Wypełniając przyrzeczenie sprzed roku, o godzinie 22.00 11. maja 2017 roku stanęliśmy na linii startu piątego – jubileuszowego Żorskiego Biegu Ogniowego.

Co przeżyliśmy podczas tych zawodów rok temu, możecie poczytać w naszej relacji z IV Żorskiego Biegu Ogniowego. Znajdziecie w niej dość wyczerpujący opis Święta Ogniowego. Dlatego dziś nie będę ponownie opisywał czym jest ono dla Żor.

Rok temu obaj z Tomaszem pobiliśmy życiówki na dystansie pięciu kilometrów. W tym roku bieg miał być teatrem jednego aktora – ja bardzo chciałem zameldować się na mecie z czasem lepszym niż 25 minut. Czy będzie to możliwe?

Dla mnie z kolei był to już czwarty start w tych zawodach. Nic zresztą dziwnego, skoro mieszkam 700 m od linii startu. Dotychczas te zawody zawsze odbywały się po jakimś wydarzeniu. Wieczorem w dzień komunii Syna, albo 4 dni po biegu Wings for Life. Tym razem odbyły się przed ważniejszym biegiem, bo 10 dni przed maratonem w Kopenhadze. Dystans 5 km postanowiłem potraktować jako sprawdzenie czy forma szybkościowa jest ok.


Nikt nie lubi biegów na 5km!

Powyższe stwierdzenie jest truizmem. Z kim bym nie rozmawiał, to twierdzi, że im krótszy dystans, tym trudniejsze bieganie. Oczywiście trudno jest przebiec maraton, nie zawsze łatwo biega się półmaratony, „dychy” bywają męczące a „piątki”… Takie biega się na 110% możliwości i wpada się na metę bez tchu i bez sił. I mało kto to lubi.

Podpisuje się pod tym obiema rękami. Zdecydowanie wolę półmaratony, bo biegnę je w bardziej komfortowym zakresie tętna. 5km, które od startu do meta biegnie się „w trupa” to nie jest dystans który lubię. Dlatego też to jedyne tego typu zawody w roku, w naszym kalendarzu biegowym.

Do tego w zależności od stopnia wytrenowania taką „piątkę” to biegnie się 20-25 minut, a dla mnie sam dojazd na bieg zajmuje 40 minut w jedną stronę. A odebrać pakiet, a zaparkować a rozgrzać się?  Bardzo często bieg rozgrywany jest w dzień roboczy – zależnie, w jaki wypada Święto Ogniowe. Wydawałoby się, że w Żorach na starcie pojawią się tylko tubylcy. Nic bardziej mylnego.


Kultowy bieg

Żorski Bieg Ogniowy jest tak wyjątkowy i doceniany przez grono biegaczy, że 700 pakietów startowych rozeszło się błyskawicznie. Sami z Tomkiem testowaliśmy naszą czujność sprawdzając regularnie czy to już, czy jeszcze nie otwarto zapisów na bieg  żeby nie przegapić.

Gdy pojawiło się info o biegu, wzajemnie biegacze powiadamiali biegaczy, ruszyła lawina zapisów i potwierdzeń wpłat. I pula wyczerpała się bardzo szybko.

Już po kilku godzinach od ogłoszenia zapisów ponad jedna trzecia miejsc była wykupiona.

Teraz widzicie, że ten bieg jest magiczny?


Pakiet

Ale ponarzekajmy trochę. Dwa lata temu w pakiecie była saszetka na pasek oraz bardzo twarzowy buff grupy HRMax Żory. Rok temu świetna brązowa koszulka bawełniana z logotypem Biegu Żorskiego, którą noszę do dziś i sobie chwalę. W tym roku? Bieda!

Koszulka biegowa koloru białego, garść makulatury i medal i butelka wody na mecie. Wszystko. Choć czego więcej chcieć po biegu na całe 5 kilometrów?

A ja się z Pawłem nie zgodzę. I to nie tylko z racji tego, że jestem żorzaninem. Opłata wynosiła 25 zł. Symboliczna. Mało gdzie można spotkać bieg z elektronicznym pomiarem czasu (chip w numerze startowym), naprawdę pięknie zaprojektowanym medalem i koszulką techniczną w tej cenie. Myślę, że wielu biegaczy jest za tym, żeby gadżetów było mniej i opłata też niska.

Ha, to mnie podszedłeś, ale zmierzam do tego, że koszulek technicznych w pakietach biegowych mamy pełną szafę. A takich bawełnianych, do codziennego noszenia jak na lekarstwo.


Biuro Zawodów

Biuro otwarto z półgodzinnym opóźnieniem, skutkowało to ciekawym zbliżeniem się w tym samym miejscu dwóch kolejek. Biegaczy oczekujących na wejście do Biura Zawodów oraz świątecznej procesji pod kościołem.

W środku szybko i sprawnie wydawano pakiety, no i to było pierwsze miejsce, w którym spotykało się zaprzyjaźnionych biegaczy.

Biuro Zawodów

Jak ten czas szybko leci – co roku więcej znajomych twarzy. I to jest jeden z najwspanialszych aspektów biegania, wszyscy na twarzach mają uśmiech, lecą żarty i żarciki, wokół wszędzie pozytywne emocje. Tu nie ma miejsca na jakieś smutki i żale – no chyba, że nie daj Boże kontuzja.

Dla mnie bieg we własnym mieście zawsze przywołuje pytanie czy więcej startujących znam choćby z twarzy, czy więcej jest tych, których widzę po raz pierwszy ? Lubię tę rodzinną atmosferę tych zawodów.


Profil trasy

Przed startem trzeba było jeszcze przyjąć strategię biegu. Zazwyczaj w krótkich biegach trzeba gnać co koń wyskoczy od początkowych metrów, aż do ostatnich. Tu trzeba było uwzględnić jeszcze dwa podbiegi – przez ponad kilometr można gnać na luzie a później trzeba zmierzyć się z różnicą wysokości. Kto przeszarżuje może się zapowietrzyć i niestety straci sporo czasu na odzyskiwanie oddechu.

A tak wyglądał zapis GPS z zegarka Tomka w roku 2016.

profil trasy żorski bieg ogniowy 2016


Na start

Dzięki sprawdzonej miejscówce u Tomka na start udaliśmy się spacerkiem. Na początek – rozgrzewka i rozciąganie. Podczas rozciągania chwila rozmowy z mieszkańcami kamienicy, którzy właśnie wracali do domu z rynku i … ponury zgrzyt za naszymi plecami. Niestety wóz bojowy straży pożarnej przytarł sporej wielkości pojazd, próbujący wcisnąć się obok niego na jednej z uliczek.

Rozbieganie zakończyliśmy obok jednej z publicznych, darmowych i w pełni elektronicznych toalet! Jestem pod wrażeniem rozwoju miasta, dwa lata temu był w tym miejscu Toi-Toi, a rok temu mały plac budowy. Brawo!

W okolicach startu widać było koszulki grup biegowych: „HRMaxów”, Grupy Biegowej Luxtorpeda z Czerwionki Leszczyn, Rybnickiej Grupy Biegowej (RGB) oraz z wielką przyjemnością przywitałem się z Radliniokami w Biegu. Jeszcze kiedyś pisałem, że bieg, w którym nie ma zielonych, rybnickich koszulek RGB, jest biegiem nieatestowanym, teraz to samo mogę napisać o Radliniokach. Siła ich była!

Z przyjemnością przybiłem piątkę z Alkiem, biegaczem na wózku, który i w tym biegu wystartował – udało mu się w ostatnim momencie kupić pakiet. Przed nim było trudne zadanie – dwa podbiegi no i bruk na rynku…


Odpalamy!

W tym roku oprócz Pawła miałem przyjemność jako gospodarz zaprosić na bieg po raz drugi mojego przyjaciela, również Tomka.  Biegacz i karateka, jedna z osób, która kilka lat temu sprawiła, że i ja zacząłem biegać. Teraz na zdjęciu poniżej wyłania się z groźną miną nieco z tyłu :-)

Na samym starcie z kolei całkiem obok stanął Janek, z którym na niejednych już zawodach próbowałem nawiązać walkę.  Bardzo się ucieszyłem, że i tym razem mogę z Nim zamienić kilka słów, a chwilę później rywalizować. Janek jak zawsze walczył o podium w swojej kategorii, ja z kolei po cichu marzyłem, że dotrzymam mu kroku.

A ja przed startem spotkałem jeszcze Tomka z Rybnickiej Grupy Biegowej, w ten sposób wśród najbliżej startujących znalazło się trzech szybkobiegaczy o tym samym imieniu.

Chwila rozgrzewki, przygotowanie do startu, odliczanie i … pooooszło!

Start był bardzo agresywny, biegacze próbowali się wzajemnie stratować, kilka razy zarobiłem łokciem a nasz „drugi” Tomasz wykazał się refleksem przeskakując nad przewróconą biegaczką. Po czym zderzył się z impetem z biegaczem, który wrócił sprawdzić czy dziewczynie nic się nie stało. Ale pobiegli dalej…


Na trasie

Pierwszy kilometr pobiegłem szybko na 4:31. A potem zaczęło się to, czego się obawiałem. Braki w dostawach tlenu. Niestety forma nie była olimpijska i z każdym kolejnym kilometrem nadzieja na złamanie 25 minut malała. 5:18… 5:09… Na podbiegu pod rondo złapała mnie kolka w prawym boku i skurcz. Rewelacja, nie? Tyle tylko, że od czasu Półmaratonu Królewskiego dobrze wiem, że kolka to tylko ból, biec można dalej. Tak też czyniłem.

Tymczasem wyprzedzali mnie kolejni biegacze, jednym z pierwszych był Miras z RGB, z którym również się spotykamy na zajęciach dla biegaczy u Kamila w rybnickim Bushido (swoją drogą, to muszę kiedyś te zajęcia szerzej opisać). Sznur szybszych biegaczy był tak gęsty, że zacząłem się zastanawiać czy zaraz nie wyprzedzi mnie rower z tabliczką: „KONIEC BIEGU”.

Na całe szczęście oba podbiegi jakoś minąłem, powoli żegnając się ze złamaniem 25 minut na mecie. Ale… Podczas zbiegania ujrzałem na zegarku tempo 4:45, więc zacząłem nadrabiać sekundy. Przyspieszyłem. To był czas na walkę a nie na poddanie się, choć umysł podrzucał genialne myśli o przejściu do marszu.

Czwarty kilometr przebiegłem w średnim tempie 5:08 min/km. Ale po wbiegnięciu w pierwszą uliczkę przy rynku postanowiłem walczyć do końca. Płuca paliły, oddech świadczył o tym, że mogę dubbingować oddech Lorda Vadera ale…

Ale prułem dalej, wyciskając w nóg i płuc wszystko, nie oglądając się na czas, i gdy zbliżył się ostatni zakręt odpaliłem finisz. Niby nie było z czego, ale złapałem rytm i po prostu zbliżałem siłą woli metę do siebie. Ktoś z kibiców krzyknął do znajomego: „biegnij, umierać będziesz później” – dobrze wiecie o co chodzi na finiszach… Ujrzałem na zegarze jasno świecące cyfry „24:50” a sekunda za sekundą nieubłaganie cykała 1… 2… 3… 4…  Ja startowałem blisko linii startu, więc na różnice brutto/netto nie miałem co liczyć. 5… 6… wpadłem na metę zatrzymując czas na zegarku i umierając z niedotlenienia.

I po raz pierwszy zdarzyło się, że mój czas z pomiaru ręcznego był zgodny z pomiarem organizatora: 24:56! (Choć tu przed wrzuceniem relacji muszę poprawić wynik – na stronie wyników biegu Datasportu pojawiły się przesunięcia czasowe – przybiegłem na metę z czasem 24:50 a więc sześć sekund szybciej niż wskazał zegarek). Byłem 323. biegaczem na mecie.

U mnie bieg nie był tak pełen wrażeń jak u Pawła. Wiem tylko jedno. Goniłem Janka. Trzymałem się go na pierwszych dwóch kilometrach. Na podbiegu nawet lekko Mu uciekłem, ale spokojnie doszedł mnie na zbiegu. Na drugiej górce byłem jeszcze pół kroku za Nim. Kilometr przed metą miałem go na parę kroków przed sobą. A potem Janek wrzucił „piąty bieg” i spokojnie odjechał. Mimo, że walczyłem jak mogłem na ostatnim kilometrze, mimo że skończyłem bieg z życiowym wynikiem 21:14, Janek znów był 21 sekund przede mną. Ale wcale się tym nie martwię :-) cieszę się, że przy najbliższej okazji, znów będę mógł go gonić.

Wg zapisu z mojego zegarka na poszczególnych kilometrach miałem czasy 4:05, 4:25, 4:13, 4:32 i 4:09. Od razu widać dwie górki na drugim i czwartym kilometrze. Ostatecznie zająłem 109 miejsce.  3 lata temu byłem 180, w kolejnych latach 171 i 121. Za rok, w końcu chciałbym dobić do pierwszej setki :-)

Warto jeszcze dodać, że nasze wyniki są w pełni wiarygodne, bo trasa ma atest PZLA. Pełne wyniki można sprawdzić na stronie Datasportu.

Bieg wygrał Dawid Klaybor z czasem 15:15, klasyfikację pań wygrała Natalia Klaybor 18:47.


Za metą

Za linią mety czekały na nas piękne medale – jak za takie krótkie bieganie to hoho jakie wielkie!

W dodatku piękny z obu stron.

A tak mój start wyglądał od strony ulubionych cyferek:

Wart podkreślenia jest fakt prawie dobicia do tętna maksymalnego (188 ud/min), tu dosięgnąłem 185. Potwierdza się więc teza, że żeby wyznaczyć tętno maksymalne trzeba w sposób specjalny przygotować pomiar. Bo w zawodach nie jest to łatwe.

Dzień później na komputerze rozwinąłem zgrany z zegarka zapis na półkilometrówki. Ot, lubię się pobawić cyferkami. Ostatnie 500m przebiegłem w tempie 4:35 (ostatni kilometr na 4:49) zyskując upragnione sekundy do przejścia z 25 na 24 minuty. I choć daleko temu do życiówki, to sobie ten finisz pilnie wkoduję w głowę – może się przydać, gdy trzeba będzie się zmobilizować a nie poddawać.

Bo istotą satysfakcji z biegania jest walka i to, ile z siebie dajemy podczas zawodów. Jeśli bym nawet poprawił życiówkę, ale na metę wbiegł bez zmęczenia, byłby żal, że mogłem szybciej. A tak? Szybciej nie mogłem a i to co „nabiegałem” to był po prostu cud.

Ja chwilę poczekałem na kolegów. Później oczywiście znalazłem Janka, który tak jak sądziłem wygrał swoją kategorię wiekową z czasem 20:53, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Janek powiedział, że za rok już go dogonię. Cieszę się, że we mnie wierzy, a ja Mu życzę, by nadal nie zwalniał nawet o sekundę.

(z tym zdjęciem to śmieszna historia, bo na bieg zapomniałem zabrać żorskiego buffa, no i nie miałem czym ocierać potu z czoła i robiąc powyższe zdjęcie robiłem je trochę na oślep – spróbujcie robić fotkę z potem gryzącym w oczy).

Gdy późnym wieczorem, u mnie w domu, wspólnie z Pawłem i Tomkiem piliśmy piwo i dzieliliśmy się wrażeniami z biegu, jakaś część mnie była już myślami na kolejnym maratonie. Czy stolica Danii okaże się dla mnie szczęśliwa ? Czy pobiegnę tak szybko jak jeszcze nigdy ? Na dziś śmiem odważnie powiedzieć, że tak. Forma jest, bardzo mocna ekipa z którą jadę zdopinguje mnie do walki.

Tak, wieczór dzięki Tobie był magiczny, trzech panów po czterdziestce siedziało sobie nad oszronionymi kufelkami i gadało o… bieganiu, o wysiłku i o tym co jeszcze wciąż przed nami.


Jeżeli spodobał Ci się ten tekst, lub jeśli masz do niego uwagi zostaw komentarz – zapraszam też na fanpage bloga – polub profil lub napisz do mnie prywatną wiadomość.

Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz tekst dalej, korzystając z  poniższych ikonek.