Bieganie, Relacje

Wizzair Katowice Half Marathon 2018 – relacja

Wizz air Katowice Half Marathon relacja z trasy

5 kwietnia 2018 roku Wizz Air ogłosił w Katowicach, że został sponsorem tytularnym 1st  Wizz Air Katowice Half Marathon – a co za tym idzie, biegacze mogli rozpocząć zapisywać się na to biegowe wydarzenie.

Kto poszperał głębiej mógł dowiedzieć się z materiałów oficjalnych:

Linia  Wizz Air jest już sponsorem tytularnym kilku innych wydarzeń biegowych w swoich bazach w Europie. Wizz Air Budapest Half Marathon, Wizz Air Debrecen Airport Run, Wizz Air Kyiv City Marathon, Wizz Air Cluj-Napoca Marathon, Wizz Air Sofia Marathon i Wizz Air Skopje Marathon to imprezy, które cieszą się popularnością zarówno wśród biegaczy, jak i turystów.

Nowy bieg zawsze jest pewną niewiadomą, zawsze warto wziąć udział w zawodach, które debiutują na mapie biegowej kraju. Tu organizatorzy ruszyli pełną parą do przygotowań – przejrzyste zasady zapisów (jak przy rezerwacji biletów lotniczych – rosnąca stawka, zgodnie z wyczerpywaną pulą tańszych miejsc startowych), rozmach, reklamy – z wielką ciekawością zapisałem się, Tomasz uczynił to przede mną. Wpisowe to całe 39zł, a w pakiecie voucher na przelot za kwotę 20 euro, to unikalna oferta, nieprawdaż?

Miałem porachunki z dystansem półmaratońskim, mój start w Dąbrowie Górniczej nie wyszedł po mojej myśli, teraz bardzo chciałem poprawić mój życiowy rezultat: 1:47:35 osiągnięty w 2016. roku na mecie w Rudzie Śląskiej. Tyle tylko, że Rudę biegliśmy podczas niezwykle chłodnej, wręcz rześkiej nocy, a Katowice miały być skąpane w niemal afrykańskim (kenijskim?) słońcu.

To wymarzona pogoda dla Tomasza, który jest oswojony z upałami i nieczuły na warunki zewnętrzne – ja jednak – niczym kierowcy teamu Williams mający wieczne problemy z temperaturą opon – mam bardzo wąskie okienko skutecznego biegania. 10-15’C jest ideałem. 30’C to stanowczo zbyt ciepło.

Ale trenowałem przecież mocno, bardzo mocno. Tak bardzo, że zacząłem zdradzać pewną odporność na temperaturę otocznia…

Paweł ciut przesadził, pisząc że to dla mnie pogoda wymarzona. Mam w pamięci upalny wiedeński maraton z kwietnia, gdzie pogoda mocno dała mi się we znaki. Faktem jednak jest, że ostatnio potrenowałem trochę w górach w dość ciepłe dni, żeby jak najlepiej przygotować się startu w Ultramaratonie górskim Visegrad, który czeka mnie już tydzień po katowickich zawodach.  Start w półmaratonie traktowałem więc trochę jak ostatni mocny trening, przed tamtym docelowym w czerwcu startem.

Trasa Wizz Air Katowice Half Marathon

Organizatorzy zakręcili trasę biegu przez centrum Katowic, start i meta pod Spodkiem, później kluczenie przez centrum miasta, podbieg pod lotnisko, Dolina Trzech Stawów – zwieńczenie biegu to podbieg ulicą Korfantego pod Pętlę Słoneczną, nawrotka i zapowiadana meta pod Spodkiem. Trasa trudna i wymagająca. Za to bogata w punkty z wodą, izotonikiem i dla mnie ciekawa, przywołująca studenckie wspomnienia.

Przez pięć lat mieszkałem na ulicy Grabowej w Katowicach, tuż przy Pętli Słonecznej, prawie codziennie oglądałem sporą część trasy zza okien tramwaju lub po prostu idąc na piechotę.

Zerknijcie na ciekawą wizualizację trasy:

Ja w Katowicach biegłem już wiele razy, między innymi w Silesia Maratonie, dwukrotnie w półmaratonie, w biegach Korfantego czy Business Run. I tak sobie myślę, że jakby tej trasy w centrum nie poprowadzić, zawsze będą na niej podbiegi. Z drugiej strony poprowadzenie jej przez Trzy Stawy zawsze sprawia, że trasa jest ciekawa i urozmaicona.

Dzielna załoga Bookwormobila

Do Katowic tym razem jechać miałem ja, Bookwormobilem,  rolę pierwszego pilota na pokładzie objął Tomasz, na tylnych siedzeniach odważył się zasiąść Mariusz, dla którego to miał być debiut w półmaratonie oraz Wiesław, mieszkaniec Pszowa – debiutant na zawodach w ogóle. Tworzyliśmy więc mieszankę biegaczy doświadczonych i tych spragnionych nowych biegowych doznań półmaratońskich.

Bardzo starałem się wywołać na pokładzie panikę moimi głupimi żartami, niestety nikt na to się nie chciał nabrać – olimpijski spokój Tomasza upewniał załogantów, że nie można wykluczyć, że dotrzemy do celu bezpiecznie, nawet ze zwariowanym Bookwormem za kierownicą. To wszystko pewno przez emocje przedbiegowe.

No i dotarliśmy. Mieliśmy pobiec pod hasłem: „Biegniemy przez serce Śląska” – taki widok w pełni oddawał duszę Katowic.

Biegniemy przez Serce Śląska Wizz air Katowice Half Marathon

Nawet wywieszono flagi na naszą cześć!

Wizz air Katowice Half Marathon - flagi i biegniemy przez serce śląska

Biuro zawodów

biuro zawodów płyta lodowiska Wizz air Katowice Half Marathon

Zostaliśmy obsłużeni bardzo szybko i sprawnie. Chwała organizatorom, że biuro było czynne aż do godziny 9.30, czyli aż na pół godziny przed startem.

Odebraliśmy kolejno numer startowy z czipem,

Wizz air Katowice Half Marathon odbieranie numerów pakiet (a w nim voucher na 20 euro, izotonik oraz makulatura)

odbiór pakietów Wizz air Katowice Half Marathonno i biegową koszulkę. Chwilka postoju w kolejce do depozytu i mogliśmy udać się na rozgrzewkę, korzystając uprzednio z toi-toiów – cały rząd takowych stał w centralnym miejscu przed Spodkiem, było też gdzie umyć ręce – pełen profesjonalizm.

Rozgrzewając się zapoznaliśmy się z podbiegiem na ulicy Korfantego – niby nic, a wiedzieliśmy że te kilkaset metrów da nam bardzo mocno popalić na ostatnim kilometrze trasy. Jak widać na zdjęciu, nie tylko my żywiliśmy pewne obawy związane z tym wycinkiem trasy.

podibeg na Korfantego Wizz air Katowice Half Marathon

Z góry to wyglądało optymistyczniej:

Wizz air Katowice Half Marathon podbieg na Korfantego

Wymodlone chmurki i pacemakerzy

Nareszcie udało nam się spotkać z Leszkiem, przyjacielem z czasu studiów. Gadać moglibyśmy aż do samego startu (i pewno dłużej), rozmawialiśmy telefonicznie jeszcze w sobotę przedstartową martwiąc się pogodą w niedzielę. W okolicach Rybnika i Żor było ulewnie, w Siemianowicach i Katowicach deszczu nie było.


Leszek kładąc spać swoją pięcioletnią córkę, poprosił ją, żeby pomodliła się do aniołków o chmurki dla tatusia na dzień następny. Ku swojemu zdziwieniu rano okazało się, że spadł deszcz, a na niebie faktycznie są chmurki.

„Tatusiu, tak może być?”


Bardzo miło było spotkać Marka prowadzącego blog Droga do Tokio, Marek wraz z Karoliną podjął się trudnej roli pacemakera biegnącego na czas 1:50. Jeszcze uśmiech nie schodził im z twarzy.

Karolina i Marek pacemakerzy na 1:45 Wizz air Katowice Half Marathon

A tu synchronizacja zegarków przed startem, to zdjęcie oddaje dobrze grozę rynsztunku dźwiganego przez pacemakerów na plecach. Czy muszę dodawać, że już na tym zdjęciu widać, że z obiecanych chmurek wiele nie zostało?

Pacemakerzy Karolina i Marek Wizz air Katowice Half Marathon

To jeszcze wspólna fotka przedstartowa:

My przed wizz air katowice half marathon

Start i tempo docelowe

Miałem biec z tempem 4:55min/km, w przypadku upału miałem plan B – zwolnić do tempa 5’00 min/km. Był jeszcze plan C, o którym oczywiście nie chciałem myśleć. Celowałem w rozprawienie się z życiówką ustanowioną w Rudzie Śląskiej dwa lata temu, podczas nocnego półmaratonu.

na starcie Wizz air Katowice Half Marathon

Ustawiłem się mocno z przodu, przede mną była ekipa mocno narzekająca na kolejki do depozytu i ogólną organizację. Czyżbyśmy uczestniczyli w dwóch różnych biegach?

quad przed startem Wizz air Katowice Half Marathon

Wystartowaliśmy – o dziwo bez tradycyjnego odliczania i (ja osobiście) wystrzału startera nie słyszałem.

Zaczęło się tradycyjnie to, co przy startach ma miejsce – próba wyprzedzenia tych, którzy z sobie tylko znanych przyczyn ustawili się z przodu, choć nie zamierzali biec szybko. Konwersujące dwójki i trójki biegaczy w tempie spacerowym irytowały, wzruszył mnie wręcz do głębi biegacz, który po kilkuset metrach zerknął na zegarek i stwierdził, że teraz może już zwolnić i… przeszedł do marszu. No jasny szlag…. Kolejny unik, zygzak i próba nabrania tempa.

To o czym pisze Paweł naprawdę potrafi wkurzyć. Ludzie! Nie ustawiajcie się z przodu, jeśli nie umiecie biec tempem czołówki. To jak jakbym ja się ustawił przed Kenijczykami, po to by przez chwilę cieszyć się tym, że jestem przed nimi. Niestety, wielu nie rozumie chyba, że ich czas i tak będzie liczony netto, więc spokojnie mogą rozpoczynać bieg wśród osób biegnących „ich” tempem.

Moim docelowym miało być 4’30 – 4’35. Na życiówkę nie liczyłem w tej pogodzie. Chciałem po prostu pobiec dobrze, znaleźć się w pierwszych 10 % biegaczy i co najważniejsze być w gazie na końcu.

Na starcie wyrwałem jak dziki. Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:04 i zaraz się zorientowałem, że tym tempem nie dotrwam nawet do 5 km i zwolniłem w okolice 4’25, póki jeszcze nie było podbiegów.

Bieg w grupie na 1’45

Po kilkuminutowej ekwilibrystyce dobiłem do grupy przewodzonej przez Pawła i Przemka – pacemakerów na czas 1’45. I postanowiłem przy tej grupie zakotwiczyć. Mój GPS w otoczeniu wysokich budynków szalał, po każdym zakręcie trasy zmieniał tempo, postanowiłem zaufać biegaczom lepszym niż ja. Tempo było bardzo, bardzo rwane, wykorzystywaliśmy zbiegi do maksimum (tempo sięgało 4’35min/km) by zwalniać na podbiegach.

Bieg w grupie ma niestety też wady – zwarta grupa biegaczy „czyści” natychmiast punkty z wodą, jeśli się biegnie dwa kroki za grupą to trafia się na pobojowisko, grupa również zabiera życiodajne powiewy chłodniejszego powietrza – na trasę wyszło słońce, miejscami było bardzo parno, bardzo duszno – biegło się coraz trudniej.

Grupa jednak też współpracuje, podaje informacje i butle z wodą – po jednym z punktów podawaliśmy sobie z rąk do rąk dużą butlę wody, którą po kolei polewaliśmy się chłodząc.

Za jednym z wodopojów zdziwił nas widok biegacza biegnącego pod prąd po chodniku. Mijał (chyba?) siódmy kilometr a on zorientował się, że biegnie w grupie półmaratońskiej, tymczasem on startował w biegu na 10km!

W głowie kołatały coraz mocniej defetystyczne myśli: nie dam rady, muszę zwolnić, ten podbieg mnie wykończy – każdy biegacz dobrze wie, co w umyśle podczas biegu się dzieje. Dobrze psychicznie przygotował mnie trener Kamil, który w sobotę wbił mi do  głowy, że mam pobiec mocno, że nie ma to być lekki bieg, tylko najtrudniejszy bieg w moim życiu. Ha, on o walce coś wie, w końcu jest wicemistrzem Polski na 100km a w Rzeźniku spoglądał na innych biegaczy z drugiego stopnia podium…

Walczyłem dzielnie, ale podbiegi w dolinie Trzech Stawów wybijały mnie z rytmu. Grupa biegaczy powoli wykruszała się, pacemakerzy biegli jak roboty utrzymując tempo. Jeden ze stromych podbiegów spowolnił mnie do marszu – oj jak mocno odczułem wtedy jak bardzo jestem już zmęczony. A gdzie tam meta? Wróciłem do biegu, niestety coraz wolniejszego… , pomimo kubków wody wylewanych na głowę i na plecy żar wysysał ochotę do biegu. W parku na trawie biesiadowały i odpoczywały całe rodziny, ciekawie przyglądając się biegaczom – nie pasowaliśmy tu z naszym wysiłkiem, potem, zmęczeniem.

U mnie nie było tak ciekawie. Młóciłem równo, na podbiegach ciut wolniej, na płaskim zgodnie z planem. Myśli uciekały mi poza bieg. W moich okolicach było mało biegaczy. Momentami między mną, a kolejnymi było 20 m wolnego. Dobre to było przy punktach z wodą, bo bez przepychania mogłem złowić dwa kubeczki na każdym z nich. Na 10 km miałem czas 45:06. Jak na ten upał całkiem nieźle. Momentami było naprawdę gorąco.

Czas na plan C

Przed wodopojem w okolicach 12. kilometra wyciągnąłem żel, zwolniłem, spokojnie wyssałem zawartość opakowania, nawodniłem się i wróciłem do truchtu. Miałem wrażenie, że bieg się dla mnie skończył. W głowie już poddałem się, pożegnałem z życiówką, chciałem jeszcze tylko uciec Markowi prowadzącemu grupę na 1:50. Bo śladu po „mojej” grupie to już nie było.

Pomiędzy drzewami tempo na zegarku skakało, raz okolice 5’30min/km, raz 5’10 – może nie wszystko było jeszcze stracone? Wyprzedzaliśmy się wzajemnie z kilkoma biegaczami, wyprzedzaliśmy tych, którzy zrezygnowani maszerowali. O nie, nic mnie nie zmusi już do marszu – wróciłem do walki, pytanie tylko o co…

Dróżka parkowa otwarła się, trafiliśmy na dłuższy zbieg, owiał nas chłodny wiatr – „kilometr za darmo” skomentował ktoś. Nogi mnie niosły, pragnienie nie dokuczało, żołądek nawet nie przeszkadzał w biegu. Kilometry mijały, z tego co pamiętałem z profilu trasy, to pozostał nam już tylko podbieg pod Pętlę Słoneczną.

Nieco później niż Paweł, bo dopiero na 15 km połknąłem jedyny żel energetyczny jaki wziąłem ze sobą. To był dobry pomysł. Końcówka zdecydowanie mi wyszła. Ostatnie pięć kilometrów przebiegłem znów w okolicach tempa 4’30. Wyprzedzałem wielu biegaczy. To bardzo napędza, gdy się widzi, że mijani są bardziej zmęczeni niż ja.

Nie popadałem jednak w entuzjazm. Na życiówkę nie było już szans. Ale wciąż mogłem sobie udowodnić, że forma przed ultramaratonem jest dobra i że upał nie osłabia mnie jakoś bardzo.

Diabelski finisz

Na ostatnim podbiegu pod Pętlę Słoneczną podbiegałem sam. Kilkanaście metrów za mną była grupa biegaczy. Moim celem było nie dać się dogonić. W pewnym momencie z tej grupy wyrwał się jeden zawodnik, dołożył do pieca i wyprzedził mnie pod górkę. Coś mi jednak mówiło, że wkrótce za to zapłaci i że na zbiegu go dogonię.

Na pętli chłopaki ze SklepuBiegacza podawali nam ostatnie tego dnia kubki z wodą. Zaczął się finisz lekko z górki. Rozpędzałem się. Mijałem kolejne osobym, te z półmaratonu i ze sztafet, w tym tego gościa z podbiegu. Ostatnie 300 m poszedłem na całość. Co widać na poniższym zdjęciu.

fot. FestiwalBiegów

Skończyłem z wynikiem 1:38:08. Wynik nie był rewelacyjny jako taki, ale w tych warunkach okazał się dobry. Dał mi 138 miejsce na 1,5 tys. biegaczy i 34 miejsce w kategorii M40. Co jednak najważniejsze – tętno średnie 164. Na mecie czułem się świetnie i po wypiciu wody poszedłem na trasę kibicować kolegom.

Przebiegłem przez rynek, otwarła się długa prosta. Zerknąłem na zegarek, na ekran z szacunkowym czasem ukończenia biegu. 1:46?! Wciąż jest szansa na życiówkę?

Dostałem skrzydeł, jęczałem, ale biegłem coraz szybciej – nogi mnie niosły. Na początku podbiegu pojawił się Tomasz krzycząc, że ten podbieg wcale nie jest taki zły…

Jeszcze przyspieszyłem do granic niemożliwości… Sekundy rozciągały się jak stopiony słońcem asfalt przyklejony do kół ciężarówki… Podbieg wydawał się nie mieć końca… Nie odpuszczałem, bo na zegarku aproksymacja czasu wciąż była w zakresie 1:47:30 i nie chciała zejść niżej… To co mnie dobijało to świadomość, że jeżeli na Pętli Słonecznej trasa prowadzi dalszym nawrotem, to znowu będzie pod górkę… Ale nie, to był bliższy nawrót – ominąłem punkt wodny wystawiony przez Sklep Biegacza i rozpocząłem sprint w kierunku widocznej w oddali mety… Tak to wyglądało przed startem od wysokości świateł…

Podbieg na Korfantego Wizz air Katowice Half Marathon

Najdłuższe metry całego półmaratonu… Pracowałem rękami, przedzierałem się przez rozgrzane powietrze z furią gnając w kierunku upragnionego końca katuszy. Minąłem linię mety, zatrzymałem zegarek – tyle tylko, że nie byłem w stanie na niego ze zmęczenia spojrzeć… Podniosłem głowę – odebrałem zwinięty medal – zabrałem wodę i poszedłem w kierunku cienia pod Spodkiem…

Miałem życiówkę, którą wyszarpałem na ostatnim kilometrze – to mógł być rząd kilku – kilkunastu sekund…

To był dobry bieg…

Powoli odzyskiwałem jasność widzenia, tętno wracało w swój bazowy zakres. Przyszedł Tomasz, ocenił, że wyglądam dużo lepiej niż mi się wydaje, że wyglądam – stopień skomplikowania tego twierdzenia przez chwilę poniewierał moim umysłem, ale przyznałem mu rację.

Poszliśmy do depozytu odebrać nasze pakiety, po drodze udało nam się obrabować wózek z izotonikami, których nie było na mecie. Przypominało to atak grasantów – po kilku sekundach wolontariusz już nie miał z czym jechać na metę…

Docierało do mnie, a przybycie smsa z wynikiem utwierdziło, że mam nowy rekord na dystansie półmaratońskim – 1:47:24 wywalczony na trudnej trasie i w upale.  Byłem 327. biegaczem przekraczającym linię mety, na połowie dystansu byłem 355, więc po drodze wyprzedziłem jeszcze 28 biegaczy.

Na metę po kolei dobiegała „nasza” ekipa: Tomasz Sch. kilka minut za mną, później Mariusz, który w debiucie zmieścił się w dwóch godzinach, następnie Wiesław, który całą trasę, poza ostatnim podbiegiem, przebiegł – jak na pierwsze zawody, w których brał udział – świetny styl i świetny czas na mecie. Szkoda tylko, że na mecie zabrakło dla niego medalu, który zostanie dosłany pocztą.

Humory dopisywały!

Po kwadransie pakowaliśmy się na pokład Bookwormobilu, by w dobrych humorach, dyskutując na tematy biegowe, dotrzeć do Żor i do Pszowa.

Dzień po powrocie rozpoczęło się przeszukiwanie i oznaczanie się na Facebooku w przebogatych galeriach pobiegowych na profilu organizatora.

Wyniki można przejrzeć na stronie serwisu Domtel.

Podsumowanie i ocena Wizz Air Katowice Half Marathon

Na mapie biegowej Śląska zadebiutował kolejny półmaraton z ciekawie poprowadzoną przez centrum trudną trasą. Złapanie 21km bez wypuszczania biegaczy poza Katowice nie było proste.

Z mojego punktu widzenia organizacja była świetna, choć może nieperfekcyjna. Osobiście naprawdę nie mam na co narzekać, dostęp do wody był częsty i obfity (nie pamiętam żadnego innego półmaratonu – poza raciborskim – z tak częstymi punktami wodnymi), choć nie zawsze terminowo nalanej, nawet trafiłem na dostępne banany i owoce (a to przy moim tempie rzadko jest mi dane doświadczyć).

Cieszyły dwie kurtyny wodne, choć mogłoby być ich więcej.

Bardzo pomocna była obecność pacemakerów – kłaniam się im nisko i dziękuję za sprawne prowadzenie aż do połowy trasy, potem sił już mi nie starczyło na dalszą pogoń.

Wiem też, że organizatorzy na bieżąco odpisywali na pytania – sam pytałem o kwestie możliwego upoważnienia kogoś do odbioru pakietu – odpowiedź otrzymałem tuż przed godziną siódmą rano, wraz z informacją o uaktualnieniu FAQ na stronie organizacyjnej.

Czy wystartuję w Wizz Air Katowice Half Marathon za rok? Myślę, że tak – tym bardziej, że organizator bierze mocno do siebie wszystkie krytyczne uwagi, na pewno kolejna edycja wykluczy „błędy wieku dziecięcego” tej fajnej biegowej imprezy. Coś wspomniano o możliwej nocnej porze startu – to byłby naprawdę strzał w dziesiątkę, Katowice nocą są piękne i nie tak bardzo nasłonecznione – dlaczego więc nie pobiec nocą?

Ja bardzo pozytywnie oceniam bieg. Nie spotkałem się z problemami organizacyjnymi. Czytając niektórych wylewających żale miałem wrażenie, że winią organizatorów za to, że sami nie radzili sobie w tych warunkach pogodowych.  Uważam, że wielu biegnących nie było przygotowanych na taką temperaturę. A skoro zdecydowali się biec, to muszą się liczyć z konsekwencjami. Jeśli wiem, że umieram po 2 km bez wody to biorę ze sobą np. bidon.

Ze swojej strony dziękuję za fajne zawody i na pewno powrócę za rok, jeśli w tym czasie nie będę biegł jakiegoś maratonu.

A za tydzień obiecuję relację z biegu Visegrad Ultra.


 

 

8 Comments

  1. eM

    Jeśli wiem, że umieram po 2 km bez wody to biorę ze sobą np. bidon.

    owszem, nie na biegu gdzie masz zagwarantowane nawadnianie
    ja brałam ze sobą butelkę izo i tylko to mnie uratowało na punktach, na których zabrakło wody

    nie mówię o medalach, bo to nie jest podstawa biegu, ale zabezpieczenie go to już podstawą jest, a tego zabrakło- na mecie nie było nikogo po tym jak medale się skończyły, a zawsze ktoś od organizatora i ratownik powinni tam być!

  2. MC Runner

    Cześć witam
    Też biegłem tą połóweczkę , jednak prognozy pogody skutecznie odstraszyły mnie by walczyć o jakieś dobre czasy…
    Jak dla mnie za mało kurtyn wodnych ….. Na stronie organizatora przeczytałem wcześniej że będą 4 , tymczasem pierwsza była na 18km, a druga na 20km ….hmmm to małe nieporozumienie…
    W upalne dni biegam zawsze z pulsometrem … można kontrolować organizm , by nie skończyć w pozycji leżącej gdzieś w cieniu na trasie lub jakiejś karetce :)
    Pogoda tego dnia nie dość że upalna to strasznie parno . Kilka osób zasłabło na samej trasie lub bezpośrednio po biegu…
    Także szacun dla Was że tak pogoniliście … ja dobiegłem około 1:53 zmęczony jak po maratonie…pozdrawiam

  3. Ja was podziwiam za Aleję Korfantego, bo jak widzę ją normalnie to średnio wyobrażam sobie bieganie nią. A jeszcze przy temperaturach, jakie mamy ostatnio… No i gratuluję tempa :)

    • Dziękujemy :)
      To po prostu kwestia wytrenowania, jednej kurtyny wodnej strategicznie umieszczonej i pędu po życiówkę… Naprawdę nie było najgorzej, gdyby niebo było bezchmurne by trup padał zdecydowanie gęściej – szczególnie na tym podbiegu…

  4. Fantastyczna relacja. Dla mnie to był pierwszy w życiu strat w zawodach biegowych. Co prawda na razie na 10km, ale może w przyszłości doczłapiemy do połówki
    Odnośnie Waszych uwag, mam te same spostrzeżenia. Ci narzekacze to chyba faktycznie próbują przerzucić winę za swoje „nie dałem rady” na organizatorów. Afera o medale? Przecież już po kilku minutach było ogłoszenie, że każdy otrzyma pocztą – biegamy dla siebie czy dla kawałka metalu na mecie??? Ale nieważne. Na pewno będę śledził tego bloga

    • Gratuluję! Tak się to właśnie zaczyna – najpierw dyszka, a później apetyt na coś dłuższego… Połówki są fajne, bo biegnie się na niższym tętnie i jakoś tak więcej przeżyć jest :) Powodzenia w następnych startach!

  5. Niesamowite są te Wasze relacje! Zmachałam się od samego czytania :D

    • Dzięki! A robiliśmy co w naszej mocy, żeby jednak się zmęczyć tak, żeby czytelnik już nie musiał ;)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén