V Nocny Bieg Uliczny Czerwionka Leszczyny – Relacja


Każdy bieg to osobna epicka historia, z rozwiniętym wstępem – to są przygotowania i oczekiwanie na bieg. Później nadchodzi rozwinięcie – jedziemy z Tomkiem na miejsce startu, odbieramy pakiet i mamy jeszcze godzinkę na rozmowy i rozgrzewkę. Krótkim akcentem jest sam bieg. Ot, start, pilnowanie tempa, walka ze zmęczeniem i meta, na niej medal. Na końcu – absolutnie niespodziewanie – finiszuje zakończenie – coś tam jemy po biegu, krytykujemy w sposób okrutny i niesprowokowany organizatorów i marudzimy na wszelkie okołobiegowe tematy.

V Nocny Bieg Uliczny o puchar Burmistrza Gminy i Miasta Czerwionki Leszczyny, to tym razem niesłychanie krótka historia, której akcja toczy się jednego popołudnia i wieczoru właściwie w tym samym miejscu. Patrząc na tekst literacko – zasada trzech jedności została spełniona, to był więc czystej wody … dramat!


O tym jak się „wykręciłem” od interwałów

Przeglądałem w sobotę około południa Facebook, kończąc równocześnie pisać relację z Katowice Business Run – biegu sprzed tygodnia. Wzrok mój nagle padł na stronę Inżynierii Biegania. A tam taki ciekawy wpis:

I nagle w głowie przeskoczyły mi trybiki, dotarło do mnie, że w Czerwionce jest bieg na 10km, do tego to jest nocny bieg. A takie to przecież uwielbiam. Przed oczyma stanęły mi wszystkie biegi nocne, w których brałem udział… Każdy z nich wyjątkowy, ba – wręcz magiczny! Coś hipnotyzującego jest w nocnym bieganiu…

Ten zaczynał się o godzinie 20.30. Czerwionka jest ode mnie o 30km, więc 40 minut jazdy. Nie byłem na liście startowej, nie wiedziałem czy są jeszcze miejsca, do tego przecież trenuję wg planu treningowego, a na sobotę miałem do przebiegnięcia interwały 400m w liczbie 10 sztuk. Z przerwą w truchcie – kolejne 400m, plus 4km rozgrzewki. Co byście wybrali?

Wtedy przyszła mi do głowy szalona myśl… A gdyby tak zapytać trenera o możliwość „odrobienia” treningu w Czerwionce? Bo interwały to się świetnie robi na stadionie. Niestety w weekend najbliższy otwarty stadion jest w Rybniku. Szybko napisałem do Radka, zastanawiając się czy to co robię ma sens – nie chciałem ingerować w plan treningowy a na niedzielę i tak miałem do zrobienia 22km. Więc…

Mignęło powiadomienie na FB, otwarłem wiadomości, czytając niecierpliwie co też trener pisze:

zielone-swiatlo

Sprawdziłem szybko na stronie Datasportu listę osób zapisanych (niecałe 350 biegaczy), na stronie MOSiRu Czerwionki, w regulaminie biegu, był limit 450 osób. Spoko, będą wolne pakiety. Pozostało tak ułożyć wieczór, aby móc się urwać na te trzy i pół godziny, żeby przebiec 10km.  A organizm tymczasem wskoczył w tryb startowy, wyraźnie czułem, że adrenalina zaczyna robić swoje. Bym wiedział, to bym dnia nie zaczynał od kawy. Ale za to zjem lekki obiad…

Z lektury listy wiedziałem już, że większość startujących to członkowie okolicznych grup biegowych – co było gwarancją ostrej rywalizacji. Ale czy ja muszę z wszystkimi i zawsze próbować rywalizować?

Małżonka też nie zgłosiła sprzeciwu co do mojego startu, tylko delikatnie zauważyła, że niekoniecznie muszę biec jak wariat, jest też opcja, że po prostu w biegu wystartuję i pobiegnę spokojnie. Bez atakowania życiówek. Przyznałem rację. Wy też byście przyznali. Logika!

Czerwionka Leszczyny

To takie górnicze miasteczko niedaleko Rybnika, bardzo dogodnie położone przy autostradzie. Dojazd jest nieskomplikowany, zewsząd tam jest blisko. Dla mnie Czerwionka już na zawsze kojarzyć się będzie z bardzo aktywną grupą biegową Luxtorpeda, która organizuje kultowy grudniowy bieg przebierańców po śląskie przysmaki: Po moczkę i makówki. Dwa razy startowałem (2014, 2015), dwa razy się przebierałem, w tym roku też wystartuję – radzę wam też pilnować momentu zapisów, bo miejsca rozchodzą się szybciej, niż w jakimkolwiek innym znanym mi biegu.

Przybyłem!

Po 40 minutach jazdy parkowałem w okolicach MOSiRu. Ruch na parkingach można było zaobserwować z daleka, nie miałem żadnego problemu z lokalizacją miejsca startu. Nawet plakaty obwieszczały nadchodzące wydarzenie!

ogloszenie

Biuro zawodów było zlokalizowane pod dachem Hali Targowej.

biuro-zawodow

 Wspaniały wynalazek tak na marginesie.

hala

Teren jest oświetlony, nagłośniony, w razie opadów jest gdzie się przed deszczem ukryć. W biurze wypełniłem druczek zgłoszenia, zapłaciłem i stałem się – zgodnie z regulaminem – posiadaczem numeru przejściowego Datasportu – numeru do oddania. Reszta biegaczy miała bardzo ładne numery, na pierwszy rzut oka przypominały mi numery z Półmaratonu Księżycowego.

numer

Z tym numerem wyróżniałem się, czujne oko znajomego biegacza – Marcina natychmiast to wyłowiło, dziwił się, że dopiero przed samym biegiem się zapisałem na taki fajny bieg. Prawdę pisząc, sam się sobie dziwiłem.

Pod dachem zainstalował się też namiot z kilkoma stanowiskami do masażu, konferansjer zgrabnie kierował ruchem i informował o wolnych miejscach. Tyle tylko, że ponoć masaż powinien ponoć odbywać się przed a nie po biegu?

Kilka metrów dalej stało stoisko Inżynierii Biegania – a na nim Dawid oraz Radek, mój trener. Ten drugi śmiał się, że przecież mówił, że jeszcze jakieś ciekawe „dziesiątki” są w okolicy, to by je do planu biegowego wpisał. A tak? Musiał udzielać specjalnego pozwolenia.

inzynier

Tomek przy naszych wspólnych relacjach śmieje się, że opisywanie toi-toiów weszło mi w… hm, krew, więc tym razem miałem nie opisywać tego rodzaju przybytków wodno-kanalizacyjnych. Ale… Taaaak, właśnie podczas pobytu w toalecie przy przebieralni usłyszałem rozmowę dwóch biegaczy z sąsiadujących „lokali” – poznałem przebieg trasy, gdzie są podbiegi i z jakim tempem zamierzają pokonać trasę. Przebieg trasy potwierdziłem też po starcie zagadując znajomych, wszystko się oczywiście potwierdziło.

Biegacze powoli zmierzali do strefy startowej. Wśród nich kręcił się „kowboj” człowiek wyraźnie pod wpływem napojów procentowych – mistrz drugiego planu…

kowboj

Zbliżała się godzina 20.20. Było chłodno i parno – ale nie aż tak, jak podczas Półmaratonu Księżycowego w Rybniku. Wdychałem z przyjemnością wieczorne powietrze, chłonąłem całym sobą atmosferę przedbiegową. Tego mi brakowało, to właśnie te doznania przyciągnęły mnie tak niespodziewanie na linię startu. Żałowałem, że na starcie nie ma też Tomka, który co prawda trzymał za mnie kciuki, ale… No cóż.

Po rozgrzewce ustawiłem się w strefie przedstartowej, było w niej luźno, około 350 startujących to nie jest duży tłum. Punktualnie o 20.30 burmistrz Czerwionki oddał strzał z pistoletu startowego. Ruszyliśmy…

Na trasie

Trasa składała się z czterech okrążeń, z czego pierwsze miało inny przebieg od pozostałych.

trasa

Założyłem sobie, że będę biegł tak długo, jak wytrzymam, w okolicach tempa 4:45 min/km – celując w wynik z rekordowego dla mnie w kwietniu Cieszyna. Oczywiście po starcie tempo skoczyło do 4:30min/km, więc starałem się temperować chęć do szybszego biegu. Start był bardzo szeroki, w żadnym momencie nie miałem problemu z wyprzedzaniem.

I tak sobie pokonywałem okrążenie po okrążeniu, przy podbiegach (pod rondo) starałem się utrzymywać równe tempo, podczas zbiegania nie przekraczać 4:30min/km. Włączyłem sobie też moim zegarku – Polarze M400 zaprogramowany czwarty zakres tempa – informował mnie, gdy wychodziłem poza widełki 4:30-4:45min/km. Niestety od piątego kilometra coraz częściej zmuszał mnie do przyspieszeń, bo tempo spadało, choć wydawało mi się, że biegnę równo.

Na każdym okrążeniu był jeden „wodopój” poprzedzony lasem dziecięcych „piątek” do przybicia. Pojawiał się też żywiołowy doping. Za pierwszym i drugim okrążeniem ominąłem wodopój, by na trzecim łyknąć dwa hausty wody, resztę wylałem na plecy. Choć sam nie wiem po co – ochłoda niewielka, za to koszulka przykleiła mi się do pleców… I gdy wydawało mi się, że dociągnę do mety z rekordem, około siódmego kilometra zaczęła mi drętwieć prawa noga – od pośladka w dół. Na ósmym kilometrze zacząłem poważnie rozważać przejście do marszu. Ale biegłem, cały czas biegłem, tempo spadło ale udawało mi się biec. Uderzałem się kilkukrotnie w stwardniałe mięśnie – po raz pierwszy coś takiego mnie spotkało…

Pozostał ostatni kilometr. Kuśtykaliście kiedyś z tempem 4:50min/km? Mi się udało. Dziesiątki metrów znikały pod nierówno biegnącymi stopami, to już były okolice mety. Ostatnie zakręty – niestety zamiast żywiołowego finiszu – po prostu posuwałem się do przodu. No i w końcu…

Meta!

Na wyświetlaczu przed metą widziałem świecące się zwycięsko cyfry: 46:45! Przybiegłem w czterdziestej szóstej minucie! To niewiarygodne i niemożliwe ale miałem życiówkę, tylko jaką? Trzeba było poczekać na mój oficjalny czas netto.

Na szyi zawisł mi drewniany medal, zdałem numer do pudła z numerkami i odkuśtykałem się trochę porozciągać i rozmasować dosłownie zablokowane mięśnie. Co ciekawe, stanowiska do masażu świeciły pustkami :) Nie tylko nie było tam biegaczy ale i masażystek. Z reguły podczas biegów masażyści czuwają po biegu. Tutaj było odwrotnie :) Trudno, nie skorzystam z ich usług…

Rekord i inne wyniki

Po odzyskaniu oddechu poszedłem prosto do stanowiska Inżynierii Biegania pochwalić się, że pobiłem życiówkę… A gdy w końcu poznałem na stronie Datasportu wynik, poszedłem podziękować im jeszcze raz.

finish

Bo tym razem wynik z Cieszyna poprawiłem o dwie minuty (bez jednej sekundy)! Mój nowy „personal best” na 10 kilometrów od soboty 10. września wynosi :

46:10

Inżynieria jest po prostu skuteczna w trenowaniu nawet opornych jednostek biegowych. Pierwszy z „trójcy” – Dawid Malina (najszybszy z nich na 10km – jego wynik to 29:40) życzliwie doradził mi, żebym nie robił takich rzeczy, bo w tym tempie to utrudnię sobie robienie życiówek…

I nie pytajcie mnie jak tego dokonałem. Dla mnie jest to równie duże zaskoczenie, jak dla moich biegowych znajomych. Ostatnie trzy kilometry przebiegłem z średnim tętnem powyżej 180! Ale choć walczyłem ze sobą i zmęczeniem i na dodatek bólem nogi, nie było to aż tak męczące jak przy innych startach na 10km. Widać wytrenowany organizm przyzwyczaił się do biegania poza zakresem komfortu.

Wiem też, że znajome biegaczki i biegacze właśnie w Czerwionce pobili swoje rekordy. Wszystkim serdecznie gratuluję! Coś widać w tej wielokrążeniowej, wręcz „interwałowej” trasie jest.

Dziękuję też za wszelkie gratulacje, to niesłychanie miłe wieczorem wrzucić swój pełen zdziwienia wpis na Facebooka, a rano czytać te wszystkie miłe słowa.

Choć, jeśli ktoś z Was zapyta skąd ten wynik – moje palce wskazujące nieodmiennie wskażą Wam witrynę, za którą kryje się trzech biegających, diablo skutecznych trenerów:

http://inzynieriabiegania.pl/


To nie należy już do mojej historii biegowej, ale w tę samą sobotę, jeden z trzech Inżynierów Biegania – Kamil Kunert przybiegł na 18 miejscu w kategorii OPEN w najdłuższym 100km biegu Festiwalu Biegowego w Krynicy.

Dziś, gdy kończę pisać relacje już wiem, że Radosław Kasprzak, mój trener, kolejny z Inżynierów Biegania, dobiegł na metę rozgrywanego w niedzielę, w nieziemskim upale, PKO Wrocław Maraton z czasem 2:45:01, jako czwarty Polak  – zajmując 14. miejsce OPEN.


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

19 komentarzy

  1. Piotr Stanek pisze:

    A to jeszcze nie koniec Pawle Twoich rekordów :) Gratuluje Ci serdecznie. Tylko wiesz, co do tego urywanie minut, im dalej tym patrzysz na te sekundy. A sekundy to niby taka błaha rzecz, a tyle potu zaczynają kosztować…
    Wiesz, poza tym nie wiadomo dlaczego (a może wiadomo, ale o tym nie wiem) takie 40.01 czy 40.00 jest gorsze niż 39.59/10km czy 2.59.59 od 3.00.01.

  2. Justyna Rolka pisze:

    Gratuluję raz jeszcze;) Jaki Ty jesteś wysportowany, wow;) Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak świetnie Ci idzie;) A jeszcze ta samodyscyplina i czekanie na pozwolenie trenera, jestem pod wrażeniem:))

  3. Na spontanie najlepiej! :) Super wynik! Gratulacje! :)

  4. BasiaK pisze:

    Męska decyzja, świetny bieg i życiówka. Tak po prostu. Jesteś niesamowity. :-) I przebieg trasy podsluchany w toitoju. :-D I mimo, że te wyniki to oczywiście efekt Twojej ciężkiej pracy, to jednak ciągle podkreślasz zasługi chłopaków z inżynierii biegania. No ale rozumiem. W końcu to chłopaki debeściaki. Gratulacje dla wszystkich. Kurcze, chyba przeprowadzę się na Śląsk. :-D

  5. Narwany pisze:

    Jaki z tego wniosek? Że nawet jak jest spontan, to jak Ci na nim zależy – dasz radę! Choćbyś miał przewrócić do góry nogami niebo i ziemię. Takie podejście to ja lubię :D

  6. Narwany pisze:

    Jaki z tego wniosek? Że nawet jak jest spontan, to jak Ci na nim zależy – dasz radę! Choćbyś miał przewrócić do góry nogami niebo i ziemię. Takie podejście to ja lubię :D

  7. Joanna Julia Sokołowska pisze:

    Uwielbiam spontany! Uwielbiam spontanicznych ludzi! :)
    Pozdrawiam serdecznie!

  8. Uwielbiam spontany! Uwielbiam spontanicznych ludzi! :)
    Pozdrawiam serdecznie!

  9. Ponieważ nie biegam, to mam durne pytanie – skoro 450 szt to był max, to skąd ten numer? Bo wczoraj po Wro, kiedy staliśmy w korku bawiliśmy się w szukanie najwyższego numeru na koszulce mijających nas biegaczy i zastanawiam się teraz, jakie to ma przełożenie na ich liczbę.

    • Bookworm pisze:

      To nie jest durne pytanie :) Sam się zdziwiłem. A wytłumaczenie jest proste, najczęściej w biegach numery są bezzwrotne – drukowane tylko na taką imprezę. Często nawet z imionami startujących. Bywa, że organizatorzy mają też własną pulę – ale to niskich numerów. Tu pojawiłem się na 45 minut przed startem, dostałem numer z puli firmy zliczającej czas, ten numer musiałem oddać za metą. Coś jak „tablice próbne” do auta ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.