Relacja z 2. PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego


24 października Kraków gościł bez mała 7000 biegaczy startujących w 2. PZU Cracovia Półmaratonie Królewskim. Trasa biegu była arcyciekawa, przebiec w pełnym pędzie przez rynek, pod Wawelem i finiszować na Tauron Arenie – niezapomniane przeżycie.

Ilu

Moja relacja tradycyjnie obejmie wiele wątków pobocznych, jest bardzo długa, za to chwile wytchnienia czytelnikom zapewnią zdjęcia, które robiłem w biegu, budząc zdziwienie biegaczy oraz widzów. Gotowi?


Wszystko przez Marka!

Bardzo chciałem jeszcze w tym roku przebiec piąty półmaraton. Pięć jest liczbą pierwszą, w przeciwieństwie do czterech. Kolejna liczba pierwsza to dopiero siedem więc sami widzicie, że przebiegnięcie piątego półmaratonu to była życiowa konieczność.

13 października Marek na swoim fanpage bloga Droga do Tokio wrzucił informację o swoim starcie w Półmaratonie w Krakowie. I jak to bywa u osób uzależnionych, włączyła mi się natychmiast wizualizacja siebie triumfalnie przebiegającego pod Wawelem i wbiegającego do krakowskiej Tauron Areny.

Trasa2To byłby akurat piąty półmaraton w tym roku, do tego w dawnej stolicy Polski. Normalnie zaliczyć biegowo dwie stolice Polski tego samego roku? Nie wahałem się, tylko sprawdziłem domowy kalendarz, wysyłając równocześnie informację do mgr. inż. Anioła o terminie i warunkach uczestnictwa. Równocześnie podpytywałem Marka co i jak, bo on już biegł w Krakowie rok temu.

Jak się pewno domyślacie zanim skończyłem rozmowę z Markiem, już miałem wszystko w głowie poukładane startowo. I chwilę później zadzwonił telefon, mgr inż. Anioł, który już miał mi wysłać info, że nici ze startu, że przecież jedzie do Tarnowa z rodziną na weekend ale… sprawdził odległość do Krakowa.  Godzina jazdy. „Jadę” obwieścił. Ja miałem 150km w jedną stronę, wyjazdu nie zamierzałem odpuścić.

Preludium

Mgr inż. Anioł słynie z czynienia dobrych uczynków. W piątek odebrał – rzutem na taśmę, przed zamknięciem biura – nasze pakiety startowe. Dzięki temu nie musiałem zupełnie o świcie ruszać na Kraków. Mogłem pospać kilka minut dłużej i ruszyć niezupełnie o świcie, atakując o 6.01 lokalnego piekarza i tradycyjnie dostarczając rodzinie świeże pieczywo.

Wrócę jeszcze do pakietu – numer startowy z czipem, koszulka, makulatura, wafelek, soczek, zestaw plastrów od PZU, worek na śmieci…  nic szczególnie istotnego dla biegacza. Wróć! Z tym workiem, to ja uważałem, że to na śmieci – Anioł, że ze względu na rozmiary to jest na ubrania. Na rozmiary patrząc, to prawie na zwłoki (bo czarny) ale przecież tego nie napiszę, bo zdradzę zakończenie tej historii.

W sobotę, w egipskich ciemnościach (bo jeszcze przed zmianą czasu) wystartowałem w kierunku Krakowa. Powoli się rozwidniało. Po osiągnięciu autostradowej prędkości podróżnej usłyszałem dziwne stukanie dobiegające z prawej strony – coś jakby deszcz stukający w szybę. Ale … czemu on stuka tylko w okolice prawej wycieraczki?? Aż takie odchylenie prawicowe zjawiska pogodowego? Cisza wyborcza jest! Rzut oka – no tak, ktoś noc wcześniej wsadził za wycieraczkę ulotkę wyborczą. I ta do prędkości 100km/h była spokojna. W okolicach 120km/h kandydat zaczynał stukać i domagać się wolniejszego tempa podróży. Nie chciałem się zatrzymywać. Więc pogoniłem małe koreańskie kucyki, które za pomocą strug powietrza przygięły kandydata do szyby dusząc protesty w zarodku. I tak – w pełnym ponadpartyjnym zrozumieniu – dotarliśmy do Krakowa. Znalazłem wjazd na parking zarezerwowany dla biegaczy, ale przed samym wjazdem do budynku musiałem wyjść z pojazdu i okazać ochronie zawartość bagażnika. Środki bezpieczeństwa – i bardzo dobrze. Zaparkowałem w parkingu podziemnym pod Tauron Areną (dla biegaczy parkowanie gratis – bardzo doceniłem ten fakt) w żółtym sektorze 4C  i udałem się na poszukiwanie przygód.

Nawet przygód nie musiałem szukać, same mnie znalazły – bo podziemne oświetlenie zrobiło … bzzzzt, nastała ciemność i zaczęły wyć UPSy – brak zasilania! Poruszaliśmy się w ciemnościach w kierunku podświetlonych oznaczeń wyjść awaryjnych. Jak to mgr inż. Anioł, podczas jednej z wizyt na parkingu, krótko skwitował:

W końcu sponsorem jest TAURON…

Na górze a więc w hali światło było, więc kolejno przeprowadziłem inspekcję Tauron Areny (jedno wielkie „łał”!)

Arena odwiedziłem stoisko POLARa, gdzie z miłą panią podyskutowałem nt. brakujących (moim zdaniem) opcji w moim M400.

Polar2Tam też upolował mnie Marek z blogu Droga do Tokio, który wraz ze swoją uroczą Lepszą połową uratował panią ze stoiska od zagadania przeze mnie na śmierć. Później pozostało mi tylko oczekiwanie na przylot mgr. inż. Anioła. Gdyby nie on to musiałbym stać w kolejce do biura zawodów – o takiej kolejce:

Kolejka po pakiety

W okolicach kolejki spotkałem Łukasza – jego kolejka była króciutka – bo miał numer startowy z zakresu 8000+! Zapisywał się w ostatniej chwili i to go uratowało przed długim oczekiwaniem na pakiet w „normalnym” zakresie numerów.

Czy już wspominałem, że Kraków wszystkim kojarzy się ze smokiem? Tam też był.

Smok

W ramach prowiantu wziąłem ze sobą zapas bananów oraz pudełeczko z ciasteczkami maślanymi własnej roboty. I to była nasza tajna broń, której użyliśmy w celu naładowania się energią przed biegiem. Słodkie (do tego z miodem), kaloryczne i z orzechami włoskimi. Pycha! (mam bardzo niejasne wrażenie, że zapoczątkowałem tym kolejną świecką tradycję biegową – pieczenie ciasteczek i wspólne chrupanie ciasteczek maślanych przed kolejnymi biegami). A przepis na ciastka możecie znaleźć tu:

Ciastka owsiane

Rozgrzewka

Ruszyliśmy w las. Lasek. No dobra, parczek okalający Tauron Arenę. Żeby było zabawniej, część parku była otaśmowana. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś dostał do rąk dyspenser z taśmą i rozkręcał się podczas tasmowania oklejając wszystko i wszystkich.

Pobiegliśmy na mały rekonesans. Przy nas truchtał rozgrzewając się jeden z Kenijczyków. A gdyby tak… Jednomyślnie ruszyliśmy z kopyta. W końcu sztuka jest sztuka, Kenijczyk to Kenijczyk, wyprzedzimy go i zdobędziemy wieczną chwałę! Wyprzedziliśmy go przed płotem ogrodu botanicznego. Widząc jego zdziwioną minę, życzyliśmy mu „Good luck today”  i – w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku – odtruchtaliśmy w kierunku rzędu wolnych toi-toiów.

Trochę to było jak w tym starym dowcipie, gdy kierowca matiza chwalił się jak to przy starcie spod świateł „wciągnął nosem” BMW. „A to BMW wiedziało, że się z tobą ścigało?”. Kenijczyk nie wiedział ale jak już napisałem … sztuka jest sztuka, nieprawdaż? Do tego humor zdecydowanie nam się poprawił. Choć tego wspaniałego osiągnięcia biegowego nie uwieczniliśmy niestety na kliszy.

Winda

Po rozgrzewce skierowaliśmy się w kierunku parkingu podziemnego, żeby wrócić do auta w którym czekało wyposażenie biegowe, przypiąć numery startowe, zapiąć osprzęt. Po drodze namierzyliśmy… trzy ściśle tajne beczki z dziwnym materiałem. Właśnie ochrona deliberowała, który terrorysta je tu zostawił, bo nie podpisał się czytelnie na pokwitowaniu.

Beczki Weszliśmy najbliższym możliwym wejściem czyli … wjazdem na parking VIP, który (naszym zdaniem) powinien być połączony z „normalnym” parkingiem. Minęliśmy zaparkowane rzędy matizów, seicento oraz polonezów – cóż, dziwna flota VIP. I tu nasze założenie poległo bo połączenia z normalnym parkingiem – brak. Za to byłą Pani wolontariuszka, która skierowała nas do windy. Windy dla VIP.

VIP WInda

I tu zaczął się kabaret. Naciskaliśmy kolejne guziki, wychodziliśmy na kolejnych poziomach – od biur Zarządu, poprzez jakieś inne dziwne poziomy, na każdym kierowano nas na inny poziom (z którego przyjeżdżaliśmy) – ostatecznie pojawiliśmy się niczym Hiszpańska Inkwizycja („Nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji!) na poziomie głównym Areny.   A stąd już spacerkiem na parking, schody i … znowu pogrążyliśmy się w egipskich ciemnościach najniższego poziomu parkingu. Dobrze, że ta winda miała jednak zasilanie. Co by było gdyby… No właśnie.

Zagubiony

Na dwadzieścia minut przed startem byliśmy gotowi, rozgrzani więc udaliśmy się spacerkiem w kierunku startu. Równocześnie miał startować bieg na 5km oraz półmaraton. Spiker przekazywał ostatnie informacje, półmaratończycy startują spod „dużego” łuku z napisem start, 5km startuje spod „niższego” łuku startu.

Dwa luki Ustawiliśmy się na początku strefy tych co <1:49, odsuwając się przezornie od tych, co zamierzali atakować bardzo ambitne czasy.

140 i rozpoczęły się wesołe biegaczy rozmowy.

Przed_startemWtem mgr inż. Anioł spoważniał, spojrzał (na mnie??) groźnie i odezwał się do mojego biegowego sąsiada po prawicy –

czy nie pomylił aby miejsca startu, bo na 5km start jest przewidziany w innym miejscu.

Spojrzałem i … fakt, biegacz nosił numer startowy do biegu na 5km.

„Przecież oba biegi startują razem”

„czasowo tak, ale 5km startuje obok i ma inną trasę”.

„Nie wydaje mi się”

Cóż, mgr inż. Anioł, jako wiodący dyrektor anielskiej instytucji na co dzień ma do czynienia w swoim wydziale z osobami absolutnie przeświadczonymi o swojej wyłącznej racji i wyższości, więc i tym razem zastosował najskuteczniejszą wobec wariatów metodę: „Ok, jak chcesz to biegnij z nami, tylko nie płacz jeśli Ci się te 5km będzie dłużyło”. Do rozmowy włączyli się sąsiedni biegacze, ale również oni mieli problem z przekonaniem niedowiarka. Który z dużymi oporami i wahaniem ruszył w kierunku „alternatywnego startu”. Czy tam dotarł, czy jednak wybrał karierę dalekodystansowca – tego nie wiemy. Warto zaznaczyć, że regulaminy każdego biegu zamianę trasy traktują jako automatyczną dyskwalifikację zawodnika. Więc pewno chłopak miał szansę zadebiutować na dystansie półmaratonu ale… nieoficjalnie. I medalu by nie dostał!

Start

Odliczyliśmy chóralnie start i pooooooooszło! To znaczy poszliśmy spacerkiem w kierunku startu, zaczął się mój piąty półmaraton…

Przedstartem

Po całych siedmiuset metrach biegu, usłyszałem dziecięcy rozpaczliwy płacz. Tłum biegaczy zasłaniał trawnik po prawej stronie – myślałem, że jakieś dziecko się zgubiło. Otóż nie, na trawniku klęczała matka, trzymająca zapłakanego kilkulatka, tłumacząca mu, że … niestety ale nie może biec z tatusiem!

Pierwsze kilometry mijały spokojnie, pilnowałem tempa, żeby zbytnio nie poniósł mnie entuzjazm. Bardzo dobrze się ustawiłem – nie było konieczności wyprzedzania maruderów, sam też nie byłem zadeptywany przez rzekę Kenijczyków i medalowych sprinterów.

RGBNiestety spotify przez trzy pierwsze kilometry odmówiło współpracy. Potem lista muzyczna wskoczyła i biegłem już w pełni ukontentowany – ale przegrzany. Założenie wiatrówki było zupełnie zbędne a zdjąć nie mogłem – bo miałem przypięty do niej numer startowy. Nic, trzeba biec.

Bieg

Mijały kolejne kilometry, czekaliśmy na Wawel i Rynek.

WawelObsługa punktów nawadniania dwoiła się i troiła aby dostarczyć biegaczom wody – nie mieli łatwego zadania. W okolicach punktów rozdawania bananów było makabrycznie ślisko – rozdeptane banany TEŻ są śliskie – nie tylko ich skórki. Do tego biegacze mieli do dyspozycji kostki czekolady i cukier. Ja korzystałem ze swoich sprawdzonych hydrożeli. Pierwszy skonsumowałem w okolicach 7. kilometra, drugi – kawałek za Wawelem (ok. 14.km). Z drugim miałem problem, bo odarłem końcówkę, nacisnąłem i … przy końcu pojawiła się jedna kropelka… Wiedziałem, że gdy nacisnę z całych sił prawdopodobnie żel eksploduje oblewając mnie cenną zawartością. Więc skupiłem się porządnie i … odgryzłem źle oddartą końcówkę. Pssss, chemia z dodatkiem kofeiny spłynęła gładko do żołądka.

Doping i hejt

Patrząc na całą trasę biegu, doping był śladowy.

Rynek3Nie chcę być niesprawiedliwy wobec tych nielicznych, którzy dopingowali, krzyczeli, machali i przybijali biegaczom „piątki”.  Zdarzały się takie grupki. Ale większość obserwatorów po prostu patrzyła na biegaczy bez zrozumienia a nawet z wyrzutem.

Doping

Być może entuzjazm obejmował tylko tych najszybszych biegaczy, nas w środku stawki nie dotyczył. Piszę o tym, co ja zaobserwowałem z perspektywy osoby, która spędziła na trasie prawie dwie godziny. Przy niektórych przejściach dla pieszych wyraźnie widziałem ten oskarżający wzrok: ” Zablokowaliśmy im ich ukochane miasto”.  „Przez biegaczy był utrudniony dojazd do hali Expo”.

Ruch

Gdzieniegdzie piesi próbowali przemykać się między biegaczami na drugą stronę ulicy. Jedna ze starszych pań, demonstracyjnie ruszyła nie oglądając się na biegaczy na drugą stronę ulicy Pierwszy raz w mojej krótkiej karierze biegowej widziałem coś takiego – cudem, dzięki ekwilibrystycznym unikom, kilku biegaczy uniknęło wpadnięcia na nią. Czy tak trudno wyobrazić sobie co się dzieje, gdy biegnie tłum osób z prędkością ok. 12km/h i nagle pojawia się ruchoma przeszkoda na zamkniętej trasie biegu?

Doping na rynku też był symboliczny.

Doping2Grał sobie zespół, część młodzieży dopingowała biegaczy ale … nawet podczas Półmaratonu Księżycowego w Rybniku przebiegnięcie przez rynek było przeżyciem, dzięki publiczności. Tu? Specjalnej atmosfery nie wykryłem. Przepraszam.

Rynek2Życie sobie biegło obok swoim torem.

Komu_komu

Był to spory kontrast dla podobnej (w skali) imprezy biegowej – dla Półmaratonu Praskiego, gdzie miejscami doping był niewiarygodny wręcz. I prawdę pisząc, nawet ostatnia żorska „dycha” zdecydowanie przodowała w dopingowaniu biegaczy. Tak więc biegliśmy w ciszy.

Kolejnym  zdziwieniem było zachowanie jednego z biegaczy obok mnie. Przy punkcie nawadniania porwał kubek z wodą, z którego pociągnął mały łyk i … rzucił tym kubkiem z rozmachem tuż obok wolontariuszy – ochlapując ich wodą. Chwilę później z impetem uderzył garścią  w tackę z kawałkami czekolady, rozsypując sporą ilość kawałków na ziemię.  Nie wiem skąd się wziął, niestety nie zapamiętałem numeru startowego tego indywiduum.

W jednej z relacji pobiegowych była też informacja o służbach sprzątających, które jeszcze podczas biegu wynosiły kartonami czekolady dla biegaczy i zgrzewki izotoników. Ja tego nie widziałem, ponoć to się rozgrywało jakieś 15 minut za moimi plecami.

Kwestia wózków

Cóż, kontynuując temat dziwnych zachowań – niedaleko mnie biegł biegacz pchając wózek ze swoją pociechą – widok ostatnio dość częsty podczas imprez biegowych. Do tego typu startów na początku podchodziłem z wielką sympatią i uśmiechem. Fajny temat, ale… zabroniony przez regulamin. To był bieg uliczny! Miejscami trasa była wąska, ograniczona barierkami, mocno ten fakt spowalniał biegaczy, trzeba było przejść do truchtu. Poniższa fotka to jeden z jeszcze dość szerokich fragmentów, były dużo węższe.

RynekPamiętam fatalne doświadczenie z jednego z biegów, gdy biegnący przede mną tatuś z dzieckiem w wózku w ostatniej chwili zauważył wysepkę rozdzielającą strumień biegaczy – szarpnął wózkiem (i chwała Bogu nie zatrzymał się) omijając ją. Prawie na faceta wpadłem – gdyby się zatrzymał – miałby na plecach kilkadziesiąt rozpędzonych osób. I ja również. Tu wózek najpierw usłyszałem, potem zobaczyłem. Otóż do wózka przymocowany był dzwonek rowerowy, którym tatuś starał się przekonać nas do ustąpienia mu drogi. Część biegaczy ustępowało, część wołała „lewa wolna” a część nie ustępowała. W regulaminie biegu – pkt IV ust. 9 był zapis jak byk:

Ze względów bezpieczeństwa Organizator nie dopuszcza do udziału zawodników: na wózkach inwalidzkich oraz z wózkami dziecięcymi.

Cóż, jeśli jest zapis w regulaminie, to KTOŚ powinien go egzekwować. Albo nie umieszczać takiego zapisu, skoro i tak nikt go nie respektuje. Podczas biegu mijaliśmy dziesiątki osób odpowiedzialnych za organizację biegu. Rozumiem pasję biegającego ojca, nie rozumiem braku konsekwencji organizatorów. To jest coś jak zapis o „czterech agrafkach trzymających numer” (z czego organizator wydaje dwie sztuki a my używamy pasów na numer zastanawiając się czy grozi nam dyskwalifikacja).

Zwątpienie

W biegu strzelałem fotki testując po raz kolejny nowy nabytek, najprostszy i najtańszy aparacik Nikona. Zupełnie nie wyszły mi fotki poprzednim razem, podczas połówki w Bytomiu, a tu, po przemyśleniu i zmianie nastawień w aparacie, rezultaty były zadowalające. Z wielką przyjemnością obserwowałem z daleka zbliżający się Wawel, jak i strzelałem zdjęcia na rynku i w jego okolicach.

Wawel1

Niestety pod samym Wawelem złapała mnie kolka i odezwał się jakiś skurcz na plecach. Wcześniej wszystko szło jak w zegarku, podręcznikowo wręcz celowałem w czas poniżej 1:50. Musiałem zwolnić, starając się rozmasować bolące miejsca. Każde przekroczenie tempa 5:20 min/km było karane kolejną falą bólu… Tak naprawdę to był pierwszy bieg, w którym coś takiego mi się zdarzyło. Ścisłe przestrzeganie diety od śniadania dnia poprzedzającego bieg zawsze procentowało. Tym razem niestety coś było nie tak. Do tej pory biegłem przed „balonikami” na 1:50. Wkrótce niestety usłyszałem „przepraszam” i minął mnie pierwszy, później drugi pacemaker na 1:50. Przez jakiś czas nogi automatycznie przyspieszały, niestety ból je hamował. Przez długi czas baloniki wesoło podskakiwały w zasięgu wzroku, później niestety zniknęły.

W takich chwilach, gdy wiadomo jest, że dobrego czasu czy rekordu nie będzie, ogarnia człowieka zwątpienie. Bieg przestaje cieszyć. Pryska ochronna psychiczna tarcza, która znieczulała do tej pory od bólu mięśni. A może zwolnij całkiem. A może przejdź do marszu. To w tych momentach poznajemy swoją odporność psychiczną. Tylko topowi biegacze walczą z innymi biegaczami, tacy zwykli biegacze jak ja, zazwyczaj toczą boje z samym sobą, z własnymi słabościami, ze złym dniem, zmęczeniem czy brakiem oddechu. Kolejnych 40 minut biegu było mordęgą. Walczyłem z bólem ale przede wszystkim ze zwątpieniem. Odliczałem kolejne kilometry, wizualizując metę. Piłem wodę, wczuwałem się w teksty piosenek, obserwowałem zmagania innych biegaczy ale czas rozciągnął się i nie chciał mijać szybko. Na całe szczęście Tauron Arena była widoczna z daleka. Tam czekał koniec moich piekielnych mąk… 21. kilometr…

21

Finisz

Obiegliśmy halę. Zazdrościłem biegaczom, którzy poderwali się do finiszu. Podziwiałem dwóch towarzyszy, którzy ostatnie kilka kilometrów przegadali. Przegadali m.in. o tempie biegania zawodowców i stopniu ich wytrenowania. Że niezależnie od uprawianych dyscyplin posiadają niewiarygodną wytrzymałość – podczas treningowych przebieżek miewali po 120-130 tętna, podczas gdy rozmówca obok miał 170. Wkrótce gaduły przyspieszyły a ja walczyłem z samym sobą, żeby przezwyciężyć znużenie i uczynić ten kosmiczny wysiłek i … wyciągnąć aparat z futerału, żeby nagrać finisz! Zajęło mi to z pół kilometra, żeby się: przekonać, zmusić do działania, rzeczywiście go wyjąć a nie oszukiwać się, że go wyjąłem. Udało się! To był sukces na miarę wynalezienia koła przez pierwotnego luda! On i ja – dwóch tytanów intelektu i działania!

Uruchomiłem nagrywanie, wbiegłem w ciemność Tauron Areny… Widziałem linię mety. Spiker coś krzyczał – magia ciemnego wnętrza rozświetlonego kolorowymi reflektorami przekonywała, że tu już jest kres wysiłku. Przebiegłem metę, resztką oddechu i sił. W uszach wciąż miałem rozmowę z Markiem, który przekonywał mnie przed biegiem, że gdy usłyszy się doping na ostatnich metrach to tempo skacze do … 3min/km! Nie u mnie. Za linią mety starałem się dojść do siebie. Umarłem. Podążałem wraz z tłumem w stronę światła… Do końca tunelu…  Do końca tunelu prowadzącego do wyjścia z hali. Bo w rzeczywistości wbiegaliśmy z jednej strony hali i wybiegali po maleńkiej chwili z drugiej strony hali.

Meta

Wtem zadzwonił telefon – dzwoniła Sylwia z „Radlinioków w biegu” pytając o wynik, nie byłem w stanie złapać oddechu aby podjąć konwersacji. Potem dzwonił wyraźnie już znudzony oczekiwaniem mgr inż. Anioł, po drodze z tłumu wyłapał mnie Krzysztof, ciesząc się, ze zdobycia korony półmaratonów polskich i korony maratonów polskich i z tego, że mnie znalazł. I że mijaliśmy się na autostradzie i tam też mnie rozpoznał.

Słówko o nagraniu. Wyszło oczywiście fatalnie, od oglądania można dostać choroby morskiej i właściwie pasuje do wszystkiego – do życia mieszkańców podmorskich głębin, do filmu o nocnych niebieskich obłokach czy też o błękitnym gromie śpiącym słodko w krainie nocy. Może nauka bądź technika wykona kolejny skok i ustabilizuje mój film. Może.

Po opuszczeniu hali nie wierzyłem moim zmęczonym oczętom! Jak okolica długa i szeroka tak wykluwali się ze złotych kokonów… Biegacze? Tak, bo wszyscy otrzymaliśmy folie termiczne, ale widok był arcykomiczny.

Folie1

Kokony, kokonami, mi było wystarczająco ciepło. Ja chciałem tylko umrzeć gdzieś w kącie a nie przeistaczać się, przytomny Anioł skierował mnie w stronę jadłodajni. Widząc mój stan stwierdził, że to to on musi uwiecznić i … wykorzystując mój chwilowy brak oporów dokonał dokumentacji fotograficznej. Z uwagi na doniosłość chwili publikuję to zdjęcie, mając świadomość szoku, który wywoła. Jak to skomentowały życzliwe mi osoby, ja wyglądam … jak wyglądam. Albo i gorzej.

Niech mnie ktoś przytuli…

Niech mnie ktos przytuli

Anioł – jak po drobnej przebieżce. A przybiegł połówkę w czasie 1:46:23!

Mój czas:Wynik

A tak się prezentowały „dane techniczne” biegu. Bardzo wysokie średnie tętno i wyraźnie widoczne odstępstwa od docelowego średniego tempa 5:13min/km.

Tetno Czasy

Zakończenie

Poszliśmy na ten makaron. W końcu trzeba było pomóc bić rekord Guinessa w spożyciu – czekało 7 ton tego szlachetnego pożywienia!

Micha_medal1

Powoli dochodziłem do siebie. Mgr inż. Anioł uratował mi życie przynosząc izotonik, który wlewałem w siebie. Powoli dochodziło do mnie, że ukończyłem mój piąty półmaraton w tym roku. Z drugim czasem – po bytomskim, ale o lata świetlne przed Księżycowym, Żywieckim a nade wszystko przez Praskim. Zawartość miski znikała szybko, podobnie moje zmęczenie. Po zjedzeniu makaronu poczułem się gotowy na dalszy podbój wszechświata.

Choć ponoć nie wszystkim było dane spróbować makaronu, nie wiedziałem też, że była wersja „wege”. Widać jedni siedzieli i jedli, drudzy biegali.

Makaron

Przy wyjściu dostaliśmy jeszcze po bezalkoholowej puszce piwa na spróbowanie. Nie spotkałem do tej pory smacznego piwa bezalkoholowego, to również wyjątku nie uczyniło.

Pożegnałem się serdecznie z mgr. inż. Aniołem, który spieszył się aby wrócić do rodziny.

W oczekiwaniu na możliwość wyjazdu  spotkałem się z Markiem, ze znanego i wspominanego blogu Droga do Tokio. Marek przybiegł z kosmicznym dla mnie czasem 1:32:08. Gratuluję!

To już moje trzecie biegowe spotkanie z nim (Katowice Business Run, Półmaraton Bytomski) – choć startowaliśmy również w Rybniku i bodaj w biegu Korfantego. Ale jeszcze wciąż nie miałem z nim „słitfoci”! Błąd naprawiliśmy i kolejny raz przegadaliśmy dobre pół godziny.

Na poniższej fotce widać czym się różni biegacz zadowolony z udziału (po lewej) i z wyniku (po prawej).

Marek_MePrzekazał mi też coś, co niesłychanie mnie ucieszyło – ledową opaskę od PZU. Bardzo się przyda podczas nocnych wybiegań – dzięki Marku!

Jeśli jesteście ciekawi relacji Marka – voila! – oto i ona:

Marek - droga do Tokio

Pełne wyniki znajdziecie na stronie datasport.pl

Ciekawe galerie dostarczy Wam fotomaraton.pl (część zdjęć możecie pobrać – dzięki PZU – za darmo!)

Po biegu zrelaksowałem się, stojąc godzinę w korku wyjazdowym z Krakowa.


2. Cracovia Półmaraton Królewski przeszedł do historii jako wspaniale zorganizowana impreza biegowa. Dla mnie w przyszłym roku to będzie miejsce, w którym będę chciał ponownie wystartować i – oczywiście – poprawić wynik.

Bardzo dziękuję wszystkim organizatorom, a przede wszystkim wolontariuszom, którzy z uśmiechem podawali kubki z wodą, tace z bananami i czekoladą, którzy dwoili się i troili aby półmaraton był świętem biegowym. Z Krakowa wyjechałem z uśmiechem i bardzo dobrymi wspomnieniami.

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

43 komentarze

  1. He took part in 2019, when he ran for the crown of half marathons. I really liked the interesting route of the half marathon Cracovia Półmaraton and the organization of the race was quite good.

  2. kasiauminska.pl pisze:

    Podziwiam ! I gratuluję! :-)

  3. Podziwiam ! I gratuluję! :-)

  4. tak po pierwsze to chciałam podziękować, bo dzięki Tobie odświeżyłam sobie wiedzę matematyczną z zakresu podstawówki ;)

    czemu ja nie dostałam ani wafelka ani plastrów!? :(

    zazdroszczę jazdy vipowską windą.

    coś czytałam na fb, że to nie był jedyny przypadek, kiedy biegacz na piątkę pomylił miejsca startu. no cóż, obawiam się, że ja też bym pomyliła, skoro cudem odnalazłam depozyt.

    braku dopingu nawet nie zauważyłam ;) byłam zbyt podekscytowana swoim biegnięciem, żeby się na ludzi za barierkami oglądać.

    świetna relacja, momentami się uśmiałam :)

    • Bookworm pisze:

      Przykro mi z wafelkiem i plastrami :( popatrz, czyli były różne „wersje” pakietowe… Z depozytem faktycznie mijałem wielu biegaczy pytających się wzajemnie gdzie to jest – jeśli dobrze pamiętam, po drugiej stronie Areny, dość ukryte, nie powiem. Z tą „piątką” ponoć w broszurach było „to samo miejsce startu”, stąd pomyłki, ale czemu biegacze nie słyszeli słów spikera, to już nie wiem ;)
      O, z dopingiem to jest tak, jesli się na niego nie zwraca uwagi, to znaczy, że jest słaby ;) – na Praskim były całe zespoły hałasujące/grające tak, że na kilometry się niosło… Wyobraź sobie taki rytmiczny, hipnotyzujący dźwięk bębnów, niesamowicie pomaga w odzyskaniu rytmu biegu … Jeśli się choć uśmiechnęłaś – bardzo się cieszę :)

  5. Królowa Karo pisze:

    Gratulacje ukończenia tego biegu! Dla mnie więcej niż 10 km jest w ogóle niewyobrażalne :) A że Kraków kocham to zazdroszczę podwójnie :)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję. Dla mnie też nie tak dawno 10 to było maksimum – ale sama napisałaś – niewyobrażalne, bo granica jest tylko w głowie. Bo 10,1km to już jest więcej a przecież to tylko trochę dalej. Więc 12km wielkiej różnicy nie czyni. 15km to się człowiek zmęczy ale to tylko 6km więcej powolnego truchtu i mamy „połówkę” :)

  6. Paweł, ale jak robisz zdjęcia w biegu to tracisz cenne sekundy.Gratuluje polmaratonu i pozdrawiam serdecznie beata

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję za gratulacje :) Nie tracę, biegnę sobie równiutko, w biegu wyciągam aparat, nie zatrzymuję się i strzelam fotkę za fotką. Krótkie czasy naświetlania niwelują mój ruch i ruch aparatu, kosztem jakości światła i pewno głębi :)

    • są ważniejsze rzeczy, niż sekundy. np. cenne zdjęcia z półmaratonu, których w żaden inny sposób nie da się zrobić ;)

  7. Karolina pisze:

    Świetna relacja ;)

  8. Ehdi Mars pisze:

    Miałam wpaść wczoraj, a wpadłam dzisiaj. Czytam o bieganiu z pewnym obrzydzeniem nie powiem bo ból rozsadza moje łydki. Oklejone tejpami mam nadzieję, że dadzą mi zasnąć, a wszystko przez … skakankę. W każdym razie dla mnie Twój wynik to wielki szacun i gratuluję. Ja wybieram się teraz na polowanie…. a właściwie jutro na pakiet startowy na bieg niepodległości, mam nadzieję, że mi się uda. Nie wspomnę o tym, że ja naprawdę Cię podziwiam, że dałeś rady robić foty. Ja bym umarla tam dwa razy i nie doczekała tunelu !!!

    • Bookworm pisze:

      Ehdi nie umarłabyś bo jesteś wyjątkowo wytrwała i uparta :) Prędzej tunel by umarł a Smok Wawelski zapłakał szczerymi łzami…. Trzymam kciuki za skuteczne polowanie, weź Franię, zwiększysz moc swoich argumentów ;)
      Patrz, zawsze napiszesz coś, co mnie potem na tyle intryguje, że muszę w necie szukać – taśmy widziałem ale w życiu się nie naumiałem co one robią skatowanym sportowcom :)

      • Ehdi Mars pisze:

        Nie udało się świnie zablokowali serwer, a po 15 minutach pakietu nie było. Tejpy polecam, naprawdę pomagają. Mam chyba problem ze stawami skokowymi, trochę w bólu dzisiaj :(.

  9. BasiaK pisze:

    Zrobiłam 3 kubki kawy (trzy to też liczba pierwsza ;)), przygotowałam 3 tabliczki czekolady, zarezerwowałam ciszę i spokój na całe popołudnie, bo na fb było, że wpis będzie długi. I co? Tekstu wystarczyło mi na jeden kubek kawy, czekoladę ledwo zaczęłam. To ma być długi wpis?? I jeszcze połowa z tego to zdjęcia. No zawiedziona jestem i tyle! Niby emocji trochę było, grozy też, bo słowo „umieram” padło i tunel ze światłem się pojawił, nawet worek na zwłoki był. Ale nieścisłości są. Tu niby umierasz, a filmik kręcisz (własną śmierć chciałeś nagrać??) i jakoś tak podejrzanie szybko doszedłeś do siebie. Mały izotonik i micha makaronu wystarczyły żebyś był gotowy na dalszy podbój wszechświata?? To ja się pytam z czego był izotonik lub co dodali do makaronu??A może to te ciasteczka? No i dopingu się domagasz, ludzie ważniejsze rzeczy mają na głowie niż przybijanie piątek jakimś dziwakom, którym chce się biegać. I tak się nie fotografuj z gwiazdami, bo od tego sławy Ci nie przybędzie. To tyle na dziś.

  10. Monika Fiszer pisze:

    po długości wpisu jestem pewna, że masz rację.
    tak.
    potrafiłbyś zagadać na śmierć.
    mimo to podjęłabym to ryzyko i chętnie bym się z Tobą spotkała doświadczyć tego na żywo.
    kurna, tylko ja tak bardzo nie lubię spędów biegowych.
    cóż jest lepszego nad samotne bieganie w lesie, spokój, cisza, liście szeleszczą, sarenki czmychają spod stóp…
    a nie te dzikie tabuny.
    no ale może kiedyś dam się skusić misce makaronu i może nam się kiedyś uda spotkać.

    • Bookworm pisze:

      Życie pisze różne scenariusze, trzeba wierzyć i trzeba chcieć, reszta to korzystny układ planet i kwestia cierpliwości :)
      Uwielbiam samotne leśne eskapady. W tłumie biegaczy też można poczuć samotność, tak naprawdę się jest sam na sam z sobą. Przed pierwszym biegiem pytałem mojego brata jak to jest biec w takim tłumie, co mam robić, czego nie – tylko się śmiał… Po pierwszym starcie zrozumiałem, że jestem tylko ja i trasa. Nie ma nikogo innego wokół, bo każdy jest w swoim świecie :) Od startu do mety…

  11. Paweł zdecydowanie dla siebie jesteś zbyt surowy! Moim zdaniem świetny wynik, liczy się udział i ne wiem czy pamiętasz, ale to już piaty raz z rzędu dałeś sobie popalić tak długim dystansem. Podziwiam… :) W moim przypadku wystartowanie chociaż w półmaratonie to coś czego chcę spróbować przed śmiercią :D o maratonie nawet nie marzę… :) Bardzo fajna relacja, dynamiczna, zabawna, z coraz większą ilością fotek – cieszy oko. Moment z wyprzedzeniem Kenijczyków – wow prawie jakbyś pokonał Bolta :D Uśmiechnięta i zrelaksowana po lekturze biorę się za obowiązki :)

    • Bookworm pisze:

      Ktoś musi być surowy, bo Wy mnie komentarzami rozpieszczacie, się rozleniwię, zalegnę na kanapie i będę oglądał biegi w TV :) Pozdrów obowiązki ode mnie ;) ja przed nimi wytrwale uciekam…

  12. Kasia HPM pisze:

    No cóż… ja się cieszę z jednego, a Ty już 5 przeleciałeś… Nie pozostaje mi nic innego jak robić listę połówek na 2016 a może też załapię się na słitfocie ;)

  13. Blogierka pisze:

    Twoje relacje powoli zaczynaja mnie przekonywać ze bieganie nie jest AZ TAK STRASZNIE NUDNE :P ;).
    A tak na serio- świetnie się bawiłam podczas lektury i mamwrażenie że tam byłam ;). Niby jeden maraton a tyle wrażen i przygod! Koreanskie kucyki <3, moher kamikadze, samozwańczy 5-10kilometrowiec, oburzeni mieszkańcu Karokowa (swoja drogą wawa zawsze się wkuriwa na biegaczy ;), kierowca bombowca- czyli tatuś biegowy, afera agrafkowa ;),itp. Przemiszcz!
    ps. A z tym wynikiem to lekkie przegięcie Wormi! 1:52 to jest zły czas?? Ja w 20 minut przebiegam 3 km wiec proszę nie denerwować żółtodziobów :P
    A fotki bardzo udane :)

  14. Hai Le pisze:

    Nie pozostaje nic innego, jak tylko gratulować 5 półmaratonu. Albo jeszcze rozgrzeszę trochę Krakowian, bo też Kraków w ostatnim czasie co rusz organizuje jakieś imprezy sportowe paraliżując tym samym pół miasta. I w ten oto sposób coraz więcej ludzi wpada w stan: „Co? Znowu?”.

  15. Iza pisze:

    Przeczytałam sama czasami tracąc oddech i podniesionym ciśnieniem ;) z emocji, tych sportowych i towarzyszących :) Gratuluję dotarcia do mety i wygrania zmagań z samym sobą – brawo! PS. jak można cykać fotki w trakcie biegu i to takie, które wychodzą? :D

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję! Co do fotek, taaaak, cykać można. Ale wychodzi ilość a nie jakość ;) Tryb sportowy, który umożliwia strzelanie serią, „coś” tam jakoś wyjdzie zawsze. Z naciskiem na „jakoś” a nie „jakość”. Gdybym biegał jak Kenijczyk, to sam opór powietrza by mi aparat z rąk wyrywał… Za to film z mety wyszedł tak tragicznie, że co go oglądam, to mam chorobę morską…

      • Iza pisze:

        Właśnie – byłam rozczarowana brakiem filmu :/ ja się choroby morskiej nie boję, tym bardziej gdy jestem na suchym lądzie ;) a YouTube filmiki stabilizuje, pewnie są też jakieś aplikacje, które to robią – szkoda materiału :)

        • Bookworm pisze:

          Z filmem jeszcze pokombinuję, niestety to nie o drgania chodzi tylko o huuuuuśtanie. Nawet spoklatka nie pozwoliła na pokazanie czegokolwiek ładnego, w jakimkolwiek momencie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.