Biegi nocne są wypełnione magią. Znajome ulice i uliczki okrywa mrok wypełniony  tupotem biegowych butów biegaczy śmigających przez nocną trasę. Żorski Bieg Ogniowy jest przy tym doprawiony ogniem – idealnie wpisuje się w Święto Ogniowe, które szczegółowo opisał Tomasz w pierwszej relacji z >>>IV Biegu Ogniowego. <<<

To bardzo krótki bieg – atestowana „piątka”. Przy tym jest to bieg trudny – na trasie są dwa podbiegi, co wymusza ustalenie chytrego planu (i jego późniejszą realizację).

Bieg jest już tak znany i lubiany, że w tym roku miejsca rozeszły się (ponoć) w 14 godzin. Początkowo było dostępnych 700 miejsc, później dołożono jeszcze kolejną setkę.

Tradycyjnie już naszą relację piszemy dwoma kolorami. Znowu miała to być relacja dwóch prędkości ale… No właśnie.

Z czym się bieg kojarzy każdemu z nas?

Tomasz

Cieszę się, że w moich rodzinnych Żorach mamy już trzy imprezy biegowe rocznie. Wiosenna to właśnie bieg Ogniowy, w którym miałem wystartować już po raz piąty.  Lubię ten bieg ze względu na atmosferę, wielu startujących znajomych, również dlatego, że mogę później gościć do następnego dnia moich biegowych przyjaciół.

Paweł

Dla mnie to magia w czystej postaci, narastające emocje, pokazy laserowe na rynku, przygaszone światła, święto mieszkańców, okazja do spotkań znajomych i… afterparty u Tomasza. No i świetna organizacja, za którą odpowiada grupa biegowa HR Max Żory.

Treningi i taktyka

Tomasz

Nigdy nie trenuję pod ten bieg. Biegam dłuższe dystanse i start w Ogniowym robię zawsze z biegu i przy okazji. Tym razem pomiędzy maratonem w Wiedniu i w Rydze, gdzie mam pobiec tydzień po starcie w Żorach.

W związku z tym idę na start i próbuję pobiec szybko. Oczywiście zawsze jest chęć aby pobić życiówkę, która jako że nie startuje na tym dystansie nigdzie indziej wynosiła 21:14 z zeszłego roku. Ale taktyki nie mam żadnej.

Oto dla przypomnienia mapka trasy i jej ciekawy profil. Oj nie jest to płaska piątka.

Paweł

Dwa lata temu ustaliłem na tej trasie życiówkę na 22:55. Rok temu z trudności zmieściłem się w 25:00 minutach. Teraz chciałem powalczyć o najlepszy czas, może tak udałoby się zrobić 22:30?

Stąd w menu treningowym niezawodny Kamil czyli Fizjofunk serwował mi interwały na 300 metrów (poległem po pierwszym), na 400 metrów (moja religijność wzrastała po 200 metrach zadanego tempa), były też dwukilometrówki i kilometrówki w tempie startowym (tralalala nie napiszę jak mi wychodziły). Więc do startu podchodziłem jak pies do jeża. Byłem gotów na walkę. Ale czy na zwycięstwo z czasem?

Kamil nakazał mi biec w tempie 4:35 do czwartego kilometra, potem mogłem dać czadu, z czego ostatnie 500 metrów to miał być finisz „z zamkniętymi oczami”. Główny problem z planowaniem strategicznym biegu leży w ukształtowaniu trasy – pierwszy kilometr jest płaski i głupio tam tracić tempo i spowalniać. Z drugiej strony spalenie się na pierwszym kilometrze przed podbiegami zabierało nadzieje na dobry wynik… Biec musiałem „na czuja” regulując tempo zależnie od oddechu i tętna. Przebywanie w III strefie anaerobowej zaczyna się u mnie przy ok. 171 ud/min. Ile czasu w niej wytrzymam, zanim stracę pęd?

Dzień startu

Tomasz odebrał nasze pakiety startowe. W nich numer startowy z otworami i czipem (jak fajnie, wreszcie nie trzeba plątać czegoś w sznurowadła) i ogniowy buff, który od razu aż prosił, żeby go zawiązać na ręku.

Odbiór pakietów jak zawsze był bardzo sprawny, przy okazji kilka słów z obsługującymi go biegaczami z HRMax i spokojnym o dobrą organizację Kierownikiem zawodów. Później jeszcze krótki spacer trasą, żeby pokazać Kubie gdzie pobiegniemy i zaznaczyć punkt, w którym będzie już tak blisko mety, że będzie mógł pójść na całość.

O 20:30 meldowałem się pod rezydencją Tomasza, gościnnie szeroko rozwarła się brama, zaparkowałem – przygoda zaczynała się :)

Już po wejściu, na wzmocnienie, otrzymałem pysznego żorskiego pączka i podwójne espresso, tak na wzmocnienie przeżyć. Po pierwszym łyku zacząłem widzieć dźwięki, po drugim zrozumiałem jak zakrzywić czas i przestrzeń.

Tak jak to było rok temu bazę do startu założył również jego kolega z pracy – Tomasz S. – w tej historii muszę zacząć rozróżniać Tomków, bo w relacji pojawi się jeszcze jeden.

Cieszyliśmy się, że w Żorach nie pada, mimo że z okolicznych miejscowości nadchodziły wieści o opadach, nawałnicach a nawet o gradzie. Widać ogniowa procesja w Żorach załatwiła nam dobrą pogodę na ten wieczór.

Młodzież też biega!

Z domu wyszło czterech biegaczy, w Żorskim Biegu Ogniowym miał też zadebiutować Jakub, siostrzeniec Tomka i pilny czytelnik bloga. Nie był to jego pierwszy start w zawodach biegowych, ale na tej trasie debiutował. Dopytywał o różne szczegóły biegowe – Tomasz dzielił się swoją wiedzą i podpowiadał pewne biegowe triki. Przy zabezpieczaniu końcówek sznurowadeł przeżyłem pewne deja-vu, Tomasz też mi ten trik podpowiedział, już przy pierwszych zawodach, w Rybniku… Kiedy to było?

Tu dygresja natury ogólnej: coraz częściej mam wrażenie, że młodzież bardzo niechętnie biega i bierze udział w zawodach biegowych. Moda na bieganie raczej dotyka osób w naszym wieku, bądź o kategorię młodszych. Czy to kwestia obciążenia zajęciami, czy niechęci do sportu – tu się nie wypowiem. Niemniej miło było, że Jakub odmłodził naszą biegową gromadkę strefy M40.

Kuba był dobrze przygotowany do biegu, odpowiednio wyposażony w buty i wiedzę co zrobić, żeby się nie zamęczyć na początku biegu startując zbyt szybko. No i obaj mogliśmy liczyć na doping rodziny, która z okazji startu jej dwóch członków bardzo licznie ustawiała się wzdłuż trasy.

 Czas na rozgrzewkę

Po 21:00 ruszyliśmy powoli rozgrzać się – kilka chwil po wyjściu ogarnął nas zapach… spalonej gumy. Jasno wskazywał na to, że ktoś z biegaczy ostro ćwiczył mocne przebieżki – paląc gumy podeszw…

Kilkaset metrów później minęliśmy najpierw księdza w doborowej obsadzie zakonnic, którzy życzyli nam powodzenia – momencik później szedł prezydent Żor – Waldemar Socha – uznaliśmy to za dobry omen. Dobiegliśmy powolutku do Rynku i… wróciliśmy na powrót do parku, aby tam się rozgrzewać – rynek miał już wygaszone światła na czas pokazów laserowych, trudno było biegać po ciemku.

Wzdłuż deptaka rozgrzewali się biegacze – mijaliśmy i pozdrawialiśmy znajomych: Zibizbiga, Mirka, Tomasza M.

W parku natrafiliśmy (ponownie) na Janka Bednarka –  zawodnika HR Max Żory, startującego w zacnej wiekowo grupie M60, promieniującego jak zawsze radością, optymizmem, którego znają chyba wszyscy biegacze w Żorach! Prawie każdy mijany biegacz w uliczkach parkowych pozdrawiał wesoło Janka, bądź wdawał się z nim w krótką rozmowę.

W parku zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, heheszkując coraz mocniej. Czas startu zbliżał się nieubłaganie. Dotarliśmy w miejsce, skąd dochodził wesoły gwar i głos spikera.

Zrobiliśmy też kilka sprintów, podczas których sobie przypomniałem, że to nie będzie maraton, tylko bieg, w którym trzeba być na prawdę szybkim. Uświadomiłem sobie ponownie, że tempa zbliżone do 4’00 nie są moimi ulubionymi. Wolę jednak dłuższe ale wolniejsze biegi. 4’30 w półmaratonie jest dla mnie komfortowe. A przy szybszym bieganiu tętno skacze mi w górę i okrutnie się męczę. Dobrze, że to tylko niewiele ponad 20 min. Trzy dni przed startem całkiem luźno przebiegłem trasę w 22:20, więc zakładałem że 60-90 sekund urwę z tego w dniu startu.

Zerknąłem na zegarek – emocje brały górę, 120 ud/min – można rzec, że nie byłem oazą spokoju. Już za 25 minut wszystko miało być jasne. Ale póki co koncentrowałem się przed startem.

A oto nasza cała biegowa czwórka.

Początek biegu

Taaak, biegacza można poznać po tym jak kończy, ale w każdym biegu istotny jest początek. Żorski Bieg Ogniowy jest zdradliwy, pierwszy kilometr jest lekko z górki, ale kto postawi tu na prędkość, może zostać sponiewierany przez pierwszy podbieg. Oczywiście po wystrzale startera ruszyłem ostrym tempem, wyhamowałem jednak startowe tempo (3’45!) do okolic 4’20 min/km, nawet jeszcze wolniej. Nawet przy tym tempie musiałem slalomem omijać dużo wolniejszych biegaczy, a przecież ustawiłem się zdecydowanie na początku stawki biegaczy.

Po kilku zakrętach usłyszałem doping rodziny Tomka, pomachałem im wesoło i pognałem na spotkanie pierwszej górki. Wciąż biegło mi się lekko, przyjemnie, przeczuwałem podstęp ze strony organizmu – od dawna byłem w zakresie powyżej 170 ud/min a zmęczenia ani śladu.

Ja pierwszy kilometr pobiegłem zgodnie z planem w równe 4 minuty. Właśnie z tym planem był jednak pewien problem. W maratonie mam dokładnie założone czasy w jakich powinienm pokonować kolejne piątki. Tu gradacja jest większa, do tego podbiegi i zbiegi. Zupełnie więc nie miałem zaplanowane w jakim czasie przebiec kolejny kilometr. Starałem się pobiec pod górę na ile pozwala tętno, a potem odrobić stratę na zbiegu.

Zaczął się podbieg, tempo spadło, zaskakująco mieściłem się wciąż w założonym tempie 4’35. A nawet lepiej. W połowie podbiegu dorwałem Tomka M. – koszulki Rybnickiej Grupy Biegowej są genialne, na plecach umieszczone są imiona, jeśli się dogoni któregoś z biegaczy, wiadomo kto to zacz – jego widziałem z daleka.

Tomek biegł równo, oszczędnie, ekonomicznie, dołączyłem do niego w trudzie wspinania się na wzniesienie. Tyle tylko, że on kazał mi wyprzedzić i gnać dalej. Zerknąłem na pulsometr – 180 ud/min! A wciąż nie byłem oddechowo i wydolnościowo „zatkany”, no to pognałem do ronda, życząc powodzenia po drodze Kasi z RGB.

I teraz przydałby się kontakt z „bazą”, żeby ustalić dalszą strategię na bieg. Miałem się trzymać tempa 4’35 min/km, ale biegło mi się komfortowo. Co więc robić?


– Halo baza, nie wiem co mam robić dalej! Tempo szybsze od planu, tętno na czerwonym!
– A gdzie jesteś biegaczu?
– W Żorach!
– A tak bliżej, to gdzie?
– Bliżej to jedni przede mną uciekają, innych to ja gonię!
– Daleko masz jeszcze do końca?
– Wg linii życia jeszcze trochę, ale często gdy wstaję rano, to mnie stopy bolą.
– To już lepiej nie przyspieszaj, bo jeszcze kopniesz w kalendarz!


Mając tak jasne wskazówki na zbiegu dawałem płucom odpocząć, co prawda nogi zachęcały do przyspieszenia, ale obawiałem się finiszowania  już teraz. I słusznie. Bo przy kolejnym podbiegu spotkałem się z moją starą dobrą znajomą…

… kolką.

– Cześć, dawno się nie widzieliśmy, co porabiasz?
– A nic, tak sobie biegam po żorskich ulicach, niemniej jestem zajęty – mogłabyś dać mi spokój jeszcze na kwadransik?
– Nie, kochany, ja tak lubię z tobą razem biegać!


Tyle tylko, że ja już od dawna wiem, że kolka, choć bolesna, tylko częściowo upośledza oddychanie, kłując przy każdym oddechu. Chwyciłem się za bolący obszar i pognałem dalej – zdobywając szczyt drugiego i ostatniego wzniesienia.

Tymczasem ja kolejne kilometry z górkami pokonałem w czasach odpowiednio 4’26, 4’14, 4’29. I zupełnie jakoś nie umialem policzyć czy to dobrze czy to źle. Wiem, że to zabawnie brzmi z ust kogoś kto startuje w sześćdziesiątych którychś zawodach, ale ja nie mam doświadczenia na 5 km. Uczciwie mówiąc nie wiedziałem co biec. Nie umiałem ocenić czy biegnę na życiówkę czy nie. Bardzo mi brakowało kogoś z przodu, kto jak Janek w zeszłym roku nadawałby mi tempo i motywował do ścigania. Praktycznie nie patrzałem na zegarek tylko biegłem. Jak na złość przede mną nie było nikogo ze znajomych, którego chciałbym dogonić. Próbowałem więc  utrzymywać jako taki komfort oddechu i liczyłem, że to wystarczy.

1,5 km do mety

Nogi niosły mnie cudownie – w tym miejscu, na 3,5km wiedziałem, że na mecie będę miał życiówkę… Pozostało mi już tylko zawalczyć o wisienkę na torcie – żeby była wystarczająco okazała. Co prawda ból pod żebrami przeszkadzał, ale gnałem ciesząc się radością nocnego, szybkiego biegania – ze zdziwieniem obserwowałem puls (wciąż ponad 180!) i tempo (3’54!). Zbliżał się rynek, na który wpadłem pochylając się na zakręcie i dając z siebie wszystko.

W chwili gdy zbliżałem się do Rynku, spojrzałem na zegarek i nie zobaczyłem tego co bym chciał. Kończyła się 20 minuta. A to znaczyło, że musiałbym mocno przyśpieszyć by urwać parę sekund z życiówki. Ale zorientowałem się za późno. Tętno było wysokie i szczerze mówiąc nie umiałem się zmotywować.  Nie znalazłem w sobie iskry by walczenie finiszować. Ostatni kilomert pobiegłem w 4’17, co dało mi końcowy wynik 21:27 i 150 miejsce w zawodach. Czas był o  13 sekund gorszy niż rok temu. Niby nie dużo, ale też wielkiej radości we mnie nie było. Od razu pojawiły się myśli, że mogłem szybciej.

Uśmiechnąłem się dopiero gdy zobaczyłem Pawła. Ale o swojej końcówce biegu niech opowie On sam :-)

Nie oglądałem się na boki, nie rozglądałem się, pilnowałem pozycji ciała, rytmicznie odbijałem się od złośliwej ziemi, do której wciąż przyciągała mnie grawitacja.

Ostatnia prosta, usłyszałem okrzyk Kamila: „świetnie, praca rąk!”  – użyłem mojej tajnej broni, zwiększając prędkość rytmicznymi wyrzutami ramion, ujrzałem na mecie czas: 21:45 i w pełnym pędzie, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona z akwarium, minąłem linię mety.

Chwilę po finiszu otrzymałem SMS z boską życiówką: 21:35 netto! Takiego wyniku nie przewidywałem w najśmielszych marzeniach…

Endomondo żorski bieg ogniowy

A tak wygląda świeżo upieczony rekordzista – moja mina świadczy o wszystkim.

Paweł Bookworm on the run

(Fot. Damian Staniec)

Wróciłem na linię startu, gdzie gratulowaliśmy sobie wyników ze znajomymi – Tomasz przybiegł chwilę przede mną, Bartłomiej sekundę (!) za mną, ponoć wystąpiłem w roli „króliczka”, którego gonił.

Tomek S. i Tomasz M. byli chwilkę za mną, ten drugi wyciągnął mnie jeszcze na przetruchtanie, na co nie chciałem się zgodzić, ale fraza: „bo powiem trenerowi!” przekonało mnie w ułamku sekundy. Przebiegliśmy wspólnie grzecznie kilkaset metrów i powróciliśmy do świętowania.

Nie tylko ja tego wieczoru zrobiłem życiówkę…  Życiówki wykręcili i Edyta i Grzegorz Połomscy, jak i Wojtek z Czerwionki, który nie tak dawno śmigał po Poznaniu uciekając przed Adamem Małyszem podczas Wings for Life.

Poczekaliśmy chwilę na naszego młodzieżowca Jakuba, który debiut w Żorach zaliczył  z uśmiechem na ustach i dobrym czasem 28:28. Mam nadzieję, że w ciągu roku potrenuje, by na następną edycję wrócić i tym razem już deptać po piętach wujkowi :-)

A oto wspaniała, wspólna fotka naszej ekipy (tym razem już z medalami) autorstwa Tomasza Zeprzałki (Fotoznawcy):

Pełne wyniki można sprawdzić pod tym linkiem: Wyniki

Pozostaliśmy jeszcze na miejscu oklaskując zwycięzców (bieg wygrał Dawid Malina przybiegając z rekordem trasy: 14:55) i po cichu licząc, że uda nam się coś wygrać podczas losowania zegarków biegowych. Nie tym razem…


Serdecznie dziękujemy organizatorom za kolejne biegowe święto ogniowe, które ma swoją magię dzięki świetnej lokalizacji, ogniowej i świetlnej oprawie, które jest miejscem spotkań biegaczy, jak i okazją do rywalizacji na trudnej i wymagającej trasie. Do zobaczenia za rok!