Bieganie, Relacje

XI Półmaraton Dąbrowski – relacja

Półmaraton dąbrowski

Nareszcie spotkaliśmy się z Tomkiem na tym samym biegu. W tym roku nasze biegowe przygody rozgrywały się w różnych lokalizacjach i na różnych dystansach. Ja biegałem te krótsze, miejsca startów też nie wymagały dalekich wyjazdów, Tomasz biegał zawody ultra hen, hen w górach.

Dlaczego akurat Półmaraton Dąbrowski? Sam nie wiem – może dla ciekawej trasy, może dlatego, że trasa jest szybka – rosną więc szanse na życiówkę. Właśnie, życiówka…

Trasa wiedzie naprawdę malowniczymi okolicami obok dużych zbiorników wodnych Kuźnica Warężyńska i Pogoria III. Widoki więc ciekawe, ale spodziewaliśmy się też wiatru, który według prognoz miał być przeciwny do kierunku trasy. Dodatkowo ciekawy jest również profil trasy, początek to zbieg, a w końcówce podbieg. Nasze nogi z pewnością wolałyby odwrotnie.


Będzie życiówka!

Tygodnie przed półmaratonem trenowałem wytrwale. Coraz większy kilometraż nie robił na mnie wielkiego wrażenia, podczas przygotowań wszystko wskakiwało na swoje miejsca: wydolność, wytrzymałość, tętno, nawet sprawdzian przed zawodami, który pozwolił ustalić tempo docelowe wypadł wręcz celująco!

Nad horyzontem krążyło widmo życiówki, w głowie przeskakiwały kolejne cyferki – pozostała już tylko ostatnia formalność: przebiec trasę i z dumą odnotować wynik.

Jedyną niewiadomą pozostawała pogoda – prognozy z uporem godnym lepszej sprawy wieszczyły pełne słońce i wiatr. Tak też mówili uczestnicy poprzednich edycji półmaratonu w Dąbrowie Górniczej – gdy wbiegnie się w okolice zbiorników wodnych trafia się na ostre stopujące biegaczy wiatry. Czy i tak miało być tym razem?

Ja też myślałem o życiówce. Choć bieg ten był tylko krokiem do maratonu w Wiedniu, gdzie miałem startować dwa tygodnie później. Były to moje pierwsze zawody na płaskiej trasie po „zejściu z gór”.


Biuro zawodów

Mieliśmy z Tomaszem chytry plan zlecenia odebrania pakietów startowych w przeddzień zawodów jego dobremu znajomemu. Niestety, zostaliśmy przechytrzeni przez organizatorów: co prawda przewidziano możliwość odbioru pakietów ale… bez chipa. Pytanie wysłane przez Tomasza do organizatorów jaki jest sens takiego odbioru pozostało bez odpowiedzi.

Chcąc nie chcąc dotarliśmy do biura zawodów wcześniej, aby pakiety odebrać osobiście.

biuro zawodów półmaraton dąbrowski

Co w pakiecie? Tak jak na zdjęciu tytułowym: wspaniała koszulka (jedna z najładniejszych do tej pory otrzymanych w pakietach), batonik i inne drobiazgi. Niestety numer startowy nie posiadał otworów, stąd nie mogłem użyć paska startowego na numer, ani „bookwormików”. Trudno.

W hali spotkaliśmy Marka prowadzącego znany i lubiany blog Droga do Tokio. Pogawędziliśmy i obgadaliśmy wszystkich startujących znajomych (licząc na to, że dostaną od tego czkawki, która poprawi nasze pozycje na mecie).

Ruszyliśmy w kierunku autobusów, które miały dowieźć nas na miejsce startu. Wszystko było pięknie pooznaczane i zorganizowane – linia komunikacyjna ciągnęła się aż po horyzont.

autobusy dla biegaczy półmaraton dąbrowski

Podobnie efektownie prezentowała się podczas jazdy.


Przed startem

Od miejsca desantu, do miejsca startu mieliśmy do pokonania niewielki lasek.

w drodze na start

A później to co tradycja biegowa przewiduje: wizyty w toalecie, rozgrzewka biegowa oraz serie zdjęć pamiątkowych.

sebastian Kamil i Paweł czyli ekipa Fizjofunk

Sebastian, trener Kamil i ja – czyli reprezentacja Fizjofunk – jeszcze pełni nadziei i w dobrych humorach.

Przed startem znaleźliśmy również Michała oraz Natalię. Nie pytajcie z czego się tak śmialiśmy.

wspólne zdjęcie przed półmaratonem w dąbrowie górniczej

Wspaniałym pomysłem Wodociągów Dąbrowskich było zaopatrzenie biegaczy w darmową wodę. Dziękujemy!

wodopój przed półmaratonem w dąbrowie

Ja oczywiście wypatrzyłem element zupełnie niepasujący do krajobrazu biegowego, nie, tym razem wcale nie chodzi o toi-toie. Na start oczekiwał przebrany biegacz, wraz ze swoim politycznym rydwanem.

samochód dar dla ojca dyrektora

No nie wytrzymałem i zrobiłem sobie z nim zdjęcie (z biegaczem i jego pojazdem).

przebranie biegowe ojca dyrektora

Po dłuższej i intensywnej rozgrzewce pozostał już tylko start…


Trasa i walka

Chwilkę przed samym startem spotkałem Marka z Rybnickiej Grupy Biegowej, postanowiliśmy pobiec razem, celowaliśmy w podobny wynik.

Już po starcie zsynchronizowaliśmy krok i ruszyliśmy zgodnie z założeniami. Biegliśmy równo, lekko wyprzedzając wolniejszych biegaczy. Ja z niepokojem obserwowałem jednak szybko rosnące tętno – które dobiło i przekroczyło 160 ud/min. Póki było z górki, nie stanowiło to problemu, ale gdy zrobiło się płasko a tętno osiągnęło 165 ud/min, życzyłem Markowi udanego biegu i zwolniłem do równego  zegarkowego 4:55 min/km – które, jak wiedziałem z wielu poprzednich biegów – w rzeczywistości oscylowało ok. 5:00 min/km.

Niestety, im mocniej świeciło słońce, tym wyższe miałem tętno. Gdy dobiegliśmy nad zbiorniki Pogorii i zaczął dmuchać porywisty wiatr musiałem rozważyć kolejną redukcję prędkości, od 10km pilnowałem, żeby tętno nie przekraczało 170ud/min.

Mnie biegło się wyjątkowo dobrze. Początkowe kilometry pokonywałem szybciej niż zakładałem, ale było to spowodowane tym, że trasa wiodła lekko w dół. Na 5 km zameldowałem się z czasem około 21:50, a na 10 km miałem 44:34. Humor mi dopisywał co widać na poniższym zdjęciu. Generalnie wszystko grało, wiatr trochę przeszkadzał, ale tłumaczyłem sobie, że za to mnie chłodzi. Taki deal z wiatrem miałem! Kilkanaście sekund za mną podążał Michał, to też mnie motywowało. Chyba po prostu wolę uciekać niż gonić.

Gdy Tomasz delektował się pędem, ja wpadałem w coraz głębszą zadumę – w mojej głowie zapaliły się wszystkie możliwe czerwone lampki ostrzegawcze: jeśli nie wydarzy się cud, nie wyjdą chmury, to tętno mnie zamęczy. Zwolniłem do tempa 5:15, które utrzymywałem do 15. kilometra. Wtedy włączył się skurcz pod żebrami i zaczęło mi się robić niedobrze – zupełnie jak podczas ostatniego maratonu w Walencji.

Z jednej strony chciało mi się bardzo pić, z drugiej strony każdy płyn w żołądku potęgował nudności.

Moje tętno też nie było niskie. W zasadzie wydawało się, że skoro dobija do 170 powinienem zwolnić, ale tego dnia czułem się świetnie. Nadal utrzymywałem tempo lekko poniżej 4:30 min/km. Czułem, że jest dobrze, ale miałem w pamięci, że końcówka jest pod górę. Gdy pojawiły się pierwsze podbiegi, czasem dość gwałtowne na przykład na wiadukt, moje nogi przypominały sobie 200 km przebiegnięte zimą w górach i spokojnie mijałem kolejnych biegaczy właśnie na tych górkach.

Przed 18. kilometrem przeszedłem na chwilę do marszu, czułem się fatalnie. To już nie była ściana, nogi miały siły, ale to była pełna obojętność. Marzyłem tylko o tym, aby wyciszyć rozkołysaną zawartość żołądka. Nic mnie nie bolało, po prostu było mi niedobrze. A do mety wciąż na tyle daleko, żeby utracić do końca nadzieję na fajny wynik.

Już nawet nie zerkałem na zegarek – po co, skoro tam były same złe wiadomości? Tętno zbyt wysokie, czas zbyt wolny – rozpacz!

Jednak biegłem, polewałem się wodą, osuszałem zawartość bidonów u pasa, a słońce operowało na tyle mocno, że biegacze cierpieli katusze – przede mną jeden z biegaczy podbiegł do obcej dziewczyny trzymającej napój gazowany błagając ją o jeden łyk płynu! Kto był w takiej sytuacji wie jak wrednie się rozciąga czas liczony szybkimi uderzeniami tętna i uderzeń stóp…

Mnie udało się na 18 i 19 kilometrze stracić tylko odpowiednio tylko 8 i 9 sekund, ale nadal biegłem na czas 1:34, co miało mi dać życiówkę poprawioną o prawie półtorej minuty. Dopiero długi asfaltowy podbieg już w Dąbrowie Górniczej okazał się miejscem gdzie przez kilka minut przechodziłem kryzys. Tu pobiegłem 40 sekund za wolno. Nagle zrobiło mi się gorąco i pojawiła się myśl, czy nie zepsuję dobrego wyniku w końcówce.

Chwilę później gdy pojawiał się przed oczami Hala Centrum zrobiło się płasko, odzyskałem rytm, z przodu przed sobą zobaczyłem Marka, był jakieś 200 m przede mną, pomyślałem że może go dogonię, wydawało mi się, że spokojnie przybiegnę w założonym czasie. Ale wtem za ostatnim niemal zakrętem zobaczyłem całkiem spory podbieg pod metę. Pomyślałem „hello! Panowie ! to nie fair! :-)”, nie potrafiłem tam wbiec tempem 4:30 min/km. Pojawiła się myśl że zabranie mi paru sekund do najlepszego mojego wyniku. Tętno na blacie było… hmm…. 182 ud/min, teoretycznie to już mój HRMAX. Ale chrzanić to! Walka do końca! Oto fotka z mostka za tą górką.

Marek był parę kroków przede mną. Na ostatnich metrach całkiem nieświadomie był moim pace makerem :-) finiszowałem na ile umiałem i skończyłem z wynikiem 1:35:35, co dało mi dobre 122 miejsce i 35 w kategorii wiekowej. No i był to czas lepszy o 15 sekund od najlepszego dotąd wyniku z Silesia Półmaratonu. Za metą byłem więc bardzo zadowolony i zadziwiająco dobrej formie.

Wkrótce przybiegł Michał, z którym na codzień pracuję w jednym zespole oraz z którym biegamy razem w sztafecie Business Run i mogliśmy zaprezentować dwie strony medalu.

Gdy Tomasz robił fotkę z medalem, mnie pozostało jeszcze ostatnie piętnaście minut katuszy. Kilometry dzielące mnie od mety mijały, już ją słyszałem, pamiętałem, że przed końcem był podbieg. Na przedostatnim zakręcie zobaczyłem Sebastiana, Kamila i Maćka – cóż, to nie był mój dzień ani mój start.

Kamil krzyknął mi tylko, żebym się nie przejmował i wyprzedził jeszcze tych trzech biegaczy – jeszcze jeden zakręt i z gracją galopującego nosorożca i z olbrzymią ulgą wbiegłem na ostatnią prostą, ujrzałem metę i wyświetlacz na którym był zaskakująco dla mnie dobry czas: 1:53:06.

finisz Paweł

(fot. Festiwal Biegowy)

Po takiej walce i męczarniach spodziewałem się czasu o dobrą dychę gorszego… Przebiegłem linię mety. Na szyi zawisł medal. Męka się skończyła…

Za linią mety każdy z uczestników otrzymał również bidon pełen wody – po wklepaniu adresu producenta okazało się, że jest to świetny bidon nie zawierający szkodliwych składników – wielorazowy i który może być myty w zmywarce. Świetna rzecz!

Już po chwili znalazł mnie Tomasz, który namówił mnie do zrobienia wspólnej fotki. Czy Tomasz wyglądał na kogoś, kto przebiegł 21 kilometrów? Nie sądzę!

Spotkałem też Kamila, Maćka, pogratulowałem Sebastianowi – był 32. w kategorii OPEN, choć i on nie wybiegał wyniku, który był zakładany.  Upał i wiatr pokrzyżowały plany nawet tym najlepszym. Razem poczekaliśmy też na Natalię i mogliśmy uznać te zawody za zamknięte.

Pełne wyniki możecie poznać pod tym linkiem. 

Przez całą drogę powrotną przeżywałem na siedzeniu pasażera katusze, żołądek nadal zgłaszał zastrzeżenia co do swojej zawartości. Dopiero w domu udało mi się unormować trawienie dzięki obiadowi autorstwa mojej Małżonki.

Ja jeszcze dodam, że w pakiecie dostaliśmy od Dąbrowskich wodociągów rewelacyjne bidony na wodę. Każdego dnia w pracy to cudo pomaga mi się nawadniać. Wielkie dzięki!

Racja, bidon jest rewelacyjny, wykonany w technologii bez BPA, można go myć w zmywarce – lista zalet jest długa – dla mnie najważniejsze jest to, że można z niego bardzo wygodnie pić wodę, nie ma problemu z uchwytem, a dzióbek wręcz zachęca do nawadniania się :)


Na koniec zapraszamy na bardzo sympatyczny filmik organizatorów, jeśli się bardzo dobrze przyjrzycie zobaczycie na nim co zrobił Tomasz na widok kamery :)

Fakt, trochę dziwnie się zachowuję, ale tego dnia czułem się na biegowej trasie wyjątkowo dobrze. Chyba nawet za dobrze, bo nakręciło mi to fantazję. A o tym, że fantazja w przypadku maratonu nie zawsze przynosi dobre skutki przeczytacie już w relacji z Wiednia.

1 Comment

  1. mgr inż. Anioł

    Poznajemy go w biegu :)))

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén