej strefy startowej, nikogo nie musiałem wyprzedzać, biegłem swoim rytmem mając przez pierwsze kilometry po kilka sekund zapasu nad założonym tempem 5’40”. Tak w każdym razie wskazywał mój zegarek.

Kolejne kilometry mijały miarowo, właściwie nie wiele można o tym napisać. W wielu miejscach na trasie kibice głośno dopingowali, grała muzyka, dzieci przybijały piątki. Przy unoszącym się coraz wyżej na niebie słońcu minął 10 km (51:16), 15 km (1:16:45), a potem 20 km (1:47:37).  Chwilę potem minąłem połowę dystansu. Czułem się mocno i wręcz zrelaksowany, tempo 5’07” było średnim docelowym i bez problemu go utrzymywałem.  Tętno w połowie dystansu miałem jeszcze poniżej 150 ud/min.  Co 7 km zjadałem jeden żel, a na punktach nawadniania piłem kilka łyków wody i porywałem ćwiartkę banana lub 2-3 suszone morele.

Na dziesiątym kilometrze już byłem pewien, że mój zegarek oszukuje i to mocno. Niestety musiałem przyspieszyć, bo tempo 5’40” było w rzeczywistości o kilka sekund zbyt wolne – widziałem to dzięki opasce z międzyczasami, którą zrobił mi Tomek. Pierwszy żel zjadłem na 12. kilometrze, kolejny około 19. kilometra. Co pięć kilometrów brałem butelkę 0,3 litra (genialna wielkość) i piłem kilka łyków, resztą zwilżałem czapkę i buff, którym przecierałem twarz i kark, które pokrywały się warstwą soli.

Półmaraton przebiegłem „na styk” z planowanym czasem, bardzo niestety niekomfortowe psychicznie było to, że już nie miałem przewagi nad planem, którą zjadły mi niedokładności pomiaru zegarka. Miałem wrażenie, że wywalczenie planowego czasu zabrało mi sporo sił, a jeszcze przede mną był kolejny półmaraton – 21 kilometrów.

Robiło się coraz cieplej, po 25 km (2:07:45) zacząłem już na punktach z wodą brać dodatkową butelkę i wylewałem ją w całości na siebie. Gdy wbiegaliśmy między budynki do cienia od razu relaksował przyjemny chłód. Na 27 km minąłem na moście naszych kibiców, widok biało-czerwonej flagi i doping jak zwykle dodał energii.

Widok naszego wiernego kibica również dodał mi sił, ale już wiedziałem, że nie złamię czterech godzin, zawartość żołądka zaczynała żyć własnym życiem. Na punkcie odżywczym 25. kilometra nie było już bananów, musiałem bazować na żelu, przed którym się mój organizm wzdragał coraz bardziej. Piłem żel małymi łyczkami, za każdym razem walcząc z nudnościami.

Przed 30. kilometrem zwolniłem. Ale nie poddawałem się.

Ja tymczasem minąłem 30 km (2:33:45), a całkiem niedługo potem dobiegłem do miejsca, gdzie zwykle moje siły na maratonie się kończyły. Był 35 km, a mój czas wynosił 2:59:36. Było dobrze, nigdy jeszcze nie byłem w tym miejscu poniżej 3 godzin. Biegłem i oczekiwałem na jakiś kryzys. Ale… kryzysu nie było, trzymałem tempo jak dobrze naoliwiona maszyna choć tętno wzrosło już do około 163 ud/min. Ale była moc! Ponieważ biegłem równo, a większość zawodników obok słabła, zacząłem wyprzedzać jednego po drugim.  Podkręciłem głośniej dźwięk w słuchawkach.  Płyta Embrance Armina van Buurena nadawała rytm i nakręcała.

Za to moje tempo spadło, walczyłem nadal, ale cały czas kombinowałem jak rozwiązać problem żołądka. Alternatywy dla żeli nie było, banany zostały przetrzebione przez szybszych biegaczy. Piłem więc izotonik, znałem jego smak, był łaskawie przyjmowany przez mój rozhuśtany żołądek, ale nadal żele były tematem tabu. Walczyłem już głównie o to, żeby nie przejść do marszu, a przy tym bardzo, bardzo starałem się cieszyć biegiem. Przypominałem sobie wybiegania podczas urlopów w Hiszpanii, teraz było bardzo podobnie, tylko biegłem szybciej.

Tomek słuchał muzyki, a ja zabrałem na trasę… audiobooka z Audioteki. Słuchałem „Odysei kosmicznej 2001”, trudno w to uwierzyć, ale słuchając relaksowałem się, przenosiłem się w przestrzeń kosmiczną, jednocześnie zachowując pełną uwagę, rejestrując szczegóły, twarze kibiców, uśmiechy… Co pewien czas wyłączałem słuchawki, najczęściej w miejscach żywiołowego dopingu. Mnie do boju podrywały liczne ekipy bębniarzy, gdyby takie ustawiono od startu do mety, to by był grad życiówek…

Meta była coraz bliżej, z czasem 3:25:38 minąłem 40 km, a tempo wciąż było równe. Ścisnęło mnie za gardło, bo wreszcie wytrzymałem. Wcale nie chciałem jeszcze mety, nic nie bolało, wyprzedzanie innych dodawało sił. Na 900 m przed metą zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. W lewej nodze na całej długości zaczął mnie łapać skurcz. Pomyślałem, że nawet jak zetnie mi ją całkiem, to choćby na sztywnej nodze, ale nie dam sobie już tego czasu wydrzeć.  Przed wbiegnięciem na metę była chwila zbiegu, tam rozluźniłem mięśnie i mogłem zafiniszować na pięknym, jakby rozpostartym na wodzie, niebieskim dywanie. Pierwszy raz na mecie maratonu byłem na prawdę zadowolony. Czas 3:36:15 poprawił życiówkę o 4,5 minuty, ale przede wszystkim nigdy jeszcze nie kończyłem tego dystansu w tak dobrej formie!

Kilometry niepostrzeżenie mijały. Jakoś wmusiłem w siebie komplet żeli, za każdym razem ryzykując nieplanowany postój na oddanie żeli drogą, którą trafiły do żołądka. Byłem mistrzem oszustwa odwracając uwagę żołądka, kłamiąc a to że to izotonik, a nie żel, a to rozcieńczając żele wodą. Miałem wciąż siły, trzymałem powolne tempo, ale biegłem, posuwałem się naprzód, wyprzedzałem przechodzących do marszu biegaczy. Oczywiście sam też byłem wyprzedzany, głowę jednak trzymałem wysoko, na twarzy uśmiech, w tak cudownych okolicznościach przyrody, przy takim dopingu nie dało się inaczej.

Ostatnie dwa kilometry były niewiarygodne. Wąski szpaler kibiców, roześmiane twarze, przybijanie „piątek”, już z daleka widziałem charakterystyczne budynki projektu Santiago Calastravy. Koniec biegu zbliżał się… Oddychałem pełną piersią, miałem wrażenie, że mięśnie oddechowe już też mają dość, cóż, moja przyjaciółka astma również dzielnie starała się obrzydzić mi maraton. Ale finisz był tak blisko. Na zegarek patrzyłem tylko i wyłącznie na tętno a to było w godziwym zakresie.

Prawie straciłem przyczepność na metalowych kratownicach przed finiszem. No i ostatnie zakręty… Ostatnia prosta… Meta! Zatrzymałem zegarek, czas był… taki jak rok temu! Magia? Musiałem poczekać na oficjalny wynik, czyżby nici z życiówki? Nie! 4:11:10, czyli poprawiłem wynik z Wenecji o… 24 sekundy. W tym tempie poprawy wyników, to złamię cztery godziny w okolicach siódmego krzyżyka na karku…


Za metą

Chwila uspokojenia, chwila oddechu, spojrzałem w górę na tłumy kibiców, na słońce, odebrałem medal i mogłem już się zatrzymać.

Po odebraniu medalu, zawinąłem się w folię, bo dopiero gdy stanąłem, poczułem, że jest mi zimno. Byłem cały mokry od polewania się wodą. Szybko uzupełniłem płyny wypijając duszkiem dwa bezalkoholowe chłodne piwa. Spojrzałem na zegarek i uśmiechnąłem się widząc równe tempo. Dopiero później wynik otrzymany od organizatorów jeszcze bardziej uświadomił mi jak równo biegłem.

Rozciągając się, oczekiwałem na znak od Pawła. Miałem wielką nadzieję, że przybiegnie szybko i wkrótce przybijemy piątkę na znak zwycięstwa :-)

Ja też odebrałem medal, reklamówkę z różnymi łakociami, w tym siatkę z mandarynkami. Ze zdziwieniem zarejestrowałem kilka par bardzo czujnych, taksujących oczu śledzących również mnie – to najprawdopodobniej personel medyczny wypatrujący wśród finiszerów maratonu osób, które po przerwaniu gwałtownego wysiłku mogą mieć problemy z krążeniem czy oddechem. Kilka tych osób stało tuż za metą, inne przy punkcie wydawania medali. Ja byłem cały czas w ruchu, przeczytałem SMS od Tomka, naczekał się na mnie biedak.

Niestety nie zauważyłem piwa, nawet nie chciało mi się szczególnie pić, na pewno nie chciało mi się jeść, nadal źle się czułem, żołądek się na mnie obraził ostatecznie. Trudno, dobiegłem na metę i ukończyłem maraton. Cieszyło mnie to, ale na prawdziwą radość przyjdzie jeszcze czas.

Paweł faktycznie wyglądał na żołądkowo zmulonego. Patrzał dość groźnie, więc starałem się go nie denerwować :-) Mój żołądek znosi wspieranie żelami zupełnie spokojnie, pewnie dlatego, że kocham słodycze i żadna ilość słodkiego mnie nie muli, ale wyobrażam sobie, jak może irytować uczucie nudności podczas zawodów.

Znaleźliśmy się w tłumie z Tomkiem, powoli ruszyliśmy w kierunku naszego apartamentu. Trzy kilometry powolnego marszu bardzo dobrze nam zrobiły. Ja po kwadransie poczułem się lepiej, głównie dzięki pochłonięciu trzech pysznych mandarynek. Nie spodziewałem się, że tak mi zasmakują.

Miasto nauki Walencja przed maratonem w Walencji

Wracaliśmy wzdłuż trasy biegu, którą wciąż pokonywali biegacze. Włączyliśmy się do dopingowania, miło było patrzeć gdy zmęczony i pochylony biegacz słysząc nasze wołania i brawa odzyskuje w oczach blask, prostuje się, czasem dziękuje gestem ręki. Niech mi ktoś kiedyś jeszcze powie, że osoby biegnące dłużej maraton nie są wystarczająco godnymi maratończykami !

Chwilami zatrzymywaliśmy się obok grup prowadzących doping, czegoś takiego nie doświadczyłem nigdy i nigdzie. Niesamowicie spontaniczna, eksplodująca radość…

Mijając kibiców starszych, młodszych i dzieci, mieliśmy czas na spokojne podziwianie piękna Walencji.

Ach ta roślinność…


Wieczór po biegu

Wróciliśmy do apartamentu. Szybki prysznic, oszacowanie uszczerbków na zdrowiu – u mnie raptem kilka odcisków, które jak dobrze wiem, znikną w ciągu kilkunastu godzin. Usiedliśmy szybko omówić strategię dalszych działań – przede wszystkim musimy coś zjeść. Niestety to nie była pora konsumpcji w Walencji, ta nadejdzie dopiero wieczorem, po godzinie 20:00. Zjedliśmy co było w lodówce i wskoczyliśmy do niezawodnego Peugeota. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do zachodu słońca, chcieliśmy podjechać na plażę, to raptem 25 minut drogi.

Historia lubi się powtarzać, rok temu to samo zrobiliśmy po maratonie w Wenecji. I tym razem przywitała nas pusta plaża, palmy, szumiące morze.

Woda była zbyt zimna do kąpieli, z wielką radością brodziłem jednak w wodzie zanurzając jak najgłębiej zmęczone nogi. Wiał chłodny wiatr, ale ja stałem i syciłem oczy widokiem fal, plaży, wszystkiego tego co kojarzy się nam z wakacjami, co jest tak niesamowicie odległe. W Polsce pewno padał śnieg z deszczem, tu trwała ciepła jesień.

Siłowaliśmy się z Tomkiem na piasku, to też taka nasza tradycja i poza. Byłem szczęśliwy, po raz kolejny zostałem maratończykiem, stałem w morzu, patrzyłem na błękitne niebo, kolejny Wielki Plan udało się zrealizować, odskoczyć na kilka dni od codzienności, wypełnić się pozytywnymi emocjami.

Wróciliśmy do centrum Walencji, spacerowaliśmy po starszej części miasta gdzie mieszkaliśmy, oczekując na otwarcie restauracji.

Niedzielny wieczór okazał się dobrym czasem na wypicie piwa czy kawy, ale nie zjedzenia posiłku. Ostatecznie znaleźliśmy restaurację, w której zamówiliśmy walencjańską paellę – z mięsem kurczaka i królika. Pycha!

(fot. wikimedia)


Czas wracać

Wyjechaliśmy z Walencji nad ranem. Przed nami kolejne 330 kilometrów do lotniska Girona za Barceloną. Silnik mruczał, Tomek wyprzedzał nieskończone kolumny pojazdów, ja pilnowałem nawigacji, korków i szukałem stacji benzynowych.

Podróż przebiegła bezproblemowo, swoje odstaliśmy w korkach, ale ostatecznie oddaliśmy wynajęte auto, które sprawdziło się w 110 procentach.

Ostatnim wesołym aktem była moja próba zabrania na pokład… pianki chłodzącej, którą każdy biegacz otrzymał w pakiecie startowym.

Niestety pianka miała 200ml i była oznaczona znaczkiem „łatwopalne”, trzymałem ją więc w ręku podchodząc do kontroli. Hiszpan jednak zdecydowanie odrzucił możliwość zabrania jej na pokład, cóż, nagrodził mnie za to sprawdzeniem czy nie miałem w rękach narkotyków. Urządzenie testujące przepuściło mnie dalej. Już bez pianki, niestety…

Podczas lotu często uśmiechałem się do siebie. Chyba po raz pierwszy wracam z maratonu z poczuciem naprawdę dobrze wykonanej roboty. Oczywiście od razu zaczęła się też tęsknota za kolejnym wyzwaniem. Już dziś wiem, że miejscem które stanie się areną mojej walki ze złamaniem czasu 3 h 30 min będzie 35 Vienna City Marathon. Tam pobiegnę 22 kwietnia 2018. Miesiąc później będzie Riga Marathon. Wcześniej czeka mnie jeszcze Ultramaraton Zimowy Janosik w lutym.  Ale ponieważ to bardzo dużo czasu, musiałem znaleźć sobie szybko jakieś pocieszenie i już tydzień po Walencji wystartuje w leśnym terenowym półmaratonie w moich rodzinnych Żorach. Pisząc te słowa mam równe 12 godzin do startu, więc dziękuję tym, którzy przeczytali relację i idę przygotować ubrania na bieg. Ma być deszcz ze śniegiem, więc spory przeskok w porównaniu ze słoneczną Walencją!