Wstęp

Pierwsza połowa mojego sezonu biegowego wkrótce dobiegnie końca. Po przebiegniętych na szosie dwóch maratonach i dwóch półmaratonach z radością miałem wrócić w góry ! Po Zimowym Janosiku, Pani MogileUBS w Brennej tym razem miałem się zmierzyć z nieznanymi mi jeszcze trasami Beskidu Sądeckiego.

Trasa Biegu Wierchami , nazwanego na dystansie 58 km Visegrad Ultra wyglądała bardzo atrakcyjnie. Wiodąca ze Słowacji do Polski, z konkretnym lecz nie dramatycznie dużym przewyższeniem około 2000 m.

Trasa Biegu Wierchami

Profil Visegrad Ultra

Bardzo ciekawe było to, że największe podejście na trasie miało miejsce za 42 km, czyli tam, gdzie przeciętny biegacz amator ma już wszystkiego dość. Postanowiłem podjąć wyzwanie i w piątek 15 czerwca wieczorem zameldowałem się w Piwnicznej Zdrój, gdzie mialem spędzić dwie kolejne noce.


Biuro zawodów

Rozpakowałem się i od razu pognałem do Rytra, pod hotel Perła Południa, przy którym zorganizowane było Biuro Zawodów.

Visegrad Ultra biuro zawodów

Obsługa była sprawna, więc już po chwili stałem się posiadaczem numeru startowego z chipem, profesjonalnie wydanej mapy trasy oraz niezwykle oryginalnego gadżetu, jakim był dzwonek pasterski.

Tomasz Visegrad Ultra i jego numer startowy dzwonek pasterski Visegrad Ultra

Czuć było zbliżające się sportowe wydarzenie. Dodam, że impreza składała się z wielu biegów. Były Bieg Rogasia dla dzieci, Rajd Nordic Walking, Bieg Corno Owca 11 km, Waligóra 30 km i wreszcie mój dystans Visegrad około 58 km. W najdłuższym biegu miało wziąć udział około 130 zawodników.


Stara Lubovna

Pobudka nastąpiła o 3:50, a czterdzieści minut później jechałem już drogą do Rytra. Zobaczyłem dwa autobusy wycieczkowe i busa jadące w tym samym kierunku.  Pomyślałem „Gdzie oni jadą tak rano bez pasażerów?”, a potem błysk „Jadą po biegaczy!”.  I dokładnie tak było, podążając za autobusami dojechałem pod hotel i 10 minut później siedziałem w wygodnym autokarze. Odjazd jak według szwajcarskiego zegarka punktualnie o 5:00. Start ze Starej Lubovnej miał nastąpić godzinę później.

Teraz chwila zwierzeń. Dziwny nastrój miałem. Obok roześmiani i gadatliwi biegacze, a ja jakiś zaniepokojony, skupiony, niepewny. Nie wiem czemu tak się czułem. Może to dlatego, że nigdy jeszcze nie biegłem tak długiego dystansu? Może obawa, że zbyt mało treningów odbyłem w górach? A może po prostu był to pewnien rodzaj pokory, który mam zawsze na starcie ultramaratonu. W każdym razie praktycznie z nikim nie rozmawiałem. Zamknąłem oczy, przypomniałem sobie profil trasy, zapamiętałem gdzie będą się znajdowały punkty żywieniowe.

Wkrótce dojechaliśmy pod Zamek w Starej Lubovnej. Jego surowe mury wznoszące się na wzgórzu robiły wrażenie.

zamek w Starej Lubovnej

Wspinanie się po zboczu było fragmentem rozgrzewki. Na górze niespodzianka! Różne już początki biegów widziałem, ale strzału startera z armaty jeszcze nie. Super sprawa!

Widok spod bramy zamku był zapowiedzią krajobrazów, które czekały na nas na trasie.

Udaliśmy się na miejsce honorowego startu. Pozowaliśmy do fotki, a o 6:00 przy majestatycznym biciu dzwonów podbiegliśmy pod bramę gdzie miał miejsce start właściwy.

fot. ze strony organizatora biegu

Wybiegliśmy z zamku, którego widok jeszcze przez chwilę nam towarzyszył. Niezwykle klimatyczne miejsce.

Stara Lubovna zamek

Zatrzymałem się, żeby zrobić kilka zdjęć. Znalazłem się w ostatniej części stawki. Ale nie było nerwów jak na szosie. Tu nie ścigałem się o sekundy. Podziwiałem czołówkę, która ochoczo wyrwała do przodu. Wyprzedziło mnie wielu, wiedziałem jednak, że ten bieg rozegra się na podbiegach pod Radziejową i Makowicę. Jeszcze będzie czas sprawdzić kto jest mocny, a kto zaczął tempem ponad swoje siły.


Słowacka część trasy

Po stronie słowackiej mieliśmy dwa wzniesienia, Osli Vrch (859 m) i Medvedelicę (888 m), a po drodze wieś Vabec. Początkowo biegliśmy przez las, by później wybiec na przeurocze polany.

Pierwsze 10 km pokonałem w 1h i 11 min, biegłem spokojnie swoim tempem, od czasu do czasu kogoś mijając. Słoneczko przygrzewało jeszcze nieśmiało, wiał orzeźwiający wiaterek, a widoki urzekały. To są takie chwile, gdy można się w pełni cieszyć sportem i naturą.

Jeszcze po słowackiej stronie, na mniej więcej 15 km był pierwszy punkt żywieniowy. Pochłonąłem kilka herbatników, wypiłem dwa kubki wody i nie ociągając się ruszyłem dalej. Miałem ze sobą 8 żeli energetycznych, które miałem zamiar jeść mniej więcej co 50 minut. Jak się więc łatwo można domyśleć, moim celem był wynik poniżej 8 godzin.

Słowację pożegnaliśmy na wzniesieniu o nazwie Szczob (935 m) biegnąc jeszcze wzdłuż granicy, aż do Przełęczy Gromadzkiej (931 m).


Na Radziejową i Halę Przehyba

Dotychczas trasa to wznosiła się, to opadała. Podłoże było mało wymagające, bez skał, większych kamieni czy błota.  Na 20 km miałem czas 2h 24 min.

fot. ze strony organizatora biegu

Wciąż czułem się świetnie, do tego momentu bieg był dla mnie czystą przyjemnością. Widziałem jednak, że sielanka wkróce się skończy.  Walka zaczęła się na 22 km. Podbiegi pod Wielki Rogacz (1182 m) oraz Radziejową (1262 m) były już próbą sił.

Szybki marsz pod górę z użyciem kijów. Coraz mniej zabawy, którą zastępował wysiłek. Czasem kogoś mijałem, chwilę poźniej ktoś wyprzedzał mnie. Generalnie jednak czułem, że przesuwam się w stronę połowy stawki.

Na przełęczy Żłobki, jeszcze przed Radziejową był kolejny punkt serwisowy. Tym razem cola, dużo coli. Organizm coraz bardziej pragnął cukru. Zaryzykowałem też kabanosa, był pyszny. Zajadałem się nim prąc pod górę.

Na wzniesieniach nie napierałem na maksa. Pamiętałem, że nie ma jeszcze połowy dystansu. Poza tym, po zimowych biegach wreszcie umiałem zbiegać. Wiedziałem, że gdy odważnie wyciągnę nogi pędząc w dół prześcignę jeszcze wielu z tych, którzy byli szybsi pod górę. Trasa stała się trudniejsza. Kamienista i bardziej stroma.

Tak dotarliśmy do Hali Przehyba. Mniej więcej 30 km biegu i 3h 46min na zegarku. Znów cola, czekolada, izo do butelki i w drogę. Zaczynamy drugą połówkę.

fot. ze strony organizatora biegu

Tu był ciekawy kawałek trasy, bo przez kilkaset metrów mijali się zawodnicy dobiegający i wybiegający z punktu serwisowego. Była okazja się pozdrowić. Ktoś żartował, że już wracamy, humory dopisywały.


Zbieg do Rytra

Za 30 km czekał nas długi zbieg do Rytra, mający około 12 km. Ostatni widok z wysokości ponad 1000 m znów zrobił wrażenie.

Potem biegliśmy przez dłuższy czas lasem. Kapitalnym pomysłem organizatorów było połączenie w tym momencie tras Waligóry, a później jeszcze Cornej Owcy z naszą. Ale nie tylko połączenie, co poprowadzenie tych tras w przeciwnych kierunkach.

W ten sposób nie tylko sobie nie przeszkadzaliśmy się, ale była okazja do wielu pozdrowień, przyjaznych spojrzeń czy nawet braw i dopingu, który dostawaliśmy od napierających pod górę. Dzięki dla Was wszystkich! Nawet nie wiecie ile sił na zbiegu mi to dawało! Wasz doping, słowa uznania, niosły w dół, a przy okazji zupełnie zapomniałem o zmęczeniu czy bólu to tu to tam.

Na trasie co raz mijałem się z dwoma zawodnikami biegnącymi wspólnie. Oni wyprzedzali mnie na lekkich podejściach, a ja Ich na zbiegach. Mieli numery 51 i 100. Nie ma jeszcze wyników, więc nie znam imon, ale tu chciałem podziękować za walkę i wzajemną motywację. Wspólnie wybiegliśmy z lasu, przez jedyny błotnisty kawałek trasy.

Później w upalnym słońcu podążaliśmy do Rytra, podziwiając sielskie urokliwe obrazki jak te.

Czułem się zmęczony. Coraz bardziej brakowało sił. Na zbiegach wypuszczałem nogi, pod górę truchtałem lub przechodziłem do marszu. Przed samym Rytrem zapłaciłem za zmęczenie pomyłką. Przegapiłem skręt i pognałem asfaltem w dół. Dopiero gdy przestałem słyszeć kroki towarzyszy za sobą obejrzałem się. Byłem jakieś 150 m w dół za miejsce gdzie trasa zmieniła kierunek. Koledzy właśnie skręcali. Cóż, trzeba było podbiec. Dobrze, że tylko tyle.

Przekroczyłem drogę poinstruowany przez uśmiechnięte wolontariuszki. Chwilę potem nad Popradem był przedostatni punkt żywieniowy. Znów cola, izo, czekolada. Koledzy usiedli, ja nie chciałem, bo obawiałem się, że już nie wstanę. Ruszyłem dalej wzdłuż rzeki.


Makowica

To był najcięższy kawałek biegu. Nie tylko fizycznie, ze względu na zmęczenie po 42 km biegu. Gorsze było znużenie mentalne. Płaski kawałek po zbiegu, upalne słońce, przede mną Makowica (948 m). Byłem sam, nikogo z przodu, ani z tyłu. Taka chwila, gdy niezwykle trudno się zmotywować. Osłabłem. To był drugi kryzys. Poprzedni około 32 km był raczej żołądkowy, jakoś mnie zmuliło. A teraz nogi odmawiały posłuszeństwa. Za sobą miałem 5 h i 15 min zawodów. Stąd nie ma zdjęć. Nawet nie chciało mi się ich robić. Myślałem tylko o tym, by być już po drugiej stronie tej góry.

Minęła mnie jedna zawodniczka i jeden zawodnik. Nie podjąłem walki. Nie próbowałem dotrzymać tempa. Pozwoliłem im spokojnie się oddalić. Dziwne uczucie, bo właśnie wtedy, gdy zabrakło woli walki zaczęło mnie boleć wszystko. Przypomniałem sobie, że podkręciłem na zbiegu lewą kostkę. Że coś rwie w prawym kolanie. Że mam zbite dwa paznokcie i jakiś upierdliwy krwiak pod palcem. Wlokłem się.

Zaczęło się mocniejsze podejście. Dogoniła mnie kolejna zawodniczka. Zbliżali się też koledzy, o których pisałem wcześniej, a z którymi rozstałem się na punkcie. Idąca przed nami dziewczyna nagle skręciła w las. Pomyślałem nawet, że za potrzebą. Ale gdy dotarłem do tego miejsca, zobaczyłem, że faktycznie wstążka oznaczająca trasę tam wskazuje. Skręciłem za nią. Nad potokiem obmyłem twarz wodą i tu dogonili mnie koledzy.

Visegrad Ultra potok

Pomaszerowali w górę, a ja szukałem motywacji by ich gonić. I nagle zwrot!

Rzut oka na track w zegarku, bo coś mi się ten kawałek trasy nie podobał. Zobaczyłem, że jesteśmy poza trasą. Stanąłem i rozglądałem się za wstążkami. Zobaczyłem je jakieś 100 m w bok na sąsiednim zboczu. Momentalnie zawołałem zawodników przede mną. Pokazałem wstążki. Uznaliśmy wspólnie, że jesteśmy w złym miejscu. Oni zeszli stromym zboczem, a ja powróciłem do potoku i dopiero wyszedłem na właściwą trasę. W tym momencie wspomniana trójka była przede mną, jak na poniższej fotce.

Nieznane są tajemnice umysłu. Nie mam pewności co się stało. Ale wiem jedno. Trafił mnie szlag! Wybuchnęła we mnie jakaś złość, na tę pomyłkę, na własną słabość i na to użalanie się nad sobą przez ostatnie pół godziny. I okazało się nagle, że mam w sobie energię. Pochyliłem głowę w dół, sprężyłem się i zacząłem mocno maszerować w górę, a nawet truchtać, aż dogoniłem towarzyszy. Nagle wstąpiła we mnie jakaś moc, zrobiło się bardziej stromo ale nie zwalniałem. Gdy po kilkunastu minutach od tej przemiany wreszcie się obejrzałem, nie było już za mną nikogo.

Rzuciłem wyzwanie tej cholernej Makowicy! Postanowiłem, że nie zwolnię nawet na sekudnę zanim nie stanę na szczycie. Przez chwile nawet myślałem, że to już, ale za zakrętem zobaczyłem tylko trawiasty stok i kolejne podejście. Trudno. Napieram.

Jeszcze para schodzących turystów, którzy mówią mi, że już niedaleko i wreszcie jest. MA-KO-WI-CA. Nienawidzę jej serdecznie! I uwielbiam ją mocno! Na szczycie wydaję z siebie jakiś dziki okrzyk.

Ciekawy opis tego podejścia znalazłem dziś w internecie. Podobno to najbardziej stromy stok w Beskidach. Stojąc tam na górze byłem tego samego zdania.

Visegrad Ultra - Makowica

Mam za sobą 6 h i 40 min zawodów. Przed sobą około 10 km. Zaczyna się swobodne spadanie. Kapitalny, cudowny, uwalniający wszystkie emocje zbieg w dół!

Uważam tylko by nie przegapić znaków. Tych na drzewach i tych na ziemi.

Wyciągam w nogi i pędzę na ile mogę. Już nie ma zmęczenia, nic nie boli. Nie wiem co mi tam ten umysł wstrzyknął. Adrenalinę? Endorfiny jakieś? Nie wiem. Myślę tylko by jeszcze kogoś dogonić. Udaje się dwukrotnie. Woda mi się skończyła. To chyba źle, ale na szczęście jest las i słońce nie praży.

fot. Ewa Kącka-Cichy

Dobiegam do ostatniego punktu serwisowego. Z daleka już krzyczą czy cola czy woda? Jasne, że cola. Cukier! Kocham cukier! Ktoś pyta mnie jak Makowica? Odpowiadam, że od dziś zamiast mówić, że bierze mnie k***ca, będę mówił że Makowica. Ponoć jeszcze 4 km.

Wbiegam na asfalt, na słońce. Po chwili dobiegam na most nad Popradem.

Strażacy zabezpieczają przejście przez drogę. Znów robi się cieżko. Nie ma zbiegu, nie ma adrenaliny. Chce się maszerować, ale szukam motywacji. Widzę ją za mostem. Dwóch zawodników. Zostało jeszcze około 2,5 km, a mam do nich może 400 m. Dogonię?

Niech mnie trafi jasny pieron jak nie dogonię! Przyśpieszam, nie wiem skąd mam siłę, ale doganiam, wyprzedzam i…. czuję że przegiąłem. Nogi sztywne, chwila marszu, oglądam się. Nie próbują gonić, więc spokojnie truchtam na metę. Ostatni kilometr strasznie się dłuży. W końcu jest meta! I znów jakieś rezerwy na finisz się znajdują. Spiker krzyczy moje nazwisko, jest moc!

Visegrad Ultra meta fot. ze strony organizatora


Zakończenie

Za metą zapominam wyłączyć zegarek. Czas oficjalny 7 h i 42 min. Pić! Dwie piwniczanki pochłaniam duszkiem. Dostaję medal i natychmiast proszę o fotkę.

Jest świetnie. Kładę się na trawie i w minutę przebiega mi przez myśli cały bieg. Później pyszne naleśniki i jestem gotów by odpocząć :-) W międzyczasie przybiegają kolejni zawodnicy z różnych dystansów. Panuje atmosfera sportowego święta.

Dwie godziny później przyrządzam już karkówkę na grillu i rozkoszuje się smakiem zimnego piwa.

To był wspaniały bieg! Bardzo dobrze zorganizowany. Wszystko było punktualnie, na czas i tak jak trzeba. Trasa cudowna. Jeśli mogę prosić o coś organizatorów na przyszłość to o wyniki szybciej. Pojawiły się dopiero w poniedziałek. Zająłem 25 miejsce w swojej kategorii i 47 w OPEN. Celowałem w pierwszą połowę stawki więc cel osiągnięty :-)

Ale najbardziej z całego biegu cieszy mnie nie wynik, tylko to, że znów pokonałem siebie. Że kopnąłem się w tyłek na tym podejściu pod Makowicę!

Dziś już zregenerowany myślę o kolejnych zawodach.  Za 6 dni czeka mnie Rybnicki Półmaraton Księżycowy.  Póżniej urlop, a po nim wracam w góry. To będzie moje drugie starcie z Chudym Wawrzyńcem.