Rok temu wystartowaliśmy po raz pierwszy w 1/2 Sky Maraton Babia Góra, która ochrzciła nas deszczem i gradem, utwierdzając w wierze w górskie bieganie. Już na mecie, choć nieziemsko zmęczeni, postanowiliśmy wystartować również w tym roku, na tym samym dystansie. Bo górskie bieganie jest tak różne od biegania płaskiego, asfaltowego, oferuje tak bliski kontakt z przyrodą, że trudno się mu oprzeć. Górskie piękno koduje się w głowach na bardzo długo, relaksuje, a jednocześnie wymaga od biegacza dobrego przygotowania i skupienia się na tym wyjątkowym wydarzeniu.

Dzięki Tomkowi udaje się nam wymknąć na ten bieg już dzień wcześniej, korzystamy z noclegu i pełni sił ruszamy rano na miejsce startu.

Ta relacja jest znowu „relacją dwóch prędkości”. Tomek ambitnie zaatakował swój wynik sprzed roku, ja, z różnych przyczyn, postanowiłem pobiec ostrożnie, turystycznie i przygodowo. Ale o naszych biegowych założeniach napiszemy jeszcze kilka akapitów.

Dokładnie tak, jak pisze Paweł powyżej, ja również stęskniony kontaktu z górami, po dwóch wiosennych „szosowych” maratonach, z chęcią stanąłem na starcie w Zawoi po raz kolejny.  Dobrze pamiętałem, jak przed rokiem dało mi w kość zbieganie z Babiej Góry. Ciekaw byłem czy tym razem, biorąc pod uwagę, że jestem około 7 kg lżejszy i w dobrej formie biegowej, uda mi się poprawić wynik przynajmniej o jakieś 10 minut.

Tak więc jedno było pewne – Tomek na mecie się niestety na mnie naczeka.

Założenia

Tak jak wspomniałem powyżej, mój plan zakładał zejście o 10 min poniżej zeszłorocznego wyniku 3:51 i co za tym idzie znalezienie się w pierwszej setce na mecie (w 2016 roku byłem 181). Jednak w przeciwieństwie do maratonów ulicznych miałem zamiar pobiec na luzie, bez pilnowania sekund na każdy kilometrze. Jedyne porównania podczas biegu do jakich mogłem się odnieść, to międzyczasy z Babiej Góry i Małej Babiej. Zakładałem też by nie przekraczać tętna 170 ud/min. Dlaczego ? Nie wiem. Tak sobie po prostu wymyśliłem :-)

Moje założenia były niezwykle skomplikowane. Wymyśliłem, że o 15.30 powinienem być na mecie, żeby uspokoić Żonę, że jeszcze wciąż żyję. Czyli chciałem zmieścić się w czterech (i pół) godzinach biegu. Do tego byłem ciekaw czy jeżeli przypilnuję spokojnego tempa podejść pod Babią Górę, to zaprocentuje to zachowaniem sił do końca biegu. 

Przy tym wszystkim testowałem też nowe żele – polecone przez Tomka –  High5. Chodzi mi oczywiście o testowanie ich podczas długiego biegu, bo oczywiście przetestowałem podczas jednego z treningów, mniam, mniam.

Drugim nowym elementem mojego wyposażenia był plecak biegowy z camelbakiem. Rok temu bardzo mi się dał we znaki zwykły plecak, który po prostu był zbyt duży i niewygodny.  Teraz miałem poręczny, zgrabny plecaczek z mnóstwem kieszeni i zaczepów, miałem gdzie usadowić aparat fotograficzny, żele, miałem nawet kieszonkę na śmieci, wszystko sobie uprzednio poplanowałem gdzie i jak umieszczę. Wiecie jaka to wygoda?


Nocleg

Do Zawoi ruszyliśmy dzień wcześniej, po drodze odwiedzając darzone przez nas niemałym sentymentem półmaratońskim Jezioro Żywieckie.

W ramach nawadniania przeprowadziliśmy degustację piwa.

Obiecałem, że w tej relacji będą smaczki. Otóż smaczki były i to dwa. Tomek w swojej skromności się nigdy nie pochwali, że jest bardzo dobrym kucharzem. Wielokrotnie zachwycałem się tym, co upichcił, tak było i tym razem.

Proszę bardzo – smaczna kolacyjka biegacza

i jeszcze smaczniejsze śniadanko:

Ja tylko dodam, że zgłosiłem stanowczy sprzeciw, by nie umieszczać jajecznicy w relacji. Co innego jakby to było jakieś egzotyczne lokalne danie. Ale jajecznica ? Niestety, Pawła się nie przegada, więc musiałem się poddać :-) Choć powiem Wam po cichu, że pewien sukces już odniosłem. W relacjach ostatnio nie ma Toi-Toi, więc to śniadanie na zdjęciu już przeżyję. Pisząc to, nie wiem czy nie wywołam wilka z lasu i czy edytując po mnie tekst współautor jednak jakiejś fotki wyżej wspomnianego obiektu nie wrzuci :-)

Przed startem

Poranek przywitał nas ładną pogodą. Góry przed startem wyglądały bajkowo. My jednak mieliśmy w pamięci prognozę pogody i wiedzieliśmy, że to tylko miłe złego początki.

Tu warto jeszcze rzec słówko o odbiorze pakietu w biurze zawodów i kontroli wyposażenia obowiązkowego. Zgodnie z regulaminem mieliśmy posiadać i okazać do kontroli przed startem, po starcie a nawet podczas lotnych kontroli następujące utensylia:

  • czapkę bądź buff,
  • kurtkę,
  • naładowany telefon komórkowy.

Pomni ubiegłorocznej, skrupulatnej kontroli mieliśmy podczas odbioru pakietu wszystko przygotowane na widoku i przeszliśmy kontrolę „z marszu”. Ale nie wszystkim było to dane, nasłuchaliśmy się naprawdę wielu niepotrzebnych dyskusji, „że przecież mam kurtkę w plecaku w aucie”, „że chyba przesadzacie”, „że po co to wszystko”. Biegacze marudzili, bo konieczność powrotu po sprzęt równał się z ponownym ustawieniem się w kilometrowej kolejce po pakiety.

Tak więc zostawiali dokumenty i inne „fanty”, żeby później podejść bezpośrednio do punktu kontroli.

Za rok proponuję ustawienie przed wejściem do schroniska czerwonego stojaka z groźnym napisem:

WSTĘP DO BIURA ZAWODÓW TYLKO Z WYMAGANYM WYPOSAŻENIEM OBOWIĄZKOWYM!!!

Być może, to by pomogło.

Co w pakiecie? Ano to co na załączonym obrazku dwa buffy, prezenty od High5, czip do przyczepienia do sznurówek (bez wody Id’Eau, która ochoczo przyturlała się w kadr).

Po krótkiej rozgrzewce byliśmy gotowi do startu.

Tak, jak widać na powyższym obrazku, tym razem byłem w barwach odblaskowych – to oczywiście na wypadek, gdybym się gdzieś pogubił na stokach Babiej Góry – ratownicy mieliby łatwiejsze zadanie namierzyć moje zwłoki, potargane przez wilki, niedźwiedzie i górskie warchlaki. O, tu mi się jeszcze przypomina, że mój plecak gwarantuje dużo wyższe bezpieczeństwo niż poprzedni. Ma w kieszonce… gwizdek. Słowo „mieć przegwizdane” może nabrać dużo ciekawszych, górskich znaczeń.

Przed rozgrzewką zostaliśmy „rozpoznani” przez jednego z biegaczy, który obejrzał i zapamiętał film przygotowany przez Tomka podczas poprzedniej edycji, no i tak chwilę pogawędziliśmy razem.

No i fajnie, punktualnie o 11.00 (a może to była 10.59?) ruszyliśmy na trasę. I wkrótce zaczęło się mozolne zdobywanie wysokości.

Podbieg zwany również podejściem

Ja tym razem zamiast opisu biegu z mojego punktu widzenia, zaproszę Was do obejrzenia kilkuminutowego filmu na końcu relacji. Tam nagadałem się już tyle, że trudno dodać więcej :-)

Wspomnę tylko, że po raz pierwszy użyłem lekkich, składanych kijów do biegów górskich, z których byłem w trakcie podbiegów bardzo zadowolony. Pozwalały mi pracować również rękoma, odciążając nogi w czasie podejść.

A ja w przeciwieństwie do Tomka kroczyłem powoli i dostojnie, starając się nie przebijać założonego poziomu tętna, choć przy tym poziomie skomplikowania trasy nie było to łatwe.

Rychło jednak okazało się, że to nie tętno jest moim problemem, ale brak oddechu. Nie używałem kijów, używałem metody nr 2 czyli na podejściach odciążałem uda rękami, zawsze to jakaś ulga dla przeciążonych monotonnym podejściem nóg.

Wielokrotnie mijaliśmy grupy turystów, za każdym razem grzecznie mówiliśmy sobie „dzień dobry” lub „cześć” i z ciekawością przyglądaliśmy się sobie wzajemnie. Biegaczy ciekawiło jaka pogoda panuje na Babiej, a turystów dziwił nasz lekki ubiór.

Najśmieszniejsza była „mijanka” ze szkolną wycieczką, każde dziecko do zachrypnięcia każdemu z nas życzyło „powodzenia”, co wywołało ciekawy nakładający się na siebie efekt dźwiękowy: „dzień dobry – powodzenia – powodzenia – powodzenia”, „dzień dobry” – „powodzenia… powodzenia… powodzenia”…

Dodam od siebie, że bardzo byłem ucieszony takim miłym przyjęciem biegaczy przez turystów. W końcu trochę im zakłócaliśmy spacer, gdy co paręnaście sekund ktoś ich mijał, stukał kijkami i musieli ustępować szybszym od siebie biegaczom. Ale za każdym razem otrzymywaliśmy wsparcie i uśmiech. Dziękujemy !

Był też czas na krótkie rozmowy, o piwie, o tym co na nas będzie czekało na mecie do jedzenia, o tym kto od czego jest ubezpieczony („w razie zawału czy udaru śmiało pakujcie mnie do przepaści, bo inaczej dzieci nic z ubezpieczenia nie dostaną”).

Najweselszym akcentem był ten, gdy jeden z podchodzących stwierdził, że już kiedyś tędy szedł, po Perci Akademików, na co odezwał się za naszymi plecami tubalny głos jednego z biegaczy: „ale to jest Perć Przyrodników – coś się wam pomyliło!”. No i fajnie, humor dopisywał, jak widać na załączonych zdjęciach. Tu w wersji męskiej:

A tu w wersji damskiej:

Pogoda tymczasem zmieniała się w kierunku zapowiadanej prognozą.

Prognoza wyglądała o tak:

„Na jutro na Babiej Górze prognozowane są burze, deszcz oraz silny wiatr dochodzący w porywach do 100 km/h. Odnośnie ograniczenia wbiegania na szczyt (6xBabia, 3xBabia, 1xBabia i 1/2 Babia) oraz przesunięcia startu 1/2 Babia decyzja będzie podejmowana w zależności od panujących aktualnie warunków. „.

Słoneczne przedpołudnie zmieniło się w nachmurzone, pełne zadumy niebo. Z którego coś zaczęło kropić – dopóki byliśmy w lesie mżawka była nieodczuwalna.

Ale po wyjściu w kosodrzewinę zrobiło się chłodniej, wietrzniej i bardziej mglisto.

A potem zawiało i lunął deszcz.

Babia i Mała Babia

Na Babiej Górze zameldowałem się z czasem 1:32 czyli o 6 minut lepszym niż w roku poprzednim.

Tomasz na Babiej Górze

(fot. Sucha24.pl)

A ja na Babiej pojawiłem się 25 minut po Tomku. Wiał mocny wiatr, padał deszcz i mgła szybko pokryły moje okulary wilgocią, a nie cierpię czyścić okularów z obu stron, a przecież żeby zejść z Babiej Góry coś musiałem zobaczyć (kamienie widzę, kamieeeeenieeee!).

Wrażenie było przedziwne, bo mgła (chmura?) ograniczała widoczność do kilkudziesięciu metrów, co stwarzało dziwne wrażenie, że zaraz się spadnie w przepaść, albo zgubi we mgle.

Z żalem też zapakowałem aparat fotograficzny do torebki strunowej, nie był wodoodporny, w przeciwieństwie do telefonu, który jednak spoczywał bezpiecznie w kieszonce w plecaku. Trudno, od momentu zejścia nie robiłem już więcej zdjęć.

Oczywiście nasz półmaraton miał bardzo dobrze zaznaczoną trasę, prowadził szlakiem, na którym co kawałek były wysokie pale, dzięki którym pewno trasa była widoczna również w śniegu.

Zbieganie

Zbieganie poszło mi dużo lepiej niż rok wcześniej. Mniejsza masa, mocniejsze nogi, no i kijki których również używałem jako asekuracji.

Ten bieg jest dlatego tak wymagający, że najpierw zamęcza nogi długim 9 kilometrowym podejściem, później już, poza krótkimi wyjątkami, zbiega się i zbiega… Do pełnego zmęczenia nóg.

Biegłem i biegłem starając się utrzymywać rytm, czasem wyprzedzał mnie chrzęst poruszonych kamieni, dzięki któremu nieliczni w tym deszczu turyści rozstępowali się, przebiegałem więc w dół prawie bez zatrzymywania się.


I tu ponownie słówko o konsumpcji, tym razem żeli. Na całość trasy zaplanowałem konsumpcję trzech żeli energetycznych High5. Co 40-50 minut aplikowałem sobie jeden z nich. Każdy z nich miał konsystencję kisielu i był bardzo neutralny w smaku a przy tym nie wymagał popijania, choć nie był to stricte hydrożel. Ot taki energetyczny kisiel z nutką pomarańczy czy bananów. Pilnowałem pochłaniania żeli, choć nie byłem głodny, bo nie miałem zamiaru opaść z sił, tak jak to miało miejsce rok wcześniej na tej samej trasie.


I co? Ano po około trzech godzinach marszobiegu, gdy obliczyłem, że na metę na pewno przybiegnę z gorszym czasem niż uprzednio, poczułem się znużony. Może nawet nie tyle zmęczony, co opuściła mnie motywacja. Coś tam truchtałem, nogi jeszcze niosły, ale co chwilę, choć nie było górki, tempo spadało.

Na całe szczęście ten stupor nie trwał długo – wróciłem do tempa podróżnego, przy którym przyroda przewijała się przed zapadanymi szkłami okularów znacznie szybciej niż przy marszu.

Stawka biegaczy rozwinęła się dokładnie tak, jak rok temu, były długie minuty, podczas których nie widziałem i nie słyszałem żadnego z biegaczy przede mną, ani za mną.

Raz usłyszałem gromki doping. Ścieżka prowadziła polaną, na środku niej stało drzewo. A pod drzewem silna męska grupa pod wezwaniem śpiewająca o deszczu i dopingująca biegaczy i biegaczki sunące w deszczu po pełnej kałuż ścieżce.

Mózg już pracował na wyraźnie zwolnionych obrotach, zostawiając tylko aktywny system rozpoznawania szlaku i wytyczonej trasy oraz skanujący gdzie postawić stopę, żeby się cały układ skomponowany doraźnie z biegacza, jego plecaka, opartych na zmęczonych stopach w przemoczonych butach, ale wciąż zasilany entuzjazmem i werwą, nie wywrócił.

I tak ten pierwszy system wykrył pewną anomalię, siedzącego na kamieniu biegacza, otulonego folią ratunkową, ze zdjętymi butami. Biegacz siedział nieruchomo przy zakręcie szlaku. Minąłem go, gdy do mnie dotarło, że nie jest to normalna sytuacja, bo biegacz jako taki zazwyczaj podczas biegu jest w ruchu, porusza nogami i rękami nieugięcie zmierzając do mety. Więc coś było nie tak. Zawróciłem na pięcie i zapytałem czy nie trzeba pomocy. – Nie, napieraj, napieraj – pogonił mnie zapytany. A ja po może minucie biegu minąłem się na ścieżce z dwoma GOPRowcami a jakiś kilometr dalej stał ich quad z przyczepionym toboganem.

Ostatnie kilometry minęły nadspodziewanie szybko. Wracaliśmy szybko „po śladach” bo na tej właśnie trasie zaczynał się nasz bieg.

Meta! 

Wybiegłem z lasu, przebiegłem przez drogę i pozostał mi do przebiegnięcia tylko parking i runda honorowa pod górkę, przed metą. Usłyszałem Tomka, który biedny czekał na mnie ponad 45 minut! Poganiał mnie, tak jak i spiker mający nadzieję, że „ten pan w pomarańczowych skarpetkach dogoni swojego poprzednika”.

Czy dogoniłem  – to zdradzi Wam zakończenie filmu nakręconego przez Tomasza:

Tak jak wspomniane było pod koniec filmu, osiągnąłem rezultat 3:31, czyli 20 minut lepszy niż poprzednio i awansowałem o blisko 100 miejsc na 87 ! Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że biegi górskie to coś co lubię i co mam nadzieję, będzie mi wychodziło coraz lepiej.

Nie dogoniłem! Trzema skokami pokonałem ostatnie metry półmaratonu na Babią Górę i wbiegłem na metę. Jeszcze wspólna z Tomkiem fotka, jeszcze kilka słów zamienionych z osobą wręczającą medal i ruszyłem pobrać wodę. Po drodze zdałem chip i… jeszcze raz musiałem poddać się kontroli wyposażenia. Dopiero później mogłem udać się po posiłek pobiegowy – na pierogi.

To, że na trasie było wymagająco widać choćby po porównaniu naszych czasów z tymi, jakie są pokazywane na mapach turystycznych. Wychodzi tego 8 h 50 min. Czyli zrobiliśmy ten dystans całkiem szybko. I dlatego na mecie mieliśmy takie uśmiechnięte paszcze.

(fot. Marzena Mazij)

Ale na catering to ponarzekam

I tu jedyne zastrzeżenia, które można mieć do całej świetnej organizacji półmaratonu. Rok temu za metą czekały na nas pyszne pomarańcze. A teraz pusty stolik, na którym (sądząc po skórkach) leżały kiedyś arbuzy. Trudno, nie samymi łakociami żyje biegacz, ale… Gdy stałem dobry kwadrans w kolejce po pierogi, ktoś sobie przypomniał o brakach w zaopatrzeniu i zaniósł kilka arbuzów na puste stoliki. Choć to było pewno dłużej niż 15 minut, bo Tomek już organizował ekspedycję ratunkową po zagubionego w kolejce kolegę.

pierogi Babia Góra

Smażenie pierogów szło bardzo, bardzo opornie. Z nadzieją wystartowałem do pierogów ruskich (były też jeszcze ze szpinakiem), których apetyczne zarumienienie wskazywało na wyjątkowy smak i… Zaraz. Ale w środku większość z nich była zimna… Cóż, ciepłe zjadłem, zimne wyrzuciłem i wróciłem do gościnnie nagrzanego auta Tomka.

Ja miałem więcej szczęścia. Trafiłem na pełny stół arbuzów i pomarańcz oraz dobrze upieczone pierogi. Wynika z tego, że brakowało ciągłości obsługi.

Kolejny bieg

Już przed startem na Babiej zdecydowałem, że w sierpniu powalczę na 53 km trasie Chudego Wawrzyńca. Teraz do kalendarza na październik dołożyłem jeszcze Łemko Maraton 48 km, z Iwonicza Zdroju do Komańczy. Będą to moje pierwsze nieśmiałe kroki w kierunku zostania ultrasem.

Ja natomiast póki co wiem, że nie jestem w jakiejś szczególnej formie biegowej, a już za tydzień startuję (wraz z Tomaszem rzecz jasna) w półmaratonie w Ołomuńcu, w Czechach.

Gdy zamykam oczy, wciąż widzę naturalne piękno Babiogórskiego Parku Narodowego. Wraca zapach wilgotnego lasu, jego odgłosy i ta radość obcowania z przyrodą. Czy za rok wystartujemy ponownie w Półmaratonie na Babią Górę czy może zaryzykujemy start w pełnym maratonie z przewyższeniem 3000 metrów?

Już teraz, dzięki dwukrotnym startom w tej imprezie uzyskaliśmy kwalifikację do tego biegu. A przy okazji wpadł nam kolejny punkt ITRA, poświadczający trudność biegu górskiego, który może kiedyś będzie istotny, gdybyśmy się ubiegali o start w UTMB, czyli najsłynniejszym biegu górskim wokół masywu Mont Blanc :)

Podziękowania

Słowo podziękowania dla organizatorów, wolontariuszy, fotografów, współbiegaczy i … turystów. Bieg jest naszym zdaniem świetnie zorganizowany, wolontariusze wyjątkowo pomocni a fotografowie, są klasą samą w sobie. Nie wyobrażam sobie tylu godzin spędzonych gdzieś w zimnie, deszczu i na wietrze na szczycie Babieg Góry po to, aby strzelić 300 zdjęć umęczonych biegaczy.

Ultramaraton Babia x 6

Na sam koniec jeszcze warto napisać o najważniejszym. My biegliśmy najkrótszy i najłatwiejszy dystans. Natomiast elita ultrabiegaczy walczyła z wbiegnięciem sześć razy na Babią Górę różnymi trasami, w limicie 17 godzin.

Krzysztof Dołęgowski dokonał niemożliwego – jako pierwszy pokonał Babią Górę x6 w limicie 17 godzin (103 km i 8000m przewyższeń).

Jego relację znajdziecie na portalu napieraj.pl