VII Rybnicki Półmaraton Księżycowy – relacja


Rybnik. Miasto leżące w połowie drogi pomiędzy miejscem zamieszkania Pawła i moim. Miasto, które dwa razy w ciągu roku staje się dla nas miejscem startu w zawodach. Jedynych zawodach, na które nie jeździmy wspólnie, gdyż z oczywistych względów spotykamy się w pół drogi.

I skoro mamy czerwiec, to tradycyjnie już wieczorną porą stanęliśmy na starcie siódmego już Rybnickiego Półmaratonu Księżycowego. Dla Pawła był to drugi start w tej imprezie, dla mnie trzeci. Tym razem jednak, bieg niósł w sobie pewną nowość, a mianowicie zupełnie zmienioną trasę.

Relację jak zwykle ostatnio napiszemy wspólnie, a autorzy będą się odróżniać kolorem czcionki.

Dziś dla odmiany to Tomek oprowadzi nas po biegu. Ja będę mu wtórował, tak będzie lepiej, bo to on wczoraj dzielnie przecinał rybnickie parne i duszne powietrze 10 minut przede mną. I tak sobie zerkam na zeszłoroczną relację – szkoda, że nie opisywał jej wtedy również Tomek :)

VI Rybnicki Półmaraton Księżycowy Relacja bwotr.pl

Tak więc 25 czerwca 2016 roku o godzinie 22.00 stanęliśmy na starcie VII Półmaratonu Księżycowego. 


Organizacja biegu

Jak co roku, zawody nas nie zawiodły. Organizacja bardzo dobra, miejsce startu w okolicach kąpieliska „Ruda” lepsze niż poprzednio, bowiem położone na większej przestrzeni, lepiej potrafiło pomieścić ponad 1500 uczestników. Zawodnicy startowali na dystansie półmaratonu, bądź w sztafetach firm 3 x 7 km. Dodatkową atrakcją, przeznaczoną dla par biegaczy, jest odrębna klasyfikacja Maratonu Dwóch Serc, gdzie sumuje się wynik w półmaratonie dwojga startujących.

47 sztafet i 56 par w Maratonie Dwóch Serc – co ciekawe, nie było żadnej pary tej samej płci. Proponowałem rok temu start Tomkowi w ramach tej ciekawej konkurencji, do dziś pamiętam ten lodowaty zimny, przeszywający wzrok. Tym razem nie próbowałem. A szkoda – byśmy byli w okolicach „dziesiątki”. Choć może był wymóg różnych płci? 

Biuro kierunek

Biuro zawodów położone w dużym namiocie, sprawnie obsługiwało startujących. Chętni, przed i po biegu mogli skorzystać z usług masażystów.

Biuro

Strefa startu wystarczająco duża, umiejscowiona przy szerokiej ulicy Gliwickiej, pozwoliła na start w komfortowych warunkach, bez żadnych utrudnień. Atrakcją był rozświetlony pobliski stadion żużlowy ekstraligowego ROW Rybnik oraz jak się później okazało zawodnicy rykiem motorów zachęcający biegaczy do dynamicznego startu.

Zawody obsługiwał Datasport, dzięki czemu mieliśmy pełen serwis smsowy przed startem (nadanie numeru) oraz z wynikiem za metą. Ach ta zaduma która zawsze pojawia się na twarzach biegaczy obserwujących wyświetlacz montowany na mecie… 

Datasport

Jeszcze słowo o sprawności obsługi w Biurze Zawodów. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero gdy mgr inż. Anioł czyli Tomek odbierał pakiet przyuważyłem jak panie wolontariuszki dwoją się i troją… Widać też stoicki spokój Tomka. 

Biuro szybko

W pakiecie startowym znajdowała się koszulka techniczna z atrakcyjnym księżycowym motywem, którą widać poniżej „na Piotrku”, który towarzyszył nam w w tych zawodach :-)

przedstartem

Na trasie punkty nawodnienia umieszczone były w dwóch miejscach, na każdej 7 kilometrowej pętli. Trasa była dobrze zabezpieczona przez policję, straż pożarną oraz wolontariuszy. Była też jedna mała kurtyna wodna, zawsze to odrobina ulgi dla zroszonego potem biegacza.

Po biegu zjedliśmy pożywną i całkiem smaczną zupę pomidorową z ryżem. Nowość dla nas. Ale… pomidorowa, przynajmniej dobra, jak mawiała mama Adasia Miauczyńskiego :-) Paweł wyraźnie musiał sobie tę scenę przypomnieć, bo chwilę po biegu patrząc na mnie ostrzegał : – Tylko nie mów mi nic o jedzeniu !

https://www.youtube.com/watch?v=_4b1qatfJ_w

„Nic o jedzeniu” bo gdy ja wbiegam na metę, to ostatnie o czym myślę, to jedzenie (a Tomek już w oczekiwaniu zdąży zawsze mocno zgłodnieć… W kwestii pakietu, to był w nim też kupon na posiłek. Tylko gdzie biedny biegacz miał ten kupon przechować w czasie biegu? Przypiąć agrafką do numeru? Spójrzcie jak wyglądał mój kupon po wyjęciu go z pasa biegowego. Ale pożywną zupkę i tak otrzymałem… 

Kupon


Trasa biegu

Jak zwykle w Rybniku trasa okazała się bardzo wymagająca. Jak wspominałem złożona z trzech 7 kilometrowych pętli, z wieloma podbiegami. Pierwszy długi podbieg zaczynał się tuż za startem każdego okrążenia. Później chwilę oddechu w dół, by następnie uliczkami wspinać się na rondo przy ulicy Gliwickiej. Następnie długa prosta w dół, zakończona ostrym skrętem na Rynek.

(źródło - MOSIR Rybnik)

(źródło – MOSIR Rybnik)

Po przebiegnięciu przez Rynek, znów długi, choć niezbyt stromy podbieg, następnie zbieg, a do mety znów lekka góreczka. Oto jak wyglądało to na wykresie wysokości z mojego zegarka.

Rybnik profil trasy

Dodatkowym utrudnieniem tego dnia niewątpliwie była pogoda. Przez całą sobotę żar lał się z nieba, temperatura dochodziła do 35 stopni. I choć w okolicach 22.00, gdy startowaliśmy, ochłodziło się o ponad 10 stopni to i tak było bardzo parno, a w centrum miasta wręcz duszno.

Spotkania

Przed biegiem oczywiście spotkaliśmy wielu naszych znajomych. „Radlinioki w biegu” a więc Sylwia i Darek, Kasia z Krzysztofem (oboje debiutujący w półmaratonie), Iza (tym razem w wymagającej roli cheerleaderki) i Artur. Prócz tego Marcin, Edyta z Grzegorzem. Sylwia i Sławek – iniemaslabych.pl (który też zapewniał doping). 

Startował z nami mój znajomy Piotr, wielokrotny maratończyk, mający za sobą starty w kilkudziesięciu półmaratonach w całej Europie. Podkreślał jako nasz ekspert, że ukształtowanie trasy było niezwykle wymagające.

Również Jarek, który jako pace-maker prowadził biegaczy na czas 1:30 wskazywał w rozmowie z nami po biegu, że trasa była bardzo trudna do równego prowadzenia startujących. To utwierdziło nas w tym, że nie tylko dla nas „amatorów” start w tych zawodach okazał się dużym wyzwaniem, choć również dostarczył wiele satysfakcji.

Doping

Zwłaszcza w okolicach centrum miasta i Rynku kibice głośno dopingowali biegaczy. Ale również na mniejszych uliczkach można było spotkać grupy żywiołowo reagujące na startujących, zachęcające do wysiłku, a czasem również podające wodę.

Ta edycja Półmaratonu Księżycowego miała chyba najlepszy doping z wszystkich „połówek”, w których uczestniczyłem. Bardzo, bardzo wielu mieszkańców (z dziećmi) wyszło na ulice dopingować biegaczy. Z wielką przyjemnością przybijałem „piątki” czy to na Rynku, na którym zawsze doping jest najmocniejszy, czy w okolicach Ronda Gliwickiego, czy na bocznych uliczkach. Radość w dziecięcych oczach – bezcenna – mam nadzieję, że małe rączki wytrzymały dziesiątki klaśnięć o rozpędzone dłonie biegaczy. A propos podawania wody przez kibiców, na rynku, na trzecim okrążeniu uśmiałem się widząc podawaną przez kibica tacę a na niej… kilka plastikowych kubków z piwem! Gdybym skorzystał z jednego z nich pewno aktualnie dobiegałbym gdzieś już do Opola. Nadal w stanie nirwany. 

Start i pierwsza pętla

Mój cel w tym biegu, ustalony kilka tygodni wcześniej, to wynik 1:39:59 :-) Wcześniej, bo w dniu biegu, patrząc na pogodę wątpiłem w możliwość wykręcenia takiego czasu. Chciałem jednak spróbować. Żeby pobiec poniżej 100 minut należało każdą pętlę robić poniżej 33 minut. Pamiętajmy bowiem, że półmaraton to jeszcze te 97 metrów dodane do 21 kilometrów.

Zacząłem dobrze, choć z wysokim tętnem, zapewne spowodowanym temperaturą. Na 3cim kilometrze wyprzedziłem „mojego” pacemakera biegnącego na 1:40. Było ciepło, miałem wrażenie, że wręcz gorąco, na punktach z wodą wylewałem na głowę po 2-3 kubki, byłem więc mokry całkowicie i szukałem lekkich choćby podmuchów wiatru.

Pierwsza pętlę skończyłem w czasie 32:34, a więc zgodnie z planem. Jak później zobaczyłem w wynikach miałem wtedy 254 miejsce.

Ustawiłem się dumnie w okolicach pacemakera prowadzącego grupę na 1:50. Rozważałem wcześniej wszystkie „za” i „przeciw” – pomyślałem, że to może być bardzo sprytny plan na przekroczenie wymarzonego 1:50 po raz drugi. Problemem tylko była duchota – podobna do tej w Bielsku Białej. Pacemaker poniekąd gwarantował równe tempo bez zrywów jak i przyhamowanie na pierwszych kilometrach. Tu trzeba było mądrze podejść do całej odległości, sił musiało wystarczyć do ostatnich metrów. To nie sztuka „wystrzelać się” na pierwszym kółku. Przed samym startem zrobiłem zdjęcie panoramiczne 360′ – w pełni można je docenić na fanpage – do woli można nim kręcić w poziomie i trochę w pionie… 

Panorama przed startem Półmaratonu Księżycowego

Wystartowaliśmy po chóralnym odliczeniu ostatnich sekund do startu. Niestety „mój” pacemaker ustawił się dość daleko od linii startu, przez co pierwsze kilometry to nieustanne lawirowanie wokół wolniejszych biegaczy. Do tego wg mojego zegarka biegliśmy pierwsze kilometry dużo wolniej niż założone tempo (5:13 min/km) więc mieliśmy zrywy. Ale tego nie byłem pewien, bo mój zegarek, gdy się biegło pod drzewami niestety wskazuje zawsze zaniżone tempo. Ot, taka ciekawostka. Po kilku kilometrach sytuacja unormowała się a tempo właściwie ustaliło. Za pacemakerem ciągnęła się grupa biegaczy – dla mnie to nie było komfortowe. Pod koniec pierwszego kółka ustaliłem własne tempo – przyspieszyłem odrobinę i na zbiegach rozpędzałem się, pod górkę kulałem się wolniej – byłem ciekaw czy taka prędkość wystarczy aby zrealizować założony plan. Dosłownie metr przed przewodnikiem był luz. Nie wiem dlaczego wszyscy muszą biec za nim? Ale też dobrze wiedziałem, że to jest bieg „na trzy kółka” po 7km. Nie mam co się rozpędzać – siły ma mi wystarczyć na cały dystans. Z „kółkami” to też śmieszna historia – po starcie przebiegaliśmy wąskimi uliczkami na osiedlu domków jednorodzinnych – słychać było każde słowo dopingujących mieszkańców, jedna pani nie chciała uwierzyć, że jeszcze dwa razy się z nami zobaczy na kolejnych okrążeniach. 

Pierwsze okrążenie to czas 36:10 – 558 miejsce. 


Druga pętla

Podbiegi za drugim razem nie poszły mi już tak dobrze, na blacie miałem ponad 170 uderzeń serca na minutę i czułem, że słabnę. Próbowałem podciągnąć na zbiegu, ale już przed Rynkiem dogonił mnie pierwszy z pacemakerów 1:40. Nie byłem w stanie utrzymać jego tempa. Pojawiło się zwątpienie, a później pewność, że dziś życiówki nie wykręcę.

Drugie 7 km skończyłem w czasie 34:32, a więc 90 sekund ponad plan. Po 14 km minął mnie drugi z „moich” pacemakerów, a chwilę wcześniej zdublował mnie zwycięzca biegu Ukrainiec Sitkovskiy. Spadłem na 290 miejsce.

Tak jak przypuszczałem pod koniec drugiego kółka byłem już słabszy – ale nogi jeszcze trzymały tempo. Wyprzedzałem biegaczy pod górkę, wzorem Tomka. Zjadłem żel, pilnowałem też picia wody – co kilometr łyczek, na wodopojach pół kubka. Byłem dobrze nawodniony. Na środku kółka spotkałem Edytę, która życzyła mi szczęścia w dalszym biegu – powoli ją wyprzedziłem. I pognałem dalej. Kilku szybszych biegaczy minęło mnie – w tym Artur, mąż Izy. Chwilę biegliśmy razem – później on przyspieszył. Ach, no i gdzieś w okolicach 10. km minął mnie zwycięzca biegu – Ukrainiec Oleksandr Sitkowski. Przebiegłem prawie kilometr więcej niż rok temu (do czasu zdublowania). 

Drugie okrążenie – 36:32 – 492 miejsce – czyli jednak wyprzedziłem od startu 66 osób?


Trzecia pętla i finisz

Na trzecie kółko ruszyłem już z myślą, że nic nie muszę. Ile dam radę tyle będzie. „Górki” pokonałem podobnie jak na drugiej pętli, a potem… a potem zaczęło mi się fajnie biec. Ponieważ równo z nami biegli uczestnicy sztafet, po długim odcinku samotnego biegu trafiłem w grupę biegaczy mających w nogach dopiero 3 km. Odzyskałem rytm, chęć biegu, a na ostatnich kilometrach próbowałem przyśpieszać. Wychodziło nieźle, finisz jak na mnie był całkiem ostry. Wyprzedziłem na tej pętli 55 biegaczy i skończyłem z czasem 1:42:23 na 235 miejscu.

Byłem zadowolony. Może nie tyle z czasu, choć to mój drugi wynik w życiu, ale ze świetnej formy w jakiej przybiegłem. Skończyłem bieg z uśmiechem. To były zdecydowanie dobre zawody :-)

Na początku trzeciego kółka rozpoczęły się problemy. Najpierw jednak rozśmieszył mnie wspomniany już kobiecy głos, na jednej z bocznych uliczek, na widok biegaczy zaczął współczuć: „Oni już i tak nie wiedzą gdzie są”. O przepraszam, ja wiedziałem. Byłem na początku najgorszego okrążenia…

Na podbiegu przed rondem zacząłem poprawiać zsuwający się pasek pulsometru, który się oczywiście w tym momencie rozpiął… Na następny bieg domontuję jakieś haftki lub zatrzaski. Musiałem przejść do marszu, żeby go poprawnie zapiąć. A potem to już była walka z własną słabością i skaczącym tętnem. Każdy podbieg dawał mi mocno w kość, walczyłem i przegrywałem przechodząc do marszu, aby znowu zerwać się do nierównej walki. Używałem wszystkich znanych oszustw aby utrzymać nogi w biegu. Na prostej na ulicy Rudzkiej ostatecznie rzuciłem się do walki na ostatnie dwa kilometry. Nogi same mnie poniosły, równo wybijały rytm, ja tylko pilnowałem oddechu. Brakowało mi wytrzymałości, pacemaker już dawno umknął, wraz ze swoim samotnym balonikiem… Ale walczyłem, biegłem i po zakręcie na ostatnim rondzie pognałem do mety. Słyszałem doping, to już były ostatnie metry. Wpadłem na metę widząc na wyświetlaczu czas ponad 1:52. I zatrzymałem stoper. 484 miejsce. Czas 1:51:06. Czyli na tym okrążeniu jeszcze wyprzedziłem 8 biegaczy! Spodziewałem się gorszego czasu, dużo gorszego. Ale jakie on miał znaczenie? Przecież walczyłem… I był to mój drugi najlepszy czas z wszystkich przebiegniętych półmaratonów. 

Pełne wyniki możecie sprawdzić pod tym linkiem.


Podsumowanie

Niech Was nie zmyli zdjęcie poniżej. Co prawda jedynie Piotr wygląda na nim w miarę normalnie, a oczy Pawła i moje sugerują jakbyśmy byli bliscy przeistoczenia w zombie, to tak naprawdę czuliśmy się całkiem nieźle, co potwierdzają widoczne na paszczach uśmiechy :-)

po biegu

To był dobry dzień ! Nie zapominajmy, że kilka godzin przed startem prawie cała Polska kibicowała biało-czerwonym w zwycięskim meczu ze Szwajcarią. Niektórzy świętowali to zwycięstwo przy piwie, a inni uczcili je na biegowej trasie :-)

Nie wiem czy zwróciłeś uwagę na to, co się działo podczas biegu, bo wciąż jeszcze trwał mecz Portugalia-Chorwacja, którego wynik nas interesował – wskazywał z kim zagramy następny mecz. Przez pierwsze dwa kółka kibice wzdłuż trasy podawali informację, że „mecz wciąż trwa – 0:0”. Ale na ostatnim kółku już było wiadomo, że to Portugalia. Na skrzyżowaniu ul. Rudzkiej i Kotucza stał postawny policjant i powtarzał biegnącym: „Portugalia…. Portugalia… Portugalia…”.  

A bieg? Bieg był swoistym rybnickim świętem biegania. Dzięki zmianie trasy i miejsca startu zyskaliśmy dużo więcej miejsca, do tego organizatorzy stworzyli swoiste miasteczko biegowe – to był świetny pomysł. Do tego nie było najmniejszego problemu z parkowaniem, okolica obfitowała w parkingi przy trzech dużych supermarketach.

Tak więc organizacja była na najwyższym poziomie – serdecznie dziękujemy wszystkim, dzięki którym mogliśmy się cieszyć biegiem – wolontariuszkom i wolontariuszom, organizatorom, sponsorom, służbom zabezpieczającym bieg. Dziękujemy! 


Tym startem w VII Rybnickim Półmaratonie Księżycowym zakończyliśmy połowę naszego sezonu. Wszystko zgodnie z ułożonym w grudniu zeszłego roku planem. Wiele wspólnych świetnych biegów. I wciąż nam się chce, wciąż planujemy nowe i z pewnością, choć nasze wyniki są coraz lepsze, jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa ! :-)

Tak, to był bardzo dobry, choć wyczerpujący bieg. Trudno się zawsze pożegnać z imprezą biegową – ale tak jak Tomek napisał, czekamy na kolejne ciekawe biegi. Póki co czas na odrobinę wakacyjnej regeneracji. Więc widoki baloników powiewających za pędzącymi pacemakerami przejdą chwilowo w odstawkę… 

Baloniki


 

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

17 komentarzy

  1. BasiaK pisze:

    Gratuluję. Idziecie jak burza. I ciągle zazdroszczę, że macie siebie. :-) Wspaniała sprawa mieć takiego kompana do biegów.
    Bieg w nocy? Popieram. W końcu ja od takiego zaczęłam.:-) Chodzi mi już po głowie następny,ale najpierw musi pochodzić po nogach. ;-) Bo za mało ostatnio biegam. Choć przyznam, że mimo to, spadku formy nie odnotowałam. Pamiętam jeszcze jak się biega. ;-)
    Ale co ja tu o sobie. Wspaniały bieg, jak zwykle swietna relacja. Brawo chłopaki!
    Ps. Trochę mnie dziś zmyliliście kolorami tekstu. Zawsze było odwrotnie. :-D Ale spokojnie. Ogarnęłam kto jest kim. :-P
    Jeszcze raz gratuluję. :-)

    • mgr inż. Anioł pisze:

      :-) z tą zmianą koloru to takie ćwiczenie umysłowe dla czytających :-) no i Paweł bardzo nie chciał zawsze być czarnym (charakterem) w relacjach :-)
      Dziekuję i pozdrawiam !

  2. Blogierka pisze:

    Szacun panowie!! :D
    A teraz kilka zagadnień:
    1.czemu nie biegliście w księżycowych koszulkach? :P
    2.Pawel- ja po biegu mam tak zmiksowany żołądek ze nie ma opcji myśleć o żarciu :)
    3.Podziwiam za podejście: w ile minut co itp. Ja marzyłabym tylko żeby doczłapać sie do mety :P
    4.Czemu te biegi odbywają sie w najgorszym dla czlowieka okresie- tj.podczas upałów? :P

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Odpowiem na polowe pytan :)
      1. Zdecydowanie wole swoja, dopasowana, nieobcierajaca koszulke :) w moim przypadku jeszcze duzo lzejsza i bardzo przewiewna. Za duze ryzyko biec w nieznanej wczesniej koszulce :)
      4. Organizuja caly rok, wiec i w upaly. Choc w lipcu np biegow jest troche mniej. Na szczescie i tak ze to byla 22:00 :)

    • Bookworm pisze:

      Co do 2. to pewno kwestia wytrenowania żołądka, mój póki co się „stawia”.
      3. No wiesz, pod koniec dystansu to ja już też marzyłem o mecie ale gdzieś tam udało się przyspieszyć :)
      Jeszcze w temacie 4. to narzekać możemy na wszystko a to kwestia przyzwyczajenia do temperatur, choć w tych ekstremalnych to i najlepsi amatorzy odpuszczają – zerknij sobie do relacji Marka z biegu w Czechach – tam się dopiero działo: http://drogadotokio.pl/2016/06/29/mattoni-olomouc-half-marathon-2016-25-06-2016-r/

  3. Jacek Banyś pisze:

    Te baloniki na zdjęciu powyżej jeszcze jakiś czas będą mi się śniły- właśnie te 1:35. „Uciekły” mi na podbiegu rozpoczynającym trzecią rundę

  4. Piotr Stanek pisze:

    Gratulacje Pawle za dobry bieg na wymagającej trasie! I dla Tomka także :)
    Rybnik lubi, jak widzę, zmiany i podbiegi – to dobrze.
    A i fajna bardzo koszulka, przynajmniej patrząc na jej wygląd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.