VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy – relacja


Noc. Cisza. Wyludnione ulice. Błyskające światła wyłączonej sygnalizacji świetlnej. W oddali słychać dzwon wybijający godzinę 22.00. Wtem pojawiają się wydłużone cienie, kołyszące się rytmicznie w takt biegu. Narastający stukot sportowych butów. Ciężkie oddechy. Nie, to nie sceneria kolejnego odcinka „The Walking Dead” – to uczestnicy VI Rybnickiego Półmaratonu Księżycowego.

Choć nie wiem czemu, co chwilę na klawiaturę ciśnie mi się stwierdzenie: „półksiężycowy”.

Relacja wspaniałej nocnej scenerii Rybnika. Obawy przed startem. Życiówka. I udana realizacja mojego chytrego planu.


Obawy i treningi

Założenia treningowe miałem ambitne. Po pierwsze, tę połówkę przebiegnę a nie „przeGallowayuję”. Czyli nie będę przeplatał marszu biegiem – co miało miejsce podczas mojego marcowego startu w Żywcu. Nawet wyciągnąłem swój „standardowy plan nr 1” na złamanie 2:00:00. Tyle tylko, że ostatnie tygodnie wybitnie stawały mi w poprzek założeniom. Brak czasu na długie wybiegania. I tak maksymalny dystans treningowy to było nędzne 14km. Przed Żywcem dwukrotnie przekraczałem 21km. Teraz pozostało mi wydłużyć kilometraż sumaryczny. Biegałem częściej, to musiało wystarczyć do realizacji celów.

Cele były dwa:

  1. Przebiec cały półmaraton bez przechodzenia do marszu. Nie chciałem marszobiegu. Galloway jest bardzo mądrą strategią, ale w naszych warunkach jest trudny do zastosowania. Zakłada możliwość przejścia do marszu już po kilku minutach biegu. Podczas biegu ulicznego to jest trudne przez kilka pierwszych kilometrów (tłok). A dwa – no cóż, maszerującego honor boli…
  2. Złamać 2h. Wydawało się to łatwe. W końcu w Żywcu, przy tych wszystkich zwariowanych podbiegach, wykręciłem 2:01:56. Wystarczyło wyciągnąć kalkulator i sprawdzić: jeśli spokojnie pobiegnę pierwsze 15km na 5:30, a ostatnie 6km (i 97 metrów) na 6:00 to razem będzie 119 minut. 1:59:00 i już.  Jakie to proste, prawda? (tak, teraz też się z tego śmieję…)

Bardzo podziwiam i trzymam kciuki za Kasię, z HPMblog która sobie utworzyła ze swoich przygotowań półmaratońskich „projekt 21” i konsekwentnie go realizuje. Ja projektu nie tworzyłem, ale chytrze bieg sobie zaplanowałem.

Specjalistyczna dieta

Najczęściej biegam wieczorową porą. Dlatego nocne bieganie to dla mnie nie pierwszyzna. Takie bieganie niesie ze sobą jedną trudność. Kiedy i co zjeść przed biegiem. Przy przedpołudniowych zawodach, to proste. Lekkie śniadanie, dojazd na zawody i jakaś przekąska. A tu? Musiałem coś zjeść po południu i wyjątkowo lekką kolację. To co najczęściej mi w bieganiu przeszkadza, to pełny żołądek. Niestety należę do typów, które powinny biegać na czczo. W przeciwnym razie czuję każdy kęs zjedzonego zbyt późno jedzenia. I każdy łyk płynu innego niż woda. O kolkach nie wspominam, bo to oczywistość.

Tymczasem pewna uroczystość rodzinna prawie wymuszała jedzenie. Cóż, siedziałem w rodzinnym towarzystwie, jak ten przyszły nocny zombie, próbowałem potraw ale prawie ich nie jadłem. Ciasta, sałatki, kiełbasy, frankfurterki, faszerowane jajka, ogóreczki, papryczki, winko a ja sobie w kąciku gryzę chlebek z dżemem. Kromeczkę! Na dwie godziny przed startem zjadłem sobie jeszcze banana. Małysz byłby dumny! Ale wróćmy do tematu.

Pakiet startowy

Organizatorzy w swej mądrości nie przewidzieli opcji odbioru pakietu startowego w przeddzień zawodów. Szkoda. Na starcie było 400 Rybniczan, pewno o tyle mniej roboty by było w sobotę. Biuro było otwarte od 16.00 do 21.00. Bieg startował o 22.00. Czyli przewidując możliwe perturbacje drogowe musiałem być w biurze najpóźniej o 20.30. Zapowiadało się więc długie czekanie na miejscu. Gdyby tak przesunięto godziny otwarcia biura do 21.30?

Zaparkowaliśmy bez problemu. Poszliśmy pięknym nowym ciągiem komunikacyjnym pod Bazylikę.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015Przepięknie zagospodarowany teren, majestatyczna Bazylika górująca nad Rybnikiem. Fontanna ze skaczącymi strumieniami wody. Bajka. Aż się nie chciało przechodzić dalej.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Przed biurem zawodów właśnie nadmuchiwano start. Dobry znak!

W biurze błyskawicznie odebrałem pakiet. Ciekawe, że w moim zakresie numeracji była przede mną jedna osoba. W zakresie wyższym, spora kolejka. Szybko podpisałem co miałem podpisać, otwieram reklamówkę z pakietem a tam prócz fajnego buffa … Tygodnik Rybnicki. I ulotki reklamowe.

Powtórzę to, co twierdzę od dawna.

Kochani organizatorzy biegów. Przestańcie dawać biegaczom makulaturę – a miejskie kosze odetchną.

Przypuszczalnie 95% biegaczy używa maili, które się podaje w procesie rejestracji przed biegiem. Wyślijcie mi te wszystkie reklamy na maila, a będę chciał – to sobie na odpowiednie strony wejdę i poklikam. Jeśli na ulotkach są rabaty na zakupy – można też je wydrukować z maila i np. pokazać przy zakupie wraz z numerem startowym.

To co mnie lekko zirytowało, to pomysł na obdarowanie pierwszych 150 Rybniczan bidonami. Facebook bezlitośnie wyciąga takie tajemnice na wierzch. Rozumiem promowanie i zachęcanie do biegu swoich mieszkańców, ale wszyscy płaciliśmy takie same wpisowe (… a ja bym chętnie TEŻ taki bidon sobie przywłaszczył).

Siadłem i pilnie obserwowałem zza otrzymanej gazety sytuację wokół. Agent 450 w akcji….

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015I tak czekaliśmy na mgr.inż. Anioła,  jego niebiańskie sprawy zatrzymały go chwilkę dłużej.

Tak więc bardzo do gustu przypadł mi ten naścienny slogan.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Mój sępi wzrok padł też na atrybuty władzy. Czyli taki megafon.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Oraz na pozostawiony bez nadzoru komputer firmy zliczającej czasy. Zawsze twierdzę, że nie jest ważne, kto biegnie, tylko kto czas mu liczy. A może by tak… pamiętacie moją relację z Żywca, prawda?

Nareszcie zjawił się mgr inż. Anioł. Jak to on, zawsze w locie. Ja to zabiegany jestem, a on zalatany. Wyjmował z torby jakieś losowe przedmioty, zastanawiając się czemu akurat wziął pasek klinowy do trabanta oraz klucz francuski zamiast pasa biegowego i zestawu hydrożeli. Od razu widać, że praca w trybie 7/7 i 24/24h skutkuje drobnymi pomyłkami. Na całe szczęście skompletował jakoś zestaw podróżny na nadchodzące (nadbiegające?) 21km (i 97 metrów) i mogliśmy udać się na rozgrzewkę.

Choć jeszcze spróbowałem sprzedać „genialny pomysł” – może byśmy razem jeszcze zgłosili się do odrębnej klasyfikacji „maratonu dwóch serc” – pobieglibyśmy każdy osobno z naklejonym na plecach serduszkiem. W imię miłości bliźniego! I człowieka! I tu, niestety, mgr inż. Anioł stwierdził, że miłość miłością ale on nie chce być pośmiewiskiem w korpo. Tego nawet jego wydział anielski by nie wytrzymał. Doooobra, nie było sprawy…. ;)

Zdjęcia

Najpierw pobiegliśmy w kierunku pierwszego zestawu przenośnych toalet (uwierzycie, że nie było kolejek??). I co, da się? Da się! Później obiegliśmy kilka ulic hamując pod fontanną przy Bazylice. Tam zrobiliśmy zestaw pamiątkowych fotek i … Aniołowi całkiem nowa komórka „zniknęła” katalogi ze zdjęciami. Ot tak po prostu. Ja natomiast dokończyłem robienie zdjęć towarzyszących nam okoliczności przyrody.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015Fontanna działała hipnotyzująco, te strumyczki skaczące w takt muzyki. To ja może tu zostanę? A Ty Aniele leć…? Nic to, pobiegliśmy w kierunku startu. I drugiego zestawu toi-toiów. Nie muszę dodawać, że w Rybniku wszystko jest możliwe i cuda zdarzają się każdego biegu? Czego brakowało? Ano brakowało KOLEJKI oczekujących na honorowe oddanie płynów ustrojowych.

Po drodze płonący cyframi wyświetlacz. Ciekawe jaki mi pokaże wynik na mecie.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Przedstartowo

Rozgrzewkę prowadziła FitOlka. Stała na wysokim rusztowaniu. Przed oczyma stanęła mi rozgrzewka przed styczniowym biegiem WOŚP. Po jej rozgrzewce umarłem, zmartwychwstałem i ledwo doczołgałem się na miejsce startu. Więc tym razem tylko rozgrzewałem się po swojemu, w takt muzyki.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015Byli tacy co fikali, zgodnie z komendami prowadzącej. Były takie egzemplarze płci odmiennej, które fikały nawet bardziej ochoczo machając kończynami w losowych kierunkach, budząc grozę i przerażenie. Niestety nie zapisałem numerów startowych tych aktywistek, ciekaw jestem czy po 21km biegu (i 97 metrach) też tak radośnie fikały.

Start!

No to co. Odliczamy do startu. Ale jeszcze wcześniej krótkie wprowadzenie wiceprezydenta miasta, który też biegnie (na mecie zacny czas: 1:51:08). Krótko i na temat. Od razu słychać, że biegacz a nie polityk. 3… 2… 1… Start! Zaczęło się. Konfetti w powietrzu, a my biegniemy.

Ustawiłem się z przodu stawki i to było bardzo mądre posunięcie. Przez pierwsze kilometry trzymałem tempo, biegliśmy razem, sporadycznie wyprzedzani. Niestety już za pierwszym rondem ukazała się naszym oczom…

Ciemność. Widzę ciemność

Na potrzeby biegu odgrodzono pół jezdni. Ustawiono barierki, które połączono taśmą. Niestety przy zbiegu z pierwszego ronda cały tłum musiał zmieścić się na dość wąskim nieoświetlonym obszarze. Do tego barierki miały „łapy” o które można było się potknąć. Gdyby tam się ktoś potknął, by była rzeź. I nie było to tylko moje zdanie – mimo intensywnego tempa biegu rozpoczęła się dyskusja.

Jednym było zbyt ciemno, innym zbyt wąsko, jeszcze inni twierdzili, że „na Orlenie” też tak było i mamy nie marudzić. Dużo biegam w nocy, na takie odcinki mam przygotowaną „czołówkę” – tyle tylko, że u mnie w mieście zazwyczaj w losowych miejscach na ulicach bywają dziury. A latarnie włączają się, gdy już przebiegnę. Rybnik ma lepsze służby komunalne – dziur nie było i ofiar również nie. Kolejne okrążenia już „rozładowały” tłum biegaczy.

Nocne bieganie jest hipnotyzujące. Przez pierwsze okrążenie biegłem bez muzyki ciesząc się atmosferą biegu i chłonąc wszystkie odgłosy nocy. Niektóre uliczki były słabo oświetlone, bo latarnie świeciły ponad rzędami drzew. Miejscami były strefy ciemności, przy zbiegach cienie biegaczy żyły własnym życiem, wydłużając się, skacząc i tańcząc na asfalcie, wyprzedzając biegnących, niepomne na zmęczenie. Rytmiczny stukot butów w połączeniu z czarno-białymi konturami hipnotyzował. Mrugające światła sygnalizatorów, pojazdów zabezpieczenia, świecące paski, ledy, diody – żałowałem, że czegoś takiego świecącego nie wziąłem ze sobą – za rok się poprawię. Magia. Do tego centrum Rybnika jest świetnie oświetlone. Rynek, Bazylika. Zawsze podczas biegów rozglądam się starając się jak najwięcej poczuć i doświadczyć. W Rybniku wszystkie zmysły pracowały na najwyższych obrotach.

Kibice

Tak jak nie lubię biegów „okrążeniowych” (bo za każdym okrążeniem powtarza się schemat mąk piekielnych przy podbiegach), tak tym razem doceniłem dostarczane z każdym okrążeniem powtarzające się atrakcje. Przebiegnięcie przez rynek za każdym razem mobilizowało.  Bo rynek był pełen kibicującej młodzieży! Przez chwilę mogłem się czuć niczym gwiazda… Każdy tak się czuł… Później szybki „śmig” w kierunku ZUSu i dworca PKP i strefa mety – szalony doping, rzęsiste oświetlenie – aż chciało się biec dalej i dalej… A może zatrzymać i udawać, że to koniec?

Ale to nie wszystko. Na ulicach Rybnika w mniejszych i większych grupkach stali kibice – od tych najstarszych, po tych najmłodszych, śpiących na rękach. Gwizdki, bębny, wuwuzele – było wszystko. W tym ekipa pogotowia (?), przy drugim okrążeniu witaliśmy się niczym dobrzy znajomi. Przy trzecim – dziękowaliśmy za doping i życzyliśmy dobrej nocy. A po drodze przybijanie „piątek” z dzieciakami, które dzielnie stały i do zachrypnięcia kibicowały. Dla takich momentów warto biegać. To kibice tworzą 90% atmosfery biegu. I to ich się pamięta.

Komentarze mieszkańców były różne. Przy pierwszym podbiegu pod PKP zapamiętałem starszego pana z rowerem, który współczująco pocieszał ciężko sapiącą biegaczkę:

 "to już niedaleko, za chwilę będziesz miała metę".

Aha, z wrażenia biedaczka zwolniła. Pan nie wiedział, że jeszcze 2 okrążenia po 7 km były przed nią.

Pamiętam też przerażenie jednej z kobiet przy drodze, na nasz widok stwierdziła:

Boże, oni biegną jak roboty...

 Oczywiście młodzież świetnie się bawiła. Już przy drugim okrążeniu podali następujące hasło:

Eeeee, nudy na pudy, wciąż ci sami biegacze... 

Bieg trwał dalej. Nagle usłyszałem „lewa wolna”, posłusznie zbiegłem na prawo – usłyszałem tylko „zzzzziuuuuu” i poczułem mocne turbulencje.

Pierwszy Kenijczyk mnie dublował. Rzut oka na zegarek – 9,80km trasy. Ładnie. I znowu: „ziiuuuuu”, 10,00km – kolejny Kenijczyk. Dodałem mu ducha: „go, go, go” (a może powinienem raczej „allez, allez, allez?” ale przypuszczalnie mój głos był wolniejszy niż jego tempo. Zapominałem dodać, że Kenijczyk poprzedzony był asystą „miśka na hulajnodze”. Kto używa CB radia, będzie wiedział o kogo chodzi.

Za „miśkiem” sunął pojazd sponsora i w pierwszej chwili mnie to zirytowało – gdzie się pchasz na trasę dla biegaczy, dopiero po czasie dotarło do mnie, że on po prostu pomagał w torowaniu miejsca dla pierwszego, dublującego nas biegacza.

Mniam, mniam

I tak mijały kolejne kilometry. Co pewien czas popijałem mój „napój mocy”. Plan był taki, do 14km miałem wypić 2 rozcieńczone hydrożele. Później miałem zjeść baton energetyczny. Plan wypalił w 1/2. Na 15km próbowałem przez dobre 300m otworzyć opakowanie batonu. Udało się! Wgryzłem się w to coś i … się zakleiłem. Słodkie ustrojstwo. Przeżuwałem pierwszy kęs a on mi rósł w paszczy. Popiłem dwoma łykami wody i resztę schowałem do kieszonki. Nigdy więcej eksperymentów kulinarnych… Nigdy więcej batonów w czasie biegu. W okamgnieniu zrozumiałem w jaki sposób zginął Smok Wawelski. Legenda, legendą, a on się pewno zakleił baranem energetycznym biegnąc za znanym historii szewcem.

Do tego okazało się, że na drugim okrążeniu zniknął „wodopój”umiejscowiony na prostej przed Plazą! Stoły zostały ale nikogo tam nie było. Pewno i ten fakt był podany w rozpisce, ale myślałem że każde okrążenie będzie takie samo. Cóż, „podróże kształcą” a ja miałem jeszcze swoje awaryjne 170ml wody.

Kolejny wodopój był przy 15km, a do tego zaginiony wodopój zmaterializował się na powrót przed Plazą na ostatnim okrążeniu. Choć ponoć – jak czytam w innych relacjach – wodopój działał z logiką kierunkowskazu. Jest/nie ma/jest/nie ma… Co ciekawe – była świetnie podawana woda/izotoniki. W kubeczkach czy w butelkach było płynu akurat na kilka łyków. Ideał. Organizatorzy „Korfantego” w Katowicach powinni przyjechać przed następnym biegiem do Rybnika i skonsultować się z organizatorami „jak to się powinno robić”. Bo jeśli ich znowu fantazja poniesie, to dadzą biegaczom 5litrowe butle z wodą.  I jeszcze ich zdziwi krytyka.

Tętno

To były moje pierwsze zawody testujące nowy nabytek – pulsometr Polar M400. Postanowiłem biec kierując się głównie wskazaniami pulsometru (tętno) i zegarka (czas).  Już po pierwszym kilometrze pulsometr wskazywał mi tętno 172 i nijak nie chciał zejść niżej. Tyle tylko, że bardzo dobrze mi się biegło w tym zakresie. Chwilami tętno wskakiwało na 176-178, ale to głównie przy podbiegach – starałem się wtedy zwolnić. Przy 18. km poczułem już duże zmęczenie. Ale też wiedziałem, że do mety jest niedaleko. Tradycyjnie umysł zmienił mi się w komputer obliczający możliwy wynik na mecie. Komputer tak szybko działał, że z wielką trudnością odkryłem fakt, że półmaraton to nie 20 km i 97 m ale że jednak to jest 21 km i 97m. Nogi były coraz bardziej zmęczone. Tętno wskoczyło ponad dotychczasowe HRMax – biegłem przy 180 uderzeniach na minutę. Jeszcze potrafiąc oddychać. Potem nawet wbiło się wyżej.

Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Meta

Ostatni kilometr to była udręka. Dokładnie znałem trasę. Wiedziałem, co się pojawi po drodze. Przecież po Rybniku jeżdżę codziennie. A tu – jakże powoli odsłaniały się ostatnie zakręty. Wiedziałem, że nie przejdę do marszu. Wiedziałem, że choćbym miał slow-jogging uprawiać, to nie przejdę do marszu. Byłem wyprzedzany ale sam też wyprzedzałem wycieńczonych biegaczy. Wiecie co jest najbardziej dołujące przed metą? Widok biegaczy zmierzających do domu z medalem na piersiach. Oni już skończyli udrękę. A ja nie. Ostatniego zakrętu nie pamiętam. Wiem, że biegłem w kierunku światła. Coś mi zasłaniało wyświetlacz z czasem brutto. Ostatnie metry ukazały rząd cyfr z kończącą się drugą godziną. Czyli zdążyłem przybiec przed północą. Rzut oka czy Żona jest na mecie w umówionym miejscu, o, chyba będę miał nawet fotkę…

A potem odebrałem medal. Nie wiem dlaczego, ale po raz kolejny zarejestrowałem przerażenie w oczach wolontariuszki dekorującej mnie medalem (dobra, obejrzałem fotki z finiszu i wszystko rozumiem). I wziąłem izotonik, z którego wypiłem duszkiem prawie połowę. No i proszę. Plan zrealizowany. Moja druga „połówka” dobiegła końca.

Tak byłem jeszcze wciąż „zakręcony”, że nie spostrzegłem mgr. inż. Anioła, który już od 15 minut nudził się w oczekiwaniu na mnie na mecie. Pstryk – Żona niespodziewanie zrobiła mi kolejną fotkę. Oto ona. Idealnie oddająca istotę tego, jak biegacz wygląda na mecie. Niewyraźny ale szczęśliwy…

Selfie Bookworm on the Run Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Podsumowanie

Rybnicki Półmaraton Księżycowy to powinna być impreza obowiązkowa w kajeciku każdego biegacza. Po prostu w niej warto uczestniczyć – dla samej atmosfery, dla nocnego, hipnotyzującego biegania. Dla ciekawie pomyślanej trasy. Wspaniałego dopingu. I dla bardzo dobrej organizacji. Dla tego, aby zobaczyć, że o północy Rybnik jest jednym z niewielu żyjących miast.

Dla wspaniałych wolontariuszy (dzięki za wszystko!) Dla najlepszego dopingu, z którym się do tej pory spotkałem. Okoliczne grupy biegowe, które występują w pełnym i najmocniejszym składzie wiedzą co dobre. Rybnicka Grupa Biegowa, „Luxtorpeda” Czerwionka, HR Max Żory, Forma Wodzisław. Kenijki i Kenijczycy. Bliżsi i dalsi znajomi. „Radlinioki w biegu” i ich świetne wyniki (oraz relacja na ich blogu).

Dla świetnie zabezpieczonej trasy Co kilometr ratownicy medyczni. Po drodze policjanci, strażacy. Policja z wyczuciem kierowała ruchem  przepuszczając w przerwach pomiędzy biegaczami oczekujące samochody. Cierpliwość policjantów była niewiarygodna, przed dobre pół kilometra biegu (okolice ZUS i podbieg pod PKP) podziwiałem zmagania policjanta, starającego się namówić ruchami podświetlonej paletki kierowcę do podjechania bliżej. Twardziel!

Gdy zamykam oczy widzę trasę w Rybniku. Widzę podbiegi, magiczne cienie, gwar rynku i czuję słony smak potu. Widzę zmieniające się cyferki na wyświetlaczu zegarka. Nabieram kolejny głęboki oddech powietrza i powtarzam, że za rok znowu tu wrócę silniejszy i szybszy. Ale tak samo szczęśliwy, upojony nocnym biegiem i kolejnymi kilometrami.

W linku są oficjalne wyniki – można sprawdzić swój, bliższych i dalszych znajomych. Oraz Kenijczyków. Wyniki biegu

Wkrótce pewno pojawią się galerie biegowe – nie omieszkam umieścić tu linków do nich. Choć czy w nocy komuś udało się zrobić dobre zdjęcie? Nie wiem. Flesze błyskały. Czy skutecznie? Historia pokaże.

O, proszę, jest pierwsza galeria Michała Walczewskiego. Świetne fotki!

A tu wspaniała wideorelacja Janusza Rzymanka:

Na jednej z fotek mgr inż. Anioł jest ubrany w czerwony polar. Na piersiach ma medal, który (teraz to do mnie dotarło) jest … pentagramem.

medal VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Uroczo to wygląda.Więc Wam nie pokażę tej całej fotki – dla dobra Anioła. Alleluja!

Medal anioł

Technikalia

Podczas biegu korzystałem z pulsometru Polara, który oczywiście rejestrował trasę na bieżąco. Wyliczył 180m podbiegów i 190m zbiegów.

VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy podbiegi Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Wyeksportowałem komplet danych do Endomondo i …

VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy podbiegi Rybnicki Półmaraton Księżycowy relacja 2015

Już z podbiegów zrobiło się tylko 142m (38m mniej) a zbiegów 132m (58mniej). Ciekaw jestem Waszych raportów wysokościowych. Podbiegi nie były jakieś kosmiczne, ale odczuwalne. Do tego mnożone x3 podczas okrążeń, więc wartość z Polara mnie bardziej przekonuje.


To co, do zobaczenia za rok w Rybniku?


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

15 komentarzy

  1. BasiaK pisze:

    Jestem zahipnotyzowana Twoja relacją. I tylko dlatego, że jestem w hipnozie mogę uwierzyć, że 21 km i 97 m jest do przebiegnięcia. Oj, to przecież jak ode mnie do.. ło matko! chyba się wybudzam, moja wiara słabnie!!

  2. Robert Goleń pisze:

    Pod warunkiem, że biegacz pędzi z prędkością światła! Pracuję nad tym :)

  3. Robert Goleń pisze:

    Dzięki za miłe słowa. Mierzę jedynie 168 cm, więc to ja bywam ofiarą turbulencji, nigdy ich źródłem :)

    Wczoraj zapomniałem zapytać, czy startowałeś 21.06 w Bukownie. Jeśli nie, to polecam na przyszły rok. Bardzo sympatyczna atmosfera, trasa z atestem,a tuż obok stadionu ogromny lunapark z okazji dni miasta. Stoiska
    z kiełbaskami i innym pieczystym. Sam stadion został chyba (tak mi się wydaje) zbudowany w czynie społecznym
    w zamierzchłych czasach PRL. Konstrukcja typowa dla tamtych lat – ogromny lej, z którego wykopano ziemię, aby zbudować trybuny. Ale polecam ten bieg również z powodów semantycznych. Już wyobrażam sobie tytuł Twojej relacji – „Bookworm in Bookowno” :)

    Pozdrowienia!

    • Bookworm pisze:

      Pilnie notuję gdzie warto startować – dzięki, lista rośnie. Na tytuł patrząc – obecność obowiązkowa :)
      To się nazywa filologiczne podejście, ja mogę się zrewanżować podejściem inżynierskim – E=mc2 – energia wywoływanych turbulencji zdecydowanie bardziej zależy od prędkości biegacza, niż od rozmiarów metrycznych/kilogramowych. O!

      I ja serdecznie pozdrawiam :)

  4. Robert Goleń pisze:

    Na tle różnych blogów o bieganiu, Twój wyróżnia się niesamowitym dystansem do opisywanej materii (i nie mam na myśli dystansu 21,1 km:). Fajnie, że bieganie sprawia Ci frajdę, ale imponuje to, że potrafisz dostrzec
    w rzeczywistości, która otacza biegających rzeczy i zjawiska na pierwszy rzut oka gdzieś ukryte.
    Bardzo rozbawiło mnie zdjęcie i komentarz o dostrzeżeniu atrybutu władzy. Wygląda na to, że jest to spostrzeżenie
    prorocze, gdyż czająca się już za rogiem nowa władza swą potęgę buduje przy pomocy takich megafonów (często grzecznościowo użyczanych jej przez zaprzyjaźnioną instytucję…)
    Życzę kolejnych niezapomnianych startów i ciekawych relacji.
    Robert Goleń (również weteran rybnickiej nocy i mól, a raczej muł, książkowy)

    • Bookworm pisze:

      Tej nowej władzy to ja się obawiam – może się okazać, że biegacze są elementem podejrzanym i niemile widzianym (bo trudnym do upilnowania – zbyt szybko się przemieszczającym).
      Dziękuję za miłe słowa. Siedzę teraz nad kalkulatorem i liczę, w którym momencie mnie wyprzedziłeś. To były te turbulencje wtórne, zaraz za Kenijczykami :) Nie wiem czego Ci życzyć zwrotnie – chyba mniejszej gęstości powietrza, bo na tym poziomie biegania to już tylko struktura molekularna wszechświata zaburzyć może wyniki. Przyjmij moje wyrazy szacunku i podziwu.

  5. „przeGallowayuję” – umarłam :D
    Od samego czytania zatęskniło mi się za zawodami, czas zaplanować jakieś starty :)

    • Bookworm pisze:

      Planuj, planuj. Już przy planowaniu jest fajnie, bo jest o czym myśleć. Potem jest sam start a później wspominanie. Fotki i takie tam. Dziś byłem w centrum Rybnika, trafiłem na tablicę informacyjną o biegu – kurcze, właśnie tą drogą przebiegałem trzy razy w sobotę. Tylko w innym kierunku. Już nigdy jeżdżenie i chodzenie po Rybniku nie będzie takie samo…

  6. zabieganna.blog.onet.pl pisze:

    Czytając, mogłam przypomnieć sobie swoje wspomnienia. W Rybniku debiutowałam i od tej pory jestem zakochana w tej trasie. Co do kolejki to możliwe, że stałeś jedno miejsce dalej, bo ja utknęłam w tym tłoku biegaczy, a obok było mnóstwo wolnego miejsca. :) Gratuluję złamania 2 godzin i udanego startu. :)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję, dla mnie to było przeżycie, bo to dopiero mój drugi półmaraton, a pierwszy nocny. Rybnik znam z pory dziennej (nawet codziennej) i zza kierownicy. Nocne odkrywanie w butach biegowych ma swoje zalety. A i medal dali ;)

  7. Bardzo dobrze się czytało :)
    Co do dopingu, to mam niestety inne odczucia. Moim zdaniem było go zdecydowanie za mało. Miejscami ludzie stali i tylko się patrzyli. Trochę smutno to wyglądało.
    Zdaje się, że moje zmysły wyostrzyły się po półmaratonie w Ołomuńcu. Tam po prosto nie było osoby, która by nie kibicowała ;)

    • Bookworm pisze:

      Wyostrzyły Ci się bezsprzecznie. Gdybym tak bez przyzwyczajania się do lepszej publiki pobiegł w Ołomuńcu, to pewno bym gdzieś z wrażenia z kibicami został na trasie się integrować ;)

  8. Krystian pisze:

    Świetna relacja! Pozdrawiam

  1. 22 czerwca 2018

    […] Półmaratonie Księżycowym startowałem dwa razy (>>> relacja 2015<<<) (>>> relacja 2016<<<),  w Rybniku jestem prawie codziennie od lat bez mała […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.