Bieganie, Relacje

Ślisko i czadowo — relacja z XI Biegu o puchar burmistrza Pszowa

Bieg w Pszowie Relacja

Każdy bieg jest wyjątkowy — choćby startowało się w nim po raz piąty, a trasę znało na pamięć, dzięki weekendowym leśnym wybieganiom.

Zawody biegowe to sposobność naładowania się pozytywną energią, która generuje się nie tylko na trasie, ale i podczas spotkań przed i po biegu; taka energia wystarcza na długo — aż do kolejnych startów.

Dziś zapraszam Was na piątą już relację z trudnej pszowskiej leśnej trasy. Poprzednie relacje znajdziecie na blogu używając tagu: bieg w Pszowie.


„Ślisko i czadowo”

Tytuł jest autorstwa Krystiana, który w jednym z komentarzy pod moją krótką relacją z biegu na Facebooku idealnie podsumował, czym był start w Pszowie.

Ślisko” – leśne ścieżki były obłędnie oblodzone, „czadowo” – no tak, trudno ukryć, że tego dnia wszystkie okoliczne czujniki powietrza alarmowały o wielokrotnych przekroczeniach norm PM10 i PM 2,5.

Wahałem się, czy jest sens startować, czy po prostu nie pojechać na zawody jako kibic. Ostatecznie pobiegłem, las, w którym są rozgrywane zawody, jest na wzniesieniu, wszystkie punkty pomiarowe są w dolinach. Na trasie smog było czuć na pierwszych i ostatnich dwóch asfaltowych kilometrach. Z maski antysmogowej, korzystałem na trasie tylko raz i to przez chwilę.

Przygotowania

Zimowe tygodnie upływały mi na narzekaniu na smog, który wymuszał treningi na bieżniach fitness klubów, ale też na radości z długich, leśnych wybiegań (na trasie pszowskiego biegu, rzecz jasna). Czy głęboki śnieg, czy błoto, dwukrotnie w tygodniu meldowałem się w lesie, kombinując jak rozegrać taktycznie pokonanie pszowskiej trasy.

Pierwszych pięć kilometrów biegu to sielanka — dwa kilometry asfaltu, trzy kilometry szerokiej, leśnej drogi z niewielkimi podbiegami. Radość kończy się ostrym zbiegiem obok grodu Gołężyców, później zaczyna się walka z brakiem oddechu i ostrymi podbiegami.

Finisz biegu to znane już dwa kilometry asfaltu zakończone linią mety i zwieńczone ładnym medalem (w tym roku w kształcie łyżwy, pszowskie lodowisko jest szeroko znane w okolicznych powiatach — jest zadaszone, dysponuje dużym parkingiem).

Biuro zawodów

Tegoroczne biuro zawodów zostało przeniesione do Miejskiego Ośrodka Kultury, skąd zapewniono uczestnikom transfer autobusowy do Krzyżkowic — na miejsce startu.

W biurze pojawiłem się na godzinę przed startem, odebrałem zwrotny (niestety!) numer startowy, wypatrzyłem charakterystyczną sylwetkę Pawła Ignaca, który od tego roku również trenuje pod czujnym i fachowym okiem Kamila Kunerta. Paweł od wielu lat prowadzi znany w środowisku biegowym blog Heavy Runs Light i biega szybko i bardzo mocno.

Paweł szybko wbił się w biegowy uniform, ja w międzyczasie częstowałem znajomych ciastkami maślanymi z migdałami, które upiekłem w wieczór przedstartowy. Oczywiście w ramach tradycyjnych przedbiegowych heheszków Kasia i Iza, Radlinioczki w biegu, starały się wymusić na mnie przyznanie się do próby wyeliminowania za pomocą ciastek konkurencji biegowej, ale byłem twardy, choć nie tak chrupiący, jak wspomniane ciastka.

Demonstracyjnie pochłaniałem kolejne ciasteczka, zachwalałem je jako jedyny legalny doping kaloryczny.

We trzech, wraz z Wiesławem, dobrze znanym czytelnikom bloga pszowskim biegaczem, zapakowaliśmy się do mojego auta, zgarniając jeszcze po drodze burmistrza — Czesława Krzystałę. Po kilku minutach jazdy wysiedliśmy pod samym (nadmuchanym) startem, gotowi zmierzyć się z dwunastoma kilometrami crossu.

Jeszcze chwila rozgrzewki, kilka przebieżek i można ruszać w podróż dookoła lasu.

Rozgrzewka bieg w Pszowie
Rozgrzewka, to jak dobrze wiadomo, obowiązkowy punkt zawodów.

Miłe śliskości początki…

Punktualnie o godzinie jedenastej ruszyliśmy w trasę. Start prawie przegapiłem zagadany na amen z Krystianem, współtwórcą UltraMaratonu Rybnickich Rond — którego stałem się ambasadorem i o którym wkrótce napiszę więcej. Krystian przyjechał z żoną Anią, która startowała w kategorii Nordic Walking.

Zacząłem bieg prawie sprintem, Krystian zaczął się zastanawiać czy to tempo nie jest aby zbyt szybkie — ja zwolniłem, a on… jeszcze przyspieszył. I tyle go widziałem (do mety).

Pierwszy kilometr przebiegłem w 4 minuty 36 sekund, drugi bardzo podobnie, ale po wbiegnięciu do lasu zwolniłem, każde zakopanie się w śniegu kosztowało mnie podbitym tętnem, czego bardzo chciałem uniknąć.

Trzeci i czwarty kilometr był szybki, niestety doświadczyłem kilku poślizgów, biegłem coraz ostrożniej i wolniej. Niestety zmiany toru biegu, przeskoki pomiędzy zamrożonymi koleinami i bryłami lodu męczyły, tętno weszło w bardzo nieciekawy zakres — zbieg wzdłuż grodu Gołężyców potraktowałem spokojnie, coraz mocniej obawiając się niespodziewanego upadku.

Tańcz biegaczu, tańcz!

Trasa stawała się coraz trudniejsza, śniegu nie było dużo, a tylko on, bądź strefy kamieniste zapewniały jako-taką przyczepność. Trzykrotnie w ułamku sekundy traciłem równowagę, rozpoczynając lot w kierunku gleby, trzykrotnie odzyskiwałem równowagę w ostatnim mgnieniu oka.

Biegacze przede mną również cierpieli podobne katusze, jeden z nich gładko przeturlał się, ostatecznie stając na nogi, strach było myśleć, co by było, gdyby jeden z nas upadł i podciął współbiegnących.

Niesamowicie trudno było wybrać bezpieczny tor biegu, każde stąpnięcie na lód powodowało mniejszy lub większy uślizg stopy, skakaliśmy jak kozice z lewej strony trasy na prawą i odwrotnie.

Mnie przy tym kończyło się już powietrze, cóż, astma i zimne powietrze to nie jest komfortowe połączenie — na podbiegach traciłem moc i zapał do walki.

Wkrótce wyprzedził mnie Artur i Krzysiek z Radlinioków w biegu, ja już straciłem nadzieję na fajny wynik na mecie, chciałem tylko spokojnie dobiec. Dostojnie wspiąłem się na ostatnią górkę, na przekór ślizgającym się na lodzie butom.

Głowa się poddała, ale nogi nie do końca, powolutku wracała swoboda oddychania i tempo wzrosło prawie do początkowego. Motywacji do ścigania miałem mało, na przestrzeni kilkuset metrów nie było biegaczy, których mógłbym ścigać. Ale po kilometrze dostrzegłem Radlinioków kilkaset metrów przede mną, za ostatnim zakrętem. Postanowiłem spłatać im psikusa i dognać ich, ba, może nawet wyprzedzić?

Bardzo lubię takie wyzwania pod koniec biegu, rewelacyjnie odwracają uwagę od braku oddechu i zmęczenia. Biegłem szybko, równo, nieubłaganie zbliżałem się do ich pleców, co pobudzało do jeszcze szybszego biegu. Tempo doszło już do początkowego 4:30 min/km, mam ich! Wydyszałem ponowne przywitanie, proponując wspólne wbiegnięcie na metę, ale dostałem zielone światło na dalszą galopadę — jeśli tylko siły mi pozwolą. Ruszyłem, co oczywiście zmotywowało Artura do współzawodnictwa — tego mi było trzeba!

Późniejsze odczyty z wykresu tempa wskazały, że na finiszu biegłem prawie 4:00 min/km! Na moje oko Artur wygrał to starcie, choć wg tabeli wyników przybiegliśmy z dokładnie tym samym czasem brutto. Meta!

Na szyi zawisł medal wręczony przez burmistrza, o małego słonia bym nie dostał drugiego medalu od zastępcy burmistrza — ale podziękowałem. Na co mi dwa?

medale bieg w Pszowie
Łyżew ci u nas dostatek…

Czadowo było, się pobiegało

Za linią mety spotkałem Pawła Ignaca, który wyglądał nieszczególnie, okazało się, że zaliczył mocny poślizg i upadek twarzą w śnieg — aż go na chwilę zamroczyło. Na szczęście wypadek nie pociągnął dalszych konsekwencji, choć mogło skończyć się nieciekawie…

Jeszcze chwila na zdjęcie z Krystianem,całym w zasłużonym złocie, w końcu przybiegł przede mną szybciej o jakąś minutę.

Krystian i Pawel
Selfik jak się patrzy! Podwójny!

W garażu remizy strażackiej raczyliśmy się, wraz z Wiesławem i Grzegorzem (który bez Edyty stanowił 1/2 „Połomscy Team”), gorącą kawą i herbatą, dogadzając sobie słodyczami.

bufet bieg w pszowie
Prince Polo smakuje zawsze i wszędzie, szczególnie po biegu

Wiesław dobiegł kilka minut przede mną z rewelacyjnym czasem 58:05 (piąty mieszkaniec Pszowa!), zaczynając tym samym rok biegowy bardzo mocnym akcentem — wspaniała prognoza na nadchodzące starty!

Zdałem numer startowy i już, już miałem wsiadać do auta, gdy ujrzałem trzy całkiem znajome sylwetki Radlinioczek w biegu. Pstryk!

Radlinioczki w Biegu
Bieg na Śląsku bez Radlinioczek? Niemożliwe!

Zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy do domów w całkiem dobrych nastrojach, kończąc tym samym bieg „domowy”.



Zawody wygrał Paweł Pac z Brzegu z czasem 45:22, pierwszą kobietą na mecie była Magdalena Patas z czasem 52:10.

Pełne wyniki można sprawdzić na portalu firmy mierzącej czas Personalbest.pl.

Warto też podkreślić i podziękować organizatorom za sprawność organizacji zawodów, pomimo przeniesienia biura zawodów do MOK-u.

Tak sobie myślę, że fajnie by było znowu pościgać się na tej samej leśnej trasie w bardziej sprzyjającym okresie — to są wspaniałe, miłe do biegania tereny, trasę można prawie dowolnie wydłużać, las jest rozległy, a radość biegania w nim bez ślizgania się po lodzie i zmagania się ze smogiem byłaby o wiele większa.


Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén