O półmaratonie Mattoni Olomouc Half Marathon słyszałem wiele. W 2011 roku biegł tam mój brat,  sławne są też relacje Marka z bloga Droga do Tokio, który bieg zachwalał i zachwycał się nim z całych sił.

Olomouc Half Marathon jest organizowany przez RunCzech, który słynie z bardzo dobrej organizacji biegów, warto tu wspomnieć, że w 2015 roku Tomasz przebiegł maraton w Pradze, także przygotowywany przez RunCzech. Sam półmaraton od kilku lat ma przyznaną najwyższą rekomendację IAAF Road Race Gold Label (IAAF – Międzynarodowa Federacja Lekkiej Atletyki).

Podsumowując: dzięki wytężonej perswazji Tomka i opisom Marka zapisałem się na ten półmaraton.

A Tomasz wziął na siebie poszukiwanie miejscówki na nocleg w Ołomuńcu. Bieg startuje o godzinie 19.00, więc powrót samochodem byłby możliwy, choć uciążliwy. Uciążliwy również dlatego, że żaden z nas nie spróbowałby nawet czeskiego piwa.

Tak jak pisze Paweł, bieg ma bardzo dobrą sławę. Dla mnie miał być zakończeniem i ukoronowaniem biegowej wiosny. Przygotowania miałem dość lekkie, ponieważ po dwóch maratonach, jednej połówce i wyczerpującym biegu na Babią Górę, moje nogi potrzebowały raczej odpoczynku niż kolejnego wyzwania. Niemniej czułem, że forma jest na tyle dobra, że spokojnie powinienem osiągnąć rezultat w granicach mojej życiówki. Pogoda zapowiadała się upalna, cieszyliśmy się więc z wieczornego startu. W zawodach miało wziąć udział 6200 biegaczy, na dystansie półmaratonu, w duetach 10 + 11 km oraz w sztafetach 5 + 5 + 5 + 6 km.

Dwie godziny przed biegiem głównym miał wystartować bieg rodzinny, na dystansie 3,6 km, w którym miało wziąć udział aż 3500 uczestników !


Trochę logistyki

Około 6 tygodni przed startem zabrałem się za poszukiwanie noclegu. Wszystko wskazywało na to, że zrobiłem to za późno. Ołomuniec nie jest miastem turystycznym, więc baza noclegowa jest skromna. Jak się okazało, najazd biegaczy w weekend gdy odbywa się półmaraton spowodował, że wszystkie serwisy, za pomocą których zwykłem rezerwować noclegi, świeciły w tym dniu pustkami. Byłem jednak uparty i dzień po dniu, systematycznie wykonywałem zapytania, aż wreszcie na dwa tygodnie przed startem upolowałem na booking.com świetny apartament „U Jakuba” położony na starym mieście, około 300 m od Horni Namesti gdzie miał miejsce start biegu. Jak się później przekonaliśmy, był to strzał w dziesiątkę!

Do Ołomuńca ruszyliśmy przed południem. Odległość 135 km, pokonywana w całości autostradą, nie stanowiła wyzwania i chwilę po 12.00 zameldowaliśmy się pod halą Expo.

To ja tylko dodam tyle, że Tomasz jest rewelacyjnym organizatorem i jeszcze lepszym kompanem. Wyjazd z nim zawsze jest wspaniałą przygodą, do tego wszystko działa jak w zegarku.


Expo i pakiet

Expo towarzyszące półmaratonowi było tak przemyślnie skonstruowane, że biegacz musiał przejść obok dziesiątków stoisk z wystawionymi akcesoriami i sprzętem biegowym.

Pakiety odbierało się na pierwszym piętrze.

Co w pakiecie? Zgrabny worek biegowy, numer startowy, agrafki, makulatura (dwa kolorowe tygodniki po czesku), magnez dla sportowców, chusteczka odświeżająca, przewodnik po biegu i mapka.

Trzeba przyznać, że czuć było atmosferę biegowej imprezy na prawdziwie europejskim poziomie, ścianka stworzona z nazwisk uczestników, przypominała mi tę widzianą w Rzymie. Jako, że w biegu rodzinnym miał wziąć udział mój 11 letni syn Wojtek, na pamiątkowej fotce biegaczy jest trzech :-)

Jeszcze ciekawostka z nazwiskami. Moje znalazłem bez problemu.

Ale Tomek miał problem, bo się okazało, że „Ch” jest w czeskim alfabecie po „H” a nie, jak to u nas bywa, po „C”.

Wyszliśmy przed budynek Expo – po chwili spotkaliśmy się z Markiem, który przybył godzinę przed nami.

Wspólnie udaliśmy się na ostatni posiłek przedbiegowy, choć Marek z wrażenia niczego nie jadł. Rozłożył swój sprzęt na stoliku i poszedł zachwycać się wyposażeniem czeskich toalet.

A my, w zacnym towarzystwie Franciszka Józefa spożyliśmy filet z kurczaka z frytkami oraz ryżem basmati. Klimat był wyborny, chciałoby się pozostać tu i pobiesiadować w tak doborowym gronie dłużej.


Bieg rodzinny

Upalnym popołudniem, w temperaturze około 29 stopni w cieniu miał wystartować bieg rodzinny. Dla mojego syna miały to być pierwsze zawody na tak długim dystansie. Co prawda na treningach pokonywaliśmy już dystanse bliskie 4 km, ale start w atmosferze dużej sportowej imprezy, w tłumie tysięcy biegaczy to zupełnie inne wyzwanie.

Rodzinnie rozmieściliśmy się na trasie i wspierani przez Pawła kibicowaliśmy młodemu biegaczowi. Wojtek ukończył zawody w tych trudnych warunkach w czasie 23 minut z uśmiechem na ustach, a ja byłem z Niego bardzo dumny.

Już podczas tego biegu czuć było perfekcję organizacyjną. Na początku biegu jechał na skuterze pilot, koniec zamykał rowerzysta.

Ostatnimi uczestnikami była rodzina z małym chłopakiem, który dzielnie kulał się na małym rowerku budząc powszechną sympatię.

Upał tężał. Podziwiałem Wojtka, który dzielnie przebiegł niespełna czterokilometrową trasę zalaną słońcem. Zanim bieg wystartował widziałem już pierwszą ofiarę upału wynoszoną do karetki.

A ochłodzić się rodzinni biegacze mogli dopiero za linią mety.

 


Półmaraton

Trasa biegu była pojedynczą pętlą, przy czym pewne fragmenty trasy przebiegać mieliśmy dwukrotnie, ale w odwrotnych kierunkach. W większości trasa biegła ulicami śródmieścia, w dużej mierze zabytkowego, a co za tym idzie pokrytego brukiem i poprzecinanego torami tramwajowymi. Trasa była płaska.

Udaliśmy się na start około 30 minut przed rozpoczęciem biegu, żeby nie spędzać zbyt dużo czasu na wciąż skąpanym w słońcu Rynku. Tłumy biegaczy zmierzały w kierunku swoich stref startowych. Zanim się pożegnaliśmy z Pawłem życząc sobie powodzenia, jeszcze przedstartowa fotka.

Przyznam, że stojąc na starcie, moje nadzieje na dobry wynik rozwiewały się we mgle. I nie chodziło nawet o wysoką temperaturę, ale o moje samopoczucie. Od dwóch dni mocno bolało mnie gardło i miałem lekką gorączkę. Przypuszczam, że to efekt wszechobecnej w dniach poprzedzających start klimatyzacji.

Ja miałem twardy orzech do zgryzienia. Bo moja forma była nieokreślona. Dawno nie biegałem w zawodach na asfalcie, realnie licząc powinienem celować w czas na dwie godziny. Tak też uprzedziłem Tomasza, żeby jednak nie czekał na mnie na mecie – apartament był na tyle blisko, że zanim ja dobiegnę, to on zdąży wziąć prysznic, zjeść kolację i obejrzeć mecz golfowy w telewizji.

Ostatecznie ustawiłem się ambitnie przy pacemakerach na 1:50. Z perspektywy czasu wiem, że to była głupota. Ale czułem się dobrze, czułem moc, zamierzałem mocno zacząć i zobaczyć po pięciu kilometrach jak będzie wyglądała moja wydolność w tym upale. Słońce już tak mocno nie grzało, kto wie, może uda się ugrać czas poniżej dwóch godzin?

Ja też, pokrzepiony dwoma gripexami, postanowiłem powalczyć. Aby pobić najlepszy dotychczasowy rezultat musiałem biec w tempie bliskim 4’30. I tak też zawody rozpocząłem. Start na Rynku w tłumie kibiców zapamiętam na długo. Nie odbiegał atmosferą od maratonów w dużych europejskich miastach. Szybko przebiegliśmy na szersze ulice i tłum biegaczy powoli się rozrzedzał.

Pierwsze 5 km pokonałem w 22:50, czyli zgodnie z planem. Starałem się często pić, a na każdym punkcie z gąbkami czy przy kurtynach wodnych maksymalnie jak się dało polewałem się wodą. Głośny doping pchał do przodu. Po 10 km miałem czas około 47:30 i wciąż bardzo dobry humor. Była to jednak jak się okazało cisza przed burzą.

A jak pierwszą połowę biegu przebiegł Paweł ?

Na początku biegłem dość równo trzymając się pacemakerów jak rzep psiego ogona (ciekawe czy mnie znajdziecie na tym zdjęciu zgranym z oficjalnego filmu organizatora).

Po pięciu kilometrach już traciłem ich z oczu, nie było sensu aż tak gnać, mój układ chłodzenia wyraźnie oznajmiał, że na kolejnych 16 kilometrów potrzebuje nadwyżki mocy. Asfalt oddawał zakumulowane podczas dnia ciepło. Tętno osiągnęło 170 ud/min., na pierwszej połowie nie chciałem wchodzić na czerwony zakres. A to już było ok. 90% mojej mocy. Było mi bardzo ciepło. Irytowały mnie moje opaski kompresyjne, bo mi było pod nimi zbyt ciepło. Za to świetnie sprawdziła się nowa koszulka i spodenki biegowe, otrzymane od Żony – idealne na taką „parówkę”.

Ja tymczasem zacząłem przeżywać coś, co jeszcze mi się na zawodach nie zdarzyło. W trakcie biegu dostałem dreszczy. Nie wiedziałem czy jest mi zimno, czy gorąco. Wciąż polewałem się wodą, by po chwili szczękać zębami z zimna. Oblewały mnie fale na przemian potu i zimna. Być może to znów była gorączka. Zwolniłem. Przez około 6 km trwał ten dziwny stan, tempo było już bliżej 5’00 i wiedziałem, że życiówka tego dnia nie padnie. Niemniej cieszyłem się biegiem, przybijałem piątki wspaniale dopingującym kibicom. A przebiegając magiczną aleją pod słońce, w tłumie ludzi, poczułem jak wraca we mnie życie.

Od około 16 km zacząłem przyśpieszać, dreszcze minęły, zachodzące słońce już nie grzało. I zacząłem wyprzedzać kolejnych biegaczy. Tempo biegu wzrosło w okolice 4’38, tak samo jak mój uśmiech i żałowałem, że to tylko półmaraton. Spotkałem po drodze Marka, biegnącego, jak mi się wydawało rekreacyjnie jak na Jego możliwości w towarzystwie dziewczyny i chłopaka z Polski. Mknąłem coraz szybciej przez uliczki starego miasta ciesząc się, że mogę być uczestnikiem tak wspaniałej imprezy. Finiszowałem ostro jak na moje możliwości i skończyłem bieg z czasem netto 1:41:19, na 651 miejscu.

Do życiówki zabrakło 2,5 minuty. Dokładnie tyle straciłem na 6 kilometrach słabości. Na mecie jednak była radość i poczucie, że tego dnia zrobiłem to co do mnie należy. Byłem cały mokry i solidnie zmęczony. Posłuchajcie paru zdań, prosto zza mety.

O mojej drugiej połowie biegu wolałbym zapomnieć. Ratowały mnie wszechobecne na punktach nawadniania gąbki moczone w zimnej wodzie (z lodem?). Za każdym razem ocierałem czoło, kark, ręce – gąbkę porywałem dalej – już po kilkuset metrach była sucha! Piłem dużo wody, niestety szybko skończyła mi się moja woda w bidonach (Id’eau), później korzystałem z wody Mattoni, która jest lekko słonawa w smaku, do tego była ciepła – mój żołądek powoli miał jej dość. A pić się chciało… 

Pochłonąłem na trasie dwa żele, zagryzłem to ćwiartką pomarańczy i dwoma kostkami cukru. Udało mi się tym samym wprowadzić żołądek w stan ciężkiego zdziwienia dostarczanym misz-maszem, wzrastały dzięki temu szanse, że utrzymam jego zawartość do 21. kilometra czyli do mety.

Odliczałem powoli kilometry. Przeszkadzało mi wszystko, choć tętno utrzymywałem na godziwym poziomie, nogi niosły, ale oddechowo czułem się jakbym pochłaniał jakiś gorący gaz, którzy zupełnie nie ma w sobie tlenu. Powoli wyprzedzali mnie pojedynczy biegacze, później były to grupy, później to już wyprzedzali mnie wszyscy. Doping porywał, coś jakby niektóre bannery były spersonalizowane specjalnie dla mnie…

A jednak walczyłem. Człapałem wytrwale do przodu, śmiejąc się sam z siebie i tocząc ożywioną dyskusję z samym sobą, że jednak nie jestem piechurem, że kiedyś byłem biegaczem, że nie mam wstydu przynieść ukochanej Ojczyźnie, że z takim wynikiem na mecie to nie utrzymam prawa do powrotu z Tomkiem i pojadę w bagażniku (oby tylko), tak – dopiero ta ostatnia groźba odrobinę przyspieszyła moje tempo przemieszczania się w kierunku zachodzącego słońca.

Ostatecznie ze wstydem wczłapałem na metę. Unosząc przed linią pomiaru ręce w geście zwycięstwa. Bo nie zszedłem z trasy, więc wygrałem, co nie?


Doping

To trzeba było przeżyć. Żaden z dotychczasowych biegów, w których uczestniczyłem nie angażował tak społeczności lokalnych jak półmaraton w Ołomuńcu.

Już od startu czuliśmy doping. Który trwał, i trwał przez całą długość trasy. Dopingowali nas wszyscy: młodzi, starzy, kobiety, dzieci, emeryci. Okrzyki, śpiewy, dziki łomot o wszelkie możliwe dźwięczące sprzęty. Krzyki miejscami były tak histeryczne i intensywne, że obawiałem się o całość czeskich gardeł po zakończeniu biegu.

Z trasy zapamiętałem głuchy łoskot nadmuchiwanych pałek uderzających o rozwinięte na barierkach bandy reklamowe. Jeden z Czechów rytmicznie walił pałką w znak zakazu (możecie teraz odejść od komputera i przydzwonić w najbliższy znak – dźwięk Wam przybliży moje doznania akustyczne).

Na trasie były rozmieszczone zespoły rockowe (i nie tylko). W dzielnicy (najprawdopodobniej) romskiej, bardzo fajnie grał na gitarze jakiś rockmen podrywając nas do dalszego biegu. Jedynie w parku niedaleko mety jeden z zespołów zapodawał usypiające czeskie ballady.

Nie sposób też nie wspomnieć o dziesiątkach – wręcz setkach rąk do przybicia „piątki”. Dzieci, dzieciaczki, dorośli – odległość w tym biegu nie powinna być mierzona w systemie metrycznym lecz: „pięćdziesiąt przybitych piątek dalej”.

Świetnie to Paweł opisał. Dokładnie tak było! Ja przeżyłem już tak głośny doping w Paryżu, Rzymie czy Kopenhadze, ale było coś co wyróżniało Ołomuniec. Na tamtych maratonach doping pojawiał się i znikał. W śródmieściu było dużo kibiców, ale był też fragmenty tras gdzie biegliśmy niemal samotnie. Tu natomiast zapamiętałem doping z całości trasy. Otrzymałem tyle uśmiechu i przybitych piątek, co we wszystkich wcześniejszych biegach razem.


Organizacja

Jak już wspominaliśmy w relacji organizacja była na najwyższym poziomie. Wszystko na swoim miejscu, niczego nie zabrakło. Zarówno nawodnienie, jak i odżywianie i chłodzenie było dostępne dla wszystkich biegaczy i na tyle często, że nawet w tak wysokiej temperaturze nie dało się odwodnić. W połączeniu ze świetnym dopingiem z mojej strony szóstka dla tego biegu.

A ja się zastanawiam nad oceną. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym dał inną ocenę niż celującą za całość. Ale… cóż, pakiet by mógł być bogatszy – choćby z okolicznościową koszulką gratis. Czeska makulatura była bardzo słabym pomysłem i czystym „wypełniaczem” worka biegowego. Miło by było otrzymać też wodę przed startem – miałem zapas „mojej” ale z przyjemnością bym poczytał co tam w tej czeskiej wodzie Mattoni siedzi ;). 

Podziwiałem za to zupełnie inny sposób zorganizowania oznaczeń pacemakerów – nieśli plecaczki biegowe z chorągiewkami – a nie baloniki. Myślę, że to dużo wygodniejsze niż wspomniane balony – obracały się zgodnie z kierunkiem wiatru, nie pogarszając widoczności i nie hamując biegaczy.

Skalę organizacji pokazują też liczby – oto informacja od organizatora:

– na starcie pojawią się przedstawiciele 49 krajów,
– 66% to panowie, 34% to kobiety,
– średnia wieku biorących udział w półmaratonie to 35,7 lat dla pań, 38,6 lat dla mężczyzn,
– średni czas ukończenia to 2:07:29 dla kobiet, dla panów 1:51:21,
– 11 panów i 5 kobiet obchodzi urodziny w dniu startu,
– najczęstsze imiona startujących to Petr, Jan i Martin oraz Jana Petra i Lenka wśród kobiet,
– najstarszy startujący ma 79 lat, najstarsza 69 lat,
– rok temu wypito 29 697 litrów wody Mattoni oraz 6742 litrów napoju Gatorade,
– zjedzono 2271 kg bananów, 1597 kg pomarańczy, 28 kg soli (???) i 37 kg cukru.


Podsumowanie

Gdy opadły nieco emocje po zawodach, gdy prysznic zmył z nas pot, szybko wróciliśmy na Ołomuniecki Rynek, by jeszcze raz znaleźć się w tłumie biegaczy i stanąć przy ściance, na której kilka godzin wcześniej nagrody odebrali zwycięzcy. Byli nimi wśród mężczyzn Kenijczyk Josphat Kiprop KIPTIS (1:01:50), a wśród kobiet Etiopka Worknesh DEGEFA (1:09:19).

A my prezentowaliśmy się tak.

Nie mogło zabraknąć czeskiego piwa i myśli, że pewnie nie był to nasz ostatni start w Ołomuńcu.

Bardzo dobra organizacja. Niewiarygodny doping na praktycznie całej trasie. Bardzo dobre zabezpieczenie medyczne. Ale też jedno dla mnie jest pewne. Każdy półmaraton to 21 kilometrów do przebiegnięcia zazwyczaj po asfalcie. Jakakolwiek by nie była lokalizacja biegu, to wciąż jest kawał dystansu, z którego najlepiej pamięta się atmosferę przedstartową i radość po biegu.

I tego ostatniego Wam wszystkim serdecznie życzymy, niezależnie od lokalizacji Waszych biegów.