XI Bieg Barbórkowy w Rybniku – relacja


XI Bieg Barbórkowy w Rybniku był dla mnie szczególny. Równo rok temu, pełen tremy, stanąłem po raz pierwszy na linii startu. Wszystko dla mnie było nowe. Od wizyty w biurze zawodów, poprzez mocowanie numeru, aż po to czy będę potrafił się „zachować” podczas biegu. Przeczytałem oczywiście cały internet, ale gdy się staje po raz pierwszy w tłumie „profesjonalnych” biegaczy, wie się, że się niczego nie wie.

Jak to się skończyło rok temu – możecie przeczytać w mojej ubiegłorocznej relacji.

Finisz X bieg barbórkowy w Rybniku

A jak było w tym roku?


Obawy

Do XI Biegu Barbórkowego nie byłem tak przygotowany, jakbym chciał. Poprzedzające tygodnie absolutnie nie sprzyjały bieganiu – w powietrzu zalegały czarne warstwy smogu. Człowiek wychodził na chwilę na zewnątrz i czuł się jak w wędzarniku. Ograniczyłem bieganie do niedzielnych, leśnych wybiegań i podbiegów. Trudno, wciąganie do płuc tablicy Mendelejewa w ramach treningu przedstartowego nie bardzo mnie interesowało.

Na całe szczęście w dzień startu przejaśniło się, za to zaczął wiać intensywnie wiatr. Dobra nasza, trzeba widzieć pozytywy. Wiatr przegna smog – no i rzeczywiście. Niezawodna aplikacja Smok Smog informowała:

Smok smog

Kiedyś sprawdziłem o ile wiatr mnie spowalnia – 15-20 sek/1km. W przeliczeniu na 10 km był to dodatek trzech minut. Coś za coś.

Stając na linii startu obawiałem się tego czy nie przybiegnę w gorszym czasie niż rok temu!

Przed startem

Zaparkowałem w tym samym miejscu, co rok temu. Miałem tak silne deja vu, że zacząłem rozglądać się za tym samym koneserem jabola, z którym ostatnio dyskutowałem o bieganiu. Nie było go, poszedłem więc odebrać pakiet startowy. Miłe Mikołajki szybko i sprawnie przekazały numer, opaskę odblaskową i czip do przytwierdzenia do buta. Po raz pierwszy dostałem takie „ustrojstwo”.

czip

Numer bardzo porządnie czymś podklejony (zawsze obawiam się czy agrafki nie porwą go w czasie biegu), no a czip jest zwrotny – pewno ten mechanizm obniża koszty organizacyjne.

numerek

Po podpisaniu odbioru pakietu obróciłem się i … błysnęło mi przed oczyma. Darek z Radlinioków w biegu przetestował fleszem mój refleks. Na całe szczęście rozmazałem się i nie opublikuję zdjęcia. O Radliniokach… będzie we wpisie dużo więcej.

Mgr inż. Anioł również odebrał pakiet. To co, też mu błysnąłem fleszem…

odbiorW drodze do samochodu odkryliśmy jeszcze przedziwne metalowe występy wystające z krawężników.

cotojest

Idealne do konkretnego gwizdnięcia się w mały palec u nogi. Ktoś wie do czego służą? Czyżby do kotwienia pojazdów niepokornie zaparkowanych na chodniku?

cotojest2

Już prawie startujemy

Po rozgrzewce ruszyliśmy w kierunku startu. Ale moment. Mamy jeszcze 7 minut do startu – cofnijmy się te 100 metrów.

czasstartu

Czy pisałem już coś o tym, że co chwilę miałem „deja vu”? Rzućcie okiem na to zdjęcie anno domini 2015:

startowo

A teraz popatrzcie poniżej. 2014 rok – jak tu nie mieć wspomnianego „deja vu”?

X bieg barbórkowy w Rybniku

X Bieg Barbórkowy w Rybniku – to było równo rok temu!

Po drodze uścisnąłem dłoń Piotra Masłowskiego, wiceprezydenta Rybnika, tym razem niestety nie wziął udziału w biegu, a szkoda, bo to przecież zacny biegacz. Kawałek dalej Arek Skowron – dyrektor Bushido w Rybniku – podnosił za pomocą cukierków poziom cukru we krwi – to się nazywa troska o biegaczy.

ArekSkowron

Przed linią startu dorwała mnie zacna ekipa Radlinioków w biegu. Sylwia, Iza, Artur, Darek, Krzysztofy dwa i Damian.

Razem

Uważni znajdą również mgr. inż. Anioła. Przed samym startem wypatrzyła mnie Edyta, szkoda, że nie zdążyliśmy się też wspólnie na fotce zaobecnić, tak samo jak z Łukaszem.

gotowi

Odliczyliśmy przedstartowo, padł strzał.

Bieg

Założyłem sobie przed startem, że spróbuję trzymać się Sylwii. Miała pobiec „lajtowo” i spokojnie, postanowiłem zaryzykować i pobiec wraz z nią. Dodatkową motywacją był fakt, że jej mąż – Darek – podjął się roli biegnącego fotografa. To bym miał fotki, że hej. Darek biega tak szybko, że powinien dla urozmaicenia wprowadzić nową kategorię swoich wyników – biegi przebiegnięte tyłem. A Sylwia? Dwa dni przed biegiem 11km treningu, przeddzień również 11km – ale czy tę dziewczynę coś potrafi zmęczyć?

Sylwia wystartowała jak gazela, a ja, z niejakim trudem, dusząc się ze śmiechu nad moim „refleksem startowym” pognałem za nią, próbując wypatrzeć ją w tłumie biegaczy. Gdyby nie mikołajkowa czapka, to trudno by było tego dokonać. Całe życie człowiek się uczy – ten start oszczędził nam przepychania się na pierwszym kilometrze przez wolniejszych biegaczy.

Po tradycyjnym nawrocie skręciliśmy w ulicę Orzepowicką i … dobrze, że ktoś krzyknął „uważać”. Bo stały tam dwa czy trzy samochody sposobiące się do wyjazdu z osiedla. Rzeka biegaczy musiała ominąć stojące pojazdy, dla pasażerów w środku musiało to być ciekawe przeżycie być „obiegniętym” przez 800 ludzi – taki mały „atak zombies”.

Skret

(źródło: Maps Google)

Na całe szczęście dalszy bieg nie był już niczym utrudniany, policjanci i służby porządkowe wzorowo sterowały ruchem.

Około trzeciego kilometra niestety uznałem, że takiego szybkiego tempa nie wytrzymam. Nogi to by chciały, gorzej z płucami, przy mocniejszych podmuchach wiatru „zapowietrzałem się”, pomimo przyjętych leków. Bardzo głupie uczucie, oddycha się a wydaje się, że powietrza trafia do płuc zbyt mało. A w płucach coś na kształt „poduszki powietrznej”. Darek strzelał fotki nawet i mnie na niektórych ujął. Ale Sylwia coraz bardziej oddalała się, Zwolniłem. Pogoń nie miała sensu, minęły dopiero trzy kilometry biegu.

me

(fot. Dariusz Krause)

Zresztą przyjrzyjcie się powyższemu zdjęciu. Kto biegnie, wręcz frunie a kto… przemieszcza się powoli i dostojnie w czasoprzestrzeni. Czy tu jest potrzebny komentarz?

Trasa była ciekawie poprowadzona, wiodła między innymi przez rynek, na którym powitał nas głośny doping. Później był bardzo długi podbieg ulicą Zebrzydowicką. Rok temu bez problemu go rozpracowałem, w tym roku byłoby podobnie, gdyby nie wiatr. Klasyczny porywisty „wmordewind”. Jęczałem i stękałem, ale nie zamierzałem poddawać się i przechodzić do marszu.

Dopóki biegłem z Sylwią, cyferki na wyświetlaczu mojego Polara M400 podawały średnie tempo w granicach 5:00-5:10. Im dalej na trasie, tym bardziej zmierzały do 5:30. I to była tragedia, bo 5:30 oznaczałoby zeszłoroczny czas, czyli 55 minut! Do tego tętno dobijało do 180 uderzeń/minutę. Robiłem co mogłem, ale bieżącej pojemności płuc nie miałem jak powiększyć. A kilometry mijały. Ubiegłoroczna trasa bardzo dobrze wbiła mi się w pamięć. Pamiętałem też o ostatecznym podbiegu, przed którym zwolniłem, żeby wystarczyło tlenu do mety.

 Ostatni zakręt i kierunek – meta! Na przyspieszanie nie miałem powietrza, po prostu wbiegłem swoim słoniowatym truchtem na metę z ulgą zatrzymując się. Koniec męczarni. Odebrałem medal, pochyliłem się, błysnęło! A to Darek dorwał mnie ponownie, robiąc moją najfajniejszą fotkę biegową. O, tak wygląda żywa reklama biegania – czyli ja. Gdyby Wam kiedykolwiek przyszło na myśl brać udział w biegu – uważajcie możecie skończyć tak jak ja. Na takiej fotce.

zombie

(fot. Dariusz Krause)

Miłosierna Samarytanka – Sylwia – przyniosła mi izotonik – dziękuję! Cóż, widzę mnie takim jak na fotce, mogła też zabrać białe prześcieradło do przykrycia mojego truchełka. Jaki czas? 53:55 – czyli minuta i trzy sekundy lepiej, niż rok temu. Ale nadal to najgorszy mój tegoroczny czas na „dychę”. Dałem z siebie jednak wszystko – średnie tętno świadkiem.

Wynik

Rzut oka na międzyczasy:

analiza

Ale wróćmy do głównych bohaterów tego biegu.

20 metrów dalej stał mgr inż. Anioł, który zdążył już nawet odebrać nasze wyposażenie, zdeponowane w depozycie. Brawo on! Jak szybko dofrunął do mety? 47:13! Pobiegł ponoć spokojnie, „na tętno”. 402 sekundy przede mną. Sprytnie, powinienem był też tak zrobić i pilnować tętna. Tylko do tego to trzeba było pomyśleć, a nie gonić Sylwię, która wbiegła na metę z czasem 48:54.  Czyli 34 sekundy za Edytą. Pół minuty po mnie przybiegła Iza, właściwie mogłem z nią biec cały dystans, w tak dobrym towarzystwie pewno by czas szybciej przeleciał.

Bieg wygrał fenomenalny Dawid Malina, Rybniczanin z Inżynierii Biegania, który zerwał szarfę na mecie po 30 minutach i 33 sekundach. Brawo! Pełną listę wyników znajdziecie na stronie maratonczykpomiarczasu.pl.

medale


Bieg Barbórkowy, jak to w Rybniku z reguły bywa, był świetnie przygotowany. Podstawowy pakiet startowy, bez fajerwerków, ale w godziwej cenie – 30 zł (40 z koszulką). Trasa dobrze oznaczona i zabezpieczona, mieszkańcy widoczni i dopingujący.

Na mecie czekał na mnie ładny medal – co docenił mój syn. Założył go na szyję i … udał, że się przewraca pod jego znaczącym ciężarem, stukając nim o ziemię. Metaliczny odgłos obudził śpiącą w pobliżu Moccę, która wyprysnęła mi spod nóg, ratując życie pospieszną galopadą do kuchni – oczywiście w przelocie podcinając mi nogi. Niewiele brakowało, bym pokazowo wykonał pad płaski przed wspomnianym medalem.

Zakończę relację jeszcze jednym jubileuszowym akcentem. To był dziesiąty wspólny bieg z mgr. inż. Aniołem. Dziękuję Ci Tomku za te wszystkie znalezione ciekawe biegi, za cierpliwość do mnie i moich relacji, jak i wytrwałość w oczekiwaniu na mnie na mecie. W przyszłym sezonie zrobię co w mojej mocy, żeby osiągać metę szybciej.

mgr inż. Anioł

Ta fotka idealnie podsumowuje mój udział w XI Biegu Barbórkowym. Mgr inż. Anioł (postać pozytywna), górnik (postać historyczna i odświętna), ambulans (że to niby dla mnie nadzieja na przyszłość i lepszy wynik – ale to po elektrowstrząsach), no i niżej podpisany, którego lepiej, żeby nie było widać. Po drugiej stronie aparatu.

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

14 komentarzy

  1. Blogierka pisze:

    Fotka końcowa MISZCZ!! Obrazuje moje podejscie do biegania :P. Ale spoko- walcze z tym przecież ;).
    Ale mi się tak naprawdę podoba to Z Sylwią- Wormie i jego euforia biegacza! :D
    Gratulacje czasu! No i szacuneczek dla Ciebie i Anioła za 10sięcznice :)

  2. Jestem zawiedziona… tak krótką relacją :D doprawdy wyposażyłam się w zapas fitciasteczek, kubeł zielonej herbaty i co już? ;) Pawełek, bo się pogniewamy ..;) Twój synek chyba odziedziczył po tobie wrodzone poczucie humoru. P.S Foty bombowe :)

  3. Podziwiam, podziwiam i jeszcze raz podziwiam!

  4. Gratuluję biegu a „deja vu” – też człowiek niejednokrotnie doświadcza, kiedy startuje ponownie w tych samym miejscu – zwłaszcza, że każdemu z zawodów towarzyszy sporo emocji. Coś w tym jest. P.S. Ja też za rok pobiegłam w tym miejscu, gdzie debiutowałam :)

  5. No nieźle :) Fajne zdjęcia.

  6. BasiaK pisze:

    No jak? Anioła nie zauważyć na tej fotce zbiorowej? Oczywiście, ze zauważyłam. :) Fota końcowa? Fantastycznie rozweselająca. Wystarczy spojrzeć i banan na twarzy gwarantowany. :D Wiem, Tobie do śmiechu w tym momencie nie było. Ja już nie raz tu pisałam, ze darzę biegaczy ogromnym podziwem i szacunkiem i jestem pełna uznania dla Ciebie po każdym z Twoich biegów. Wiem, że nie zawsze jest łatwo, ale Twoje relacje są tak optymistyczne, że człowiek odnosi wrażenie, ze to nie była żadna męczarnia. :) A z tymi medalami uważaj, bo co rusz masz jakieś przygody. ;)

  7. mgr inż. Anioł pisze:

    Bardzo jesteś wobec siebie krtytyczny drogi Bookwormie :-) Nie każdy bieg kończy się w amoku radości jak w Wiśle :-) Walka z samym sobą jest nawet cenniejsza wtedy gdy jest trudno…

    Ja też dziękuję za te wszytskie wspólne biegi bo jak dobrze wiesz z Tobą jest zawsze dużo barwniej, no i mogę przeczytać relację :-) Dzięki że zrobiłeś ze mnie postać pozytywną… mam nadzieję, że w najbliższym czasie nie będę historyczną, choćby nawet odświętną :-P

  8. Iza pisze:

    Też pomyślałam, że medal ładny. :) Te wszystkie cyferki: tętno, czas, kilometry – mierzone względem siebie, kompletnie nic mi nie mówią, poza jednym – brawa za wytrwałość! :)

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję :)
      Tak szczerze, to ja też do końca nie wiem które są dobre, które złe – podoba mi się ich graficzna prezentacja – no i o ile mądrzej tekst wygląda ;)

  9. No to ładnie powalczyłeś. Fota za metą bezcenna. :) A co do inż. Anioła to strasznie przykro sie czyta o ludziach, którzy nie chcą czekać na prtzyjaciół. Wstyd i skandal.

    • Bookworm pisze:

      Fotka jest obłędna. Piękniejszy już nie będę ;)
      Anioła będę bronił. Czekał. Na tym wietrze i zimnie. Troskliwie podał mi wiatrówkę. Anioł nie człowiek :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.