Dziś zapraszam Was na relację z trasy wyjątkowego półmaratonu. Tego najbardziej kultowego wśród śląskich i śląskiego wśród kultowych – PKO Silesia Półmaraton. W tym roku finisz biegu przewidziany był na bieżni odnowionego Stadionu Śląskiego – co zwiększyło atrakcyjność samej imprezy i pozostawiło wyjątkowe przeżycie wszystkim biegaczom. Dla mnie to był wyjątkowy półmaraton, bo założyłem sobie, że przebiegnę go treningowo. Czy mi się to udało – o tym poczytacie poniżej.

Zapisy

Wystartowałem dzięki Tomaszowi, który, ze swoją genialną mocą perswazji byłby genialnym wręcz dyplomatą. Wystarczyło że rzucił hasło, że startuje w Półmaratonie Silesia, a ja natychmiast popadłem w głęboką zadumę czy też nie iść w jego ślady. Zastanowienie trwało pewno jakieś kilkadziesiąt milisekund i się zapisałem.


Oczywiście znacie ten kawał po czym poznać wytrawnego dyplomatę? Po tym, że gdy powie „spier#$#%”, to poczujesz ekscytację przed nadchodzącą przygodą.

Ja z udanych zapisów się bardzo ucieszyłem i od momentu potwierdzenia opłaty za start pilnie szlifowałem formę.


Pewien udział w mojej szybkiej decyzji miał też Marek ze znanego i lubianego bloga „Droga do Tokio”, ambasador tego biegu a równocześnie pacemaker maratońskiej grupy na 4:00:00, który wyposażył mnie na kilka tygodni przed startem w czapkę PKO Silesia Marathon. Mała rzecz, a bardzo, bardzo cieszy – wszystkie treningi przed półmaratonem przebiegłem mając ten mój nowy obiekt kultu na głowie.

Co wiedziałem o Silesia Półmaratonie? Dużo, bo przecież rok temu Tomasz przebiegł tę trasę (Relacja z PKO Silesia Półmaraton 2016), również na tej trasie debiutował w pełnym maratonie kilka lat wcześniej. Ja wcześniej nie byłem przekonany do udziału w tej imprezie, bieganie po Katowicach wciąż przypominało mi beztroski okres studiów na Politechnice – wtedy uprawiałem bieg do tramwaju i z tramwaju na uczelnię.

Nie lubiłem tego miasta za jego wieczną brzydotę, rynek, ul. Warszawska, okolice dworca PKP. Utkwiłem w tej mojej wizji Katowic sprzed dwóch dekad i nie zamierzałem wyjść. Czy ten start miał to zmienić?

Pakiet startowy

Dzięki kolejnemu dobremu uczynkowi Tomasza, który odebrał pakiet startowy już w piątek, w niedzielę, nie musieliśmy się spieszyć z godziną przybycia na miejsce startu.

Co w pakiecie? Bardzo gustowny plecaczek (który natychmiast ucieszył mojego syna), obłędna kolorowa koszulka biegowa dobrej jakości (koszulka jest po prostu świetna, tu nie ma co więcej pisać, trzeba jej dotknąć i obejrzeć na własne oczy), garść makulatury oraz… pudełko z wazeliną. Tak, nie śmiejcie się, wazelina jest bardzo ważna w życiu biegacza długodystansowego. Na pewno się przyda.

W pakiecie był też piękny medal – oczywiście do otrzymania dopiero za linią mety:

medale PKO Silesia Półmaraton (źródło: strona organizatora)

W co się ubrać?

Koszulka kusiła, żeby w niej pobiec, ja jednak na trasę zabrałem mój nowy nabytek – koszulkę imienną przygotowaną przez Dominika z grupy Blogerzy Biegają. Przy okazji zapraszam Was na nową stronę biegających blogerów. Byłem więc bardzo wyraźnie oznaczony, spodziewałem się wielu spotkań przed biegiem, na trasie, jak i po biegu. Do tego wdziałem spodenki kompresyjne i kompresję na łydki, wyglądałem niezwykle kolorowo, a może nawet pstrokato?

Na moje brązowe patrzałki założyłem szkła kontaktowe (całą wesołą historię ze szkłami już Wam opisywałem przy okazji Półmaratonu Raciborskiego), co mi umożliwiło zabranie okularów przeciwsłonecznych – oj, bardzo się na trasie przydały przyciemniając mi jaskrawo świecące słońce.

PKO Silesia Półmaraton 2017 selfie przed startem

słoneczko świeci, chłodny wiaterek, dobre towarzystwo – jest się z czego cieszyć

Na trasę biegu wziąłem ze sobą bidony, jeden z wodą, do drugiego wlałem dwa hydrożele High5 i rozcieńczyłem wodą. Bywają dni, w których mój żołądek buntuje się przeciwko posiłkom „z tubki”, rozcieńczony żel jest dużo łagodniejszy dla żołądka.

Na uszy założyłem recenzowane niedawno słuchawki, a w telefonie miałem przygotowany kolejny audiobook z niezawodnej Audioteki.pl. Audiobooków słucham podczas długich wybiegań, podczas zawodów co najwyżej słucham muzyki, ale teraz chciałem odrobinę sprowokować los – dzięki audiobookowi miałem nadzieję trochę pokonwersować na trasie ze znajomymi, bo zawsze tak jest, że gdy nastawiam się na bieg w ciszy, to kończy się na gadulstwie, podstępna teoria, prawda? Ale skuteczna i to się liczy.

Miasteczko biegowe  – Silesia City Center

Do miasteczka biegowego pod centrum handlowym Silesia City Center dotarliśmy wraz z Mariuszem, kompanem biegowym Tomasza. Tomasz w tym roku – tak jak wspomniał – biegł w drużynie JCommerce – to po krótkiej rozgrzewce udaliśmy się na miejsce, w którym drużyna robiła wspólne zdjęcia pamiątkowe. Tam spotkaliśmy Piotra, szefa całej ekipy, jedną z najbardziej barwnych biegających osób – miałem okazję poznać go już podczas Półmaratonu Księżycowego w Rybniku, biegliśmy też razem maraton w Wenecji, gdzie złamał magiczną maratońską granicę trzech godzin…  Spotkaliśmy też Natalię, która miała po raz drugi zmierzyć się z dystansem półmaratonu. Przy parkingu zauważyłem też niezawodne „Luxy” czyli ekipę z Czerwionki Leszczyn. Życzyliśmy sobie powodzenia no i stanęliśmy na starcie biegu.

W strefach startowych półmaratonu było tłoczno, w końcu na starcie zgromadziło się ponad trzy tysiące biegaczy! Półtorej godziny wcześniej wystartowali maratończycy, których mieliśmy spotkać na naszej trasie.

PKO Silesia Półmaraton 2017 biegacze przed startem

Gdzieniegdzie powiewały wesoło baloniki pacemakerów. Oczywiście wiecie, że polska nazwa „pacemakera” czyli osoby wiodącej biegaczy na założony czas to „zając”. Bardzo trafnie dobrany rekwizyt.

PKO Silesia Półmaraton 2017 balon pacemakera

W strefie startowej stałem z Natalią, która – tak jak wspomniałem – biegła swój drugi półmaraton, oraz z Mariuszem.

Start

Tradycyjnie odbył się przy dźwiękach AC/DC, choć z kilkuminutowym opóźnieniem, ława biegaczy ruszyła i już po chwili pokonywaliśmy pierwsze kilometry trasy.

PKO Silesia Półmaraton 2017 start

Mój plan był bardzo prosty, sterowany tętnem – pierwsze kilometry luźne, do 150 ud/min a później bieg w granicach 160-165 ud/min.

Teoretycznie pierwsze kilometry miały być więc łatwe, ale wcale tak nie było. Trafiło się kilka odbierających oddech podbiegów. Z przyjemnością i zaciekawieniem rozglądałem się wokół, była piękna, słoneczna pogoda, bezchmurne niebo, było rześko ale nie gorąco, idealna widoczność.

PKO Silesia Półmaraton 2017 w biegu

Biegliśmy trasą zazwyczaj znaną mi zza kierownicy. W centrum Katowic z przyjemnością przebiegłem pod wiaduktem w okolicach mojej uczelni – Politechniki Śląskiej, później za Spodkiem, przez Dolinę Trzech Stawów. Tu przełączył się tryb „deja vu” z różnych katowickich biegów, niektóre z ulic znałem już z Katowice Business Run 2015 oraz 2016 oraz z  Biegu Korfantego. Wiedziałem też, że przebiegniemy obok siedziby TVP3, miejsca mojej pierwszej pracy podczas studiów. Biegłem sobie powoli, zerkając co pewien czas na pulsometr.

Spotkania i… 50 zł

Kilometr po starcie dogoniły mnie Iza i Kasia czyli Radlinioczki w biegu. Doceniły moją piękną koszulkę „blogową” i sobie oszczędnie konwersowaliśmy, na ile podbiegi i oddech pozwalał. Wyprzedził mnie również Radek, z którym ostatni raz spotkaliśmy się podczas „Górskiej Przygody” w Wiśle.

Chwilkę przed piątym kilometrem dobiegł do nas Maciej, z którym poznaliśmy się (i przebiegliśmy gadając) prawie cały Półmaraton Raciborski – najfajniej przegadany (do tej pory) bieg. Ja niestety pożegnałem Radlinioków i odrobinę przyspieszyłem, w zadany przez trenera zakres wysiłku.

Tu się pojawił jednak problem, bo na stosunkowo wąskiej trasie zrobiło się bardzo tłoczno. Miejscami nie było możliwości wyprzedzania, biegło się w tłumie biegaczy. To była strefa biegaczy biegnących z pacemakerami na czas 2:00:00, być może dlatego było nas tak wielu.

W pewnym momencie ktoś głośno zdziwił się, że pod nogami leżała zgubiona pięćdziesięciozłotówka, po którą oczywiście nikt się nie schylił. Ja jej nie widziałem, ale żartom nie było końca, bo gdyby ktoś się zatrzymał, podciąłby całą falę biegaczy – ale z drugiej strony zwróciłoby mu się wpisowe, więc jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że statystyczny biegacz to po pięć dych się nie schyli, bo mu się nie opłaca.

Biegłem dalej, pilnując równego tętna. W punktach odżywczych brałem kubeczek wody, starając się biec wąskim szpalerem pomiędzy zatrzymującymi się biegaczami po prawej i po lewej stronie. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia dlaczego punkty są tak krótkie i dlaczego są ustawione w tak wąskich przesmykach.

Powoli wyprzedzałem biegnących równym tempem, wyprzedziłem też pacemakerów z balonikami na 2:00. Choć ścigający twierdzili, że pacemakerzy biegną pewno na 1:55, bo biegną zbyt szybko. Coś w tym musiało być, bo wg wyników na mecie pierwsze 9km pacemakerzy biegli na 1:54 (!), później wyraźnie zwolnili. Ale być może to była taktyka na przetrwanie słynnego podbiegu na 16km.

Podbieg

Od ok. 16km rozpoczął się wspomniany długi i uciążliwy podbieg. Wszyscy na niego czekali z obawą, Tomek przed startem udostępnił mi zapis swojego zegarka z biegu sprzed roku – wiedziałem, że podbieg będzie wyjątkowo niemiły, bo kilometrowy. Faktycznie moje tempo spadło, tętno wzrosło, ale miałem na tyle sił, żeby piąć się pod górkę wytrwale, bez przechodzenia do marszu.

Pod koniec podbiegu minął mnie pacemaker z maratonu biegnący wg oznaczeń na koszulce na 3:30. Odrobinę się zdziwiłem, bo tempo biegaczy na 2:00  (5’41 min/km) i na 3:30 (4’58 min/km) jest jednak bardzo różne, to trochę tak jakby w ruch na autostradzie wpuścić auta wyścigowe.

Tu spotkałem jeszcze jednego biegacza, własnie z maratonu, Krystian dopadł mnie – pogratulował bloga, że ciekawy, zapytał jaką ma odległość do pacemakera na 3:30 – no i pognał za nim. Uprzedzając przebieg zdarzeń, dorwał go i wyprzedził kończąc maraton z rewelacyjnym czasem 3:28:31!

Finisz i Stadion

Gdy odzyskałem oddech po podbiegu, a zegarek wskazał 17,5km, ocknąłem się i rozpocząłem finisz – zbiegło się to z początkiem Parku Śląskiego. Było z górki, trasa była pięknie ocieniona, ja wciąż jeszcze miałem siły – przyspieszyłem do granic możliwości oddechowych. I tak płynąłem, ciesząc się szybkim biegiem, aż do bram Stadionu Śląskiego.

Z daleka słychać było doping i okrzyki, po wbiegnięciu na bieżnię poczułem dosłownie, że mam „ciary” – przeżycie było niesamowite. Finiszowałem już w Wenecji, kończyłem też bieg w Tauron Arenie w Krakowie, ale to przeżycie było najbardziej wzruszające.

Przyspieszyłem i prułem przez ostatnie 300 metrów delektując się amortyzacją bieżni, próbując wyprzedzić innych, słuchając grzmiącego dopingu i kręcąc głową z niedowierzaniem – Stadion Śląski jest piękny!

Na ostatniej prostej ujrzałem dwie bramki – dla maratończyków i dla połowicznych maratończyków, wybrałem prawą i przebiegłem przez linię mety.

PKO Silesia Półmaraton 2017 meta

Ukończyłem PKO Silesia Półmaraton z wynikiem 1:58:39.

Za linią mety

Ciekawie rozegrane było zaplecze biegu. Medale otrzymaliśmy jeszcze na bieżni, natomiast napoje i kanapkę można było otrzymać po zejściu z bieżni i wyjściu na zewnątrz stadionu, po odstaniu kilometrowej kolejki. Podszedłem więc do punktu wydawania gorącej, słodkiej herbaty – z przyjemnością uraczyłem się słodkim napojem. Tego mi często na mecie biegów brakuje, taka herbatka przywraca normalność w moim żołądku, woda niestety nie zawsze. Po wejściu na trybuny niestety już nie było powrotu do strefy żywienia, ale nie narzekałem. Nie czułem głodu, stałem w niemym podziwie obserwując innych biegaczy kończących maraton i półmaraton.

Spotkałem ponownie Piotra, gratulując mu wyniku, Tomasz cieszył się, bo osiągnął swój życiowy rezultat – 1:35:50 – brawo! Pozostało nam czekać na Natalię  Mariusza. A ja tymczasem syciłem oczy widokiem Stadionu Śląskiego.

Z trybun otworzyła się boska perspektywa na bieżnię i na stadion, zerknijcie na mój krótki film:

Półmaraton wygrał Jarosław Kożdoń z Żor z czasem: 01:13:58, drugi na linię mety wbiegł Mateusz Wolnik z Lysek (01:14:31), trzeci był Grzegorz Kozłowski (01:15:20).

Pierwszą panią na linii mety była Agnieszka Gortel-Maciuk (01:20:32).

Wszystkie wyniki możecie sprawdzić na stronie Sts-timing.

Już po powrocie do domu dowiedziałem się, że drużyna, w której biegł Tomasz – kolejny skład JCommerce, zajął trzecie miejsce drużynowo. Pierwsza drużyna JCommerce zajęła natomiast pierwsze miejsce i to ze sporą przewagą – gratuluję!

W drodze na… start

Z niemałym trudem znaleźliśmy wyjście ze stadionu na tę stronę stadionu, skąd miały odjeżdżać autobusy transferowe na start. Prawdę pisząc to nikt z pytanych ochroniarzy nie był w stanie pomóc nam w wyborze odpowiedniego kierunku oraz drzwi wyjściowych w budynku.

Stadion Śląski i Silesia City Center dzielą w linii prostej może trzy kilometry. Musieliśmy jakoś dotrzeć na miejsce startu, bo tam na parkingu oczekiwały nas nasze środki transportu. Tymczasem pod stadionem wszystko stało w gigantycznym korku, również darmowe autobusy dla biegaczy zmierzające do centrum handlowego Silesia.

PKO Silesia Półmaraton 2017 korek wyjazdowy

Tak więc czekał nas spacer, w miłym towarzystwie, przez park.

Podsumowanie

Warto było pojechać i uczestniczyć w tym biegu. Ciekawa, choć trudna trasa, rewelacyjnie wybrane miejsce na finisz, wreszcie interesujący pakiet startowy i epicka koszulka (którą chyba będę nosił do garnituru). Ja pobiegłem na luzie, nie przejmując się niczym, upewniłem się, że trening przynosi efekty i że wytrzymałość biegowa jest coraz lepsza. Przy okazji przebiegłem półmaraton na „negative split”, czyli drugą część biegu szybciej niż pierwszą. Nie dałem się sponiewierać podbiegowi na szesnastym kilometrze – to też plus.

Organizacyjnie – moim zdaniem – jest kilka tematów do poprawki – fanpage biegu na Facebooku aż kipi od uwag biegaczy, jeśli organizatorzy zechcą je uwzględnić udział w tym biegu będzie jeszcze większą przyjemnością.

Mnie za metą zdziwił brak wody (dostępna po odstaniu kolejki), na trasie miejscami było wąsko i tłoczno, punkty nawadniania były bardzo krótkie, ciekawym też jest to, że klasyfikacja biegaczy została ułożona wg czasów brutto. To nie jest dobre rozwiązanie, bo w przyszłym roku wszyscy będą walczyli o start z samej linii startu, aby uniknąć „karnych sekund” liczonych od wystrzału startera do momentu przekroczenia linii startu.

Ale gdy zamykam oczy, ponownie widzę bieżnię Stadionu Śląskiego, słyszę doping, widzę telebimy, cieszę się wraz z innymi uczestnictwem w najważniejszej śląskiej imprezie biegowej.

Jak wiadomo – radość biegacza jest tym większa – im więcej galerii biegowych, w których można znaleźć swoje wesołe, bądź poważne zdjęcia. Oto moje dwa, które świetnie ilustrują atmosferę biegową. Oba pochodzą z galerii BTM Runners:

To ja sobie pogram w węża na telefonie” (Fot. BTM Runners)

„Show me your war face!” (fot. BTM Runners)

A wy znaleźliście jakieś fajne Wasze fotki z tego biegu?