XIII Bieg Barbórkowy był  zwieńczeniem sezonu biegowego. Chwilę wahaliśmy się czy na ten bieg zapisywać się. Grudzień, gwarantowane zimno oraz smog, przy tym dosyć trudna trasa… Ale znacie nas. Decyzja mogła być tylko jedna. Zapisaliśmy się.

Coś jest wyjątkowo klimatycznego w tym biegu, z jednej strony bieg jest swoistym „wydarzeniem towarzyskim”, podczas którego spotykamy większość naszych biegowych znajomych. Z drugiej strony dla mnie to jest bardzo sentymentalny bieg – na linii startu miałem stanąć po raz czwarty, cztery lata temu od tego biegu zacząłem przygodę z zawodami, to tu rozpoczęła się nasza z Tomaszem biegowa przyjaźń. Więc jak tu nie wystartować?

Szczerze mówiąc, to ja wahałem się bardziej. Kilka dni przed biegiem, gdy Żory spowite były chmurą dymu, napisałem Pawłowi, że to kompletnie bez sensu. Bieganie ma być dla zdrowia, a nie żeby się truć. Ale gdy następne dni były bardziej wietrzne, mój zapał by odpuścić start słabł. I ostatecznie – jak to zwykle bywa – sportowa ambicja pokonała rozsądek. Bo będę się upierał, że tego dnia, myśląc logicznie lepiej było nie biegać….

Smog

Napiszę krótko. Tak, smog był. Jaki na niego mieliśmy wpływ? Żaden. Mogliśmy jedynie nie biec, bądź spróbować pobiec w maskach (kilku biegaczy próbowało biec w masce zawody – ale chyba żaden z nich długo w masce nie wytrzymał).

Ja też zawsze złośliwie opowiadam znajomym szybkobiegaczom, że smogu dla wolniejszych biegaczy nie ma, bo całość wchłaniają ci biegnący na przodu. Wiecie, że niektórzy w to wierzą?

Ten akapit powinienem odpuścić. Bo jakbym miał powiedzieć szczerze co o tym myślę, to byłby tu same przekleństwa. Ale nie mogę sobie odmówić komentarza, że gdy widzę te domy, które kopcą jak fabryki, to jasna krew mnie zalewa. Wiem co powiedzą niektórzy, że to z biedy palą świństwem w kilkudziesięcioletnich piecach. A ja się będę upierał, że jak kogoś stać na dom i samochód przed nim, to musi mieć również środki na zapewnienie choć w miarę ekologicznego ogrzewania! Nie ma żadnego usprawiedliwienia na zatruwanie sąsiadów i ich dzieci! Jestem zdania, że powinno to być tak samo karane jak jazda samochodem po pijanemu. Tyle w tym temacie.

Profil trasy XIII Biegu Barbórkowego

Rybnicki bieg jest trudny ze względu na profil trasy. Pierwszy kilometr jest z górki, bardzo łatwo wpaść w zbyt szybkie tempo, które w okolicach trzeciego kilometra zaczyna się mścić, gdy zaczyna się za rynkiem długi podbieg ulicą Zebrzydowicką. Od piątego kilometra śmiało można przyspieszyć, pamiętając o podbiegu na dziewiątym kilometrze. Jeśli biegnie się na wynik, warto przemyśleć taktykę i wykorzystać profil trasy. Mistrzowsko wykorzystał go zwycięzca biegu – Dawid Malina, ale o tym będzie pod koniec relacji.

Założenia

Trudno w to uwierzyć, ale bieg Barbórkowy był jedynym w tym roku, gdy ścigałem się na dystansie 10 km. Zawodów było wiele, ale dłuższych. Byliśmy 2 tygodnie po maratonie w Walencji, a ja jeszcze tydzień po Żorskim Półmaratonie Leśnym. Forma w nogach wciąż była. Więc moje założenie na dzień przed startem było takie, że trzeba pobić życiówkę. Mój najlepszy dotychczas wynik na tym dystansie to było 44:39 z maja 2016. Ale już na Silesia Półmartonie szybciej pobiegłem pierwsze 10 km trasy. Czyli, nie było wyjścia. Chciałem zejść poniżej 44 minut.

Noc przed startem walczyłem z mocnym bólem głowy, nudnościami i rano czułem się jak wyciągnięty z wyżymaczki. Ale wiedziałem, że czasem jest tak, że im gorzej czuję się przed biegiem – tym lepiej potem biegnę. Ot takie moje dziwactwo.

W tym roku, to dopiero moje drugie zawody na 10km. Były półmaratony, był maraton, góry, ale dycha dopiero druga. Ani razu w tym roku nie zszedłem też poniżej granicy 50 minut – czy to na międzyczasach, czy treningowo i nie przypuszczałem, że dam radę to uczynić, trening pod maraton dał mi wytrzymałość, ale nie dał szybkości.

Trener po długim namyśle ustalił na pierwsze pięć kilometrów tempo 5’10, miałem pilnować tętna, później mogłem przyspieszyć. Ale takich cudów to jeszcze na trudnej rybnickiej trasie nie grali – ja miałem zrobić negative split? Przecież rok temu ledwo-ledwo wykręciłem czas 49:30 sek z średnim tętnem 178! To teraz miałem być szybszy? Tętna mi na to zabraknie…

Debiutant

Wiecie, że historia biegowa lubi się powtarzać? Do Rybnika zabrał mnie Sebastian, dla którego Bieg Barbórkowy miał być debiutem w zawodach biegowych. Pamiętacie co napisałem na początku? Jeszcze wciąż pamiętałem własne obawy przed startem w pierwszych zawodach – czy nie zgubię się na trasie, co będzie gdy będę ostatni i tak dalej… Teraz moją rolą było wprowadzenie Sebastiana w biegowy światek, w który cztery lata temu wprowadzał mnie Tomasz. Ten jego dobry uczynek miałem okazję przekazać dalej – założycie się, że za lat kilka to Sebastian komuś poda pomocną dłoń podczas jego debiutu?

A ja przyjechałem w towarzystwie dwóch biegaczy. Był ze mną Janek, z którym wspólnie startowaliśmy tu już rok temu, a z którym ostatnio trenowałem długie wybiegania przed Walencją oraz Mariusz, dla którego były to trzecie zawody na tym dystansie.

Biuro zawodów i pakiet startowy

Przyjechaliśmy, zaparkowaliśmy i ruszyliśmy do biura zawodów odebrać pakiety startowe. Sebastian miał numer siódmy (wielu biegaczy patrzyło nań z zazdrością), a ja ustawiłem się w kolejce po mój – znacznie wyższy (409).

Już po niedługim mrugnięciu okiem i po złożeniu podpisu (czytelnego!) cieszyłem się z pakietu startowego. W nim numer startowy z czipem, woda, ręcznik i zestaw makulatury sprytnie schowany w kopercie.

Na piętrze szkoły, w której było biuro zawodów ustawiona była Fotobudka, w której można było zrobić sobie darmowy cykl trzech zdjęć. Fajne toto, choć z początku biegacze nie garnęli się do zdjęć, zupełnie nie wiem czemu.

Spotkania

Gdy pierwszy raz startowałem w Rybniku, nie znałem nikogo. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, chowałem się po kątach – obok mnie przechodzili sami szybkobiegacze i szybkobiegaczki, zadawałem sobie pytanie co ja tam robię, wśród finiszerów maratonów i wyjadaczy ultrabiegowych tras. Ich wyposażenie biegowe budziło respekt, koszulki świadczyły o udziale w wielkich i znanych biegach. A ja? Zwykły zegarek na ręku, zwykła koszulka i bluza…

Tym razem śmiałem się od ucha do ucha pozdrawiając dziesiątki znajomych bliższych i dalszych, gdy piszę tę relację przed oczyma przewijają mi się wszyscy z którymi zamieniłem kilka słów, wymieniłem uśmiechy i pozdrowienia. Jak znam moją krótkowzroczność to pewno i tak części z nich nie zauważyłem – za co zawsze z serca przepraszam. Ślepy jestem, no!

Uściskom, pogawędkom, „piątkom” a przede wszystkim humorowi nie było końca. Na początku spotkałem Dawida Malinę (triumfatora poprzednich dwóch edycji) oraz Radka z Inżynierii Biegania. Później spotkałem liczną ekipę Radlinioków w Biegu. Ponoć trudno mnie już poznać bez maski na twarzy (rezultat moich filmów z testowania maski filtracyjnej Naroo), ponoć nie poznaję też zamaskowanych ludzi (ukłony dla Sebastiana, który koncentrował się przed budynkiem przed startem po swoją cudowną życiówkę 38’41!).

Z Sebastianem znamy się od roku, od mojego początku zajęć z Kamilem z Fizjofunk. Tam gdzie jest Sebastian, to jest dużo radości, wesołej energii – nie tak dawno startowaliśmy razem podczas Półmaratonu Raciborskiego, a tu proszę – już zakończenie roku.

Z wielką przyjemnością zrobiłem też „niedźwiedzia” z Jankiem Bednarkiem (44:25!), poznaliśmy się rok temu, również w Rybniku – niezwykle pozytywna, serdeczna osoba, odrobinkę od nas starsza. Poznałem też Mariusza, który również przyjechał z Tomkiem. Obaj wspomniani na zdjęciach poniżej wraz z nami.

Wiedząc, że Sebastian, z którym przyjechałem, będzie na mecie później niż ja, skorzystałem z depozytu. Po biegu na pewno będę mokry, a podczas oczekiwania również będę wychłodzony – wolałem odebrać zapasowe ubrania, przebrać się i spokojnie czekać na towarzysza na mecie. Póki co zrobiliśmy sobie przedstartowe zdjęcie. To ostatnie chwile, w których Sebastian jeszcze nie jest posiadaczem medalu i pierwszej życiówki w swoim biegu!

Rozgrzewka i start

Oczywiście rozgrzewkę robiłem sam, nie przepadam za zbiorczym skakaniem przed startem, musiałem tętno wbić na wyższy poziom, chciałem też się skoncentrować a nie śmiać się bez przerwy ze znajomymi.

Na rusztowaniu królowała Karolina –  szefowa całego rozgrzewkowego zamieszania.

Biegacze posłusznie skakali i robili wszystko aby zrobiło się im cieplej. Wszyscy – no może poza biegaczem w roboczym stroju górniczym.

Ja tymczasem pilnie fotografowałem różne ciekawe miejsca – oto pięknie, ręcznie wykonywane medale, które czekały na nas za linią mety.

Medale Biegu Barbórkowego powstały w pracowni PSONI Warsztat Terapii Zajęciowej „Przystań” Rybnik.

Jeszcze kilka spotkań podczas rozgrzewki, w tym z Piotrem Masłowskim, wiceprezydentem Rybnika – mało jest biegających samorządowców, a on jest takim własnie samorządowym rodzynkiem.

Kultowa postać biegu właśnie udzielała wywiadu.

Na sekund kilka zatrzymałem się też przed Łukaszem – zabrzańskim Night Runnerem z psem.  Prezentowali się okazale!

Bieg z psem

I tak się zbierałem powoli na start, gdy ktoś mnie zawołał – przy barierkach rozciągała się Monika i Adam, którzy biegają w dużo szybszych zakresach prędkości, niż ja zwykłem to czynić. Ha, no to sobie pogadaliśmy tak, że prawie przegapiliśmy start… Dzięki Oldze i ta chwila została uwieczniona na świetnej szpiegowskiej fotce…

Podczas gdy Paweł prowadził działalność dziennikarską rozgrzewając się równocześnie, ja w całości poświęciłem się przygotowaniu do startu. Widziałem, że jeśli mam ruszyć tempem na życiówkę, to muszę być maksymalnie gotowy. Rozgrzewkę zakończyły sprinty z Jankiem. To dopiero było dla mnie wyzwanie! Ale efekt był, bo skoro już przed biegiem rozkręciłem tętno do 160 ud/min, to znaczyło, że mogę się udać na start. Owinąłem się jeszcze folią termiczną, bo temperatura była poniżej zera. Skoncentrowałem się i utwierdziłem się w decyzji, że od początku biegnę na maksa.

Spiker wezwał biegaczy na start, pierwszy raz w życiu przepychałem się na miejsce startowe od frontu, przechodząc przez linie najszybszych biegaczy.

I tak dotarłem do Tomka M., z którym również znamy się z zajęć dla biegaczy u Kamila z Fizjofunk.

To co, startujemy?

Pierwsze 5km

Pierwszy rybnicki kilometr jest zdradliwy, bo z górki. Można fajnie się rozpędzić, tylko trzeba później wyrównać oddech i krok przed podbiegiem piątego kilometra.

Wciąż hamowałem moje tempo biegu, które jednak i tak było szybsze niż założone 5’10. Prawdę pisząc, to schodziło cały czas poniżej 5 min/km. Bieg Barbórkowy zawsze był dla mnie męką, której wyznacznikiem był długi podbieg ulicą Zebrzydowicką. Tym razem jednak połknąłem go zwalniając, ale nie tracąc oddechu. Za punktem pomiaru już wiedziałem, że jeśli nic złego się nie wydarzy, zejdę po raz pierwszy w tym roku poniżej 50 minut! Jeszcze rzut oka na tę ulicę z podbiegiem poprzez obiektyw Jarka Sobla:

podbieg na Zebrzydowickiej XIII Bieg Barbórkowy

Tak jak wspomniałem, ruszyłem mocno. Pierwsze 200 m to było przepychanie, ale już za drugim zakrętem byłem na swoim miejscu. Było lekko z górki, więc pierwszy kilometr pokonałem w 4’07. Potem było 4’15 i 4’17. Jedyne czego pilnowałem to tętna. Założyłem sobie, że do 7 km nie powinno przekroczyć 175 ud/min, a potem… to niech się już dzieje co chce!

Dotarliśmy do podbiegu, zwolniłem do około 4’28 ale pod górę doganiałem innych biegaczy. Gdy połowę dystansu skończyłem z czasem 21 min i 50 sek, wiedziałem że na mecie musi być dobrze.

Druga część trasy i finisz

Tętno nieubłaganie podchodziło do góry, powyżej 170ud/min, ale wciąż miałem zapas, również oddechu. Biegłem a kolejne kilometry powoli mijały, w słuchawkach miałem ustawioną rockową playlistę dla biegaczy – szybkie gitarowe riffy idealnie napędzały mnie do dalszej walki.

Pozostał dziewiąty i dziesiąty kilometr. Tu natrafiłem na Adama, który zdziwił się, że tak wyrywam się do przodu nie dając innym pochłaniać smogu. Równo przy dziewiątym kilometrze stwierdził, że „czas na finisz” i… zniknął. Próbowałem go gonić przez kilkaset metrów, ale nie miałem żadnych szans…

Ostatnie wydyszane zakręty, słyszałem już metę! Za barierkami stała żona Tomka M., która ma refleks, zrobiła zdjęcie – dziękuję! Fajnym kontrastem są powoli idący przechodnie.

Na metę wbiegłem ostatkiem sił, widząc na wyświetlaczu cyfry 48 minut! Aż tak dobrze mi poszło?! Tak, 48:09! Dokładnie taki sam wynik jak w Cieszynie, półtora roku temu!

Ja utrzymywałem tempo, nie mogło być inaczej. Już po 7 km wiedziałem, że życiówka będzie, pozostawało pytanie czy zmieszczę się poniżej 44 minut. 9-ty kilometr był z górki, wymyśliłem sobie, że to właśnie tu zrobię sobie bufor na ewentualną słabość na ostatnim podbiegu i przebiegłem ten odcinek w 4’10. Został ostatni podbieg przed metą, nie było oszczędzania, opuściłem łeb jak koń, żeby nie patrzeć ile tej górki jeszcze. A za nią rzut oka na zegarek, tętno powyżej 180 ud/min, mija 43 minuta, a ja mam jeszcze 200 m. Biegłem na styk, co widać świetnie na fotce poniżej, bo ten walczący jak o życie po prawej stronie to ja.

Tomasz na lotnym finiszu

(Fot. Jarek Sobel – pełna galeria biegu jego autorstwa: Facebook)

Warto było! Wynik 43:54 był tym po co tu przyjechałem. Chwila oddechu i już piłem zimne bezalkoholowe piwo, ciesząc się z dobrze wykonanej roboty.

Poszliśmy jeszcze, wraz z Sebastianem, spróbować specjałów pobiegowych. Absolutnie przypadkowo trafiliśmy na zdecydowanie znajome biegające małżeństwo: Edytę (52:30) i Grzegorza (45:23), posiłek w tak wesołym towarzystwie mógłby trwać wiecznie!

Podsumowanie

XIII Bieg Barbórkowy wygrał Dawid Malina (31:13,8) przed dwoma Ukraińcami, z którymi stoczył pasjonującą walkę, o której możecie poczytać i posłuchać w wywiadzie w Radio 90.

Natomiast pierwszą kobietą na linii mety była Lilia Fiskowicz (z czasem 35:38,3).

Pełne wyniki biegu możecie poznać pod tym linkiem.

Jak zawsze warto było wystartować w Rybniku. Co roku organizacja jest lepsza a biegacze bardziej „dopieszczeni”. W tym roku nowością był udział pacemakerów, wbudowany czip w numer startowy, przeniesiono też poczęstunek dla biegaczy do Kasjopei naprzeciw szkoły mieszczącej biuro zawodów. No i XIII Bieg Barbórkowy był oficjalnymi Mistrzostwami Polski Górników na dystansie 10km.

Dla mnie ten bieg był świetnym zwieńczeniem dobrego biegowego roku. Życiówki na wszystkich dystansach od 5 km do maratonu, pierwsze górskie biegi ultra i w sumie 5 maratonów. To wszystko niesamowicie zaostrzyło mi apetyt na następny sezon. Teraz dwa tygodnie luźnego regeneracyjnego biegania i rozciągania, a potem ruszam w teren i góry, przygotowywać się do zimowych startów. 

Wyjeżdżając z Rybnika miałem na twarzy wielki uśmiech, bo smog smogiem, ale ten bieg ma coś w sobie. Lubię tu startować i za rok chętnie znów spotkam się tu z okolicznymi miłośnikami biegania. W końcu tylko w Rybniku pobiegłem we wszystkich Barbórkowych biegach, odkąd ta pasja zakręciła moim życiem.

Miłym zaskoczeniem była fotobudka z której skorzystaliśmy z Tomaszem po biegu jeszcze raz. Niestety z wrażenia zaparowały mi okulary i jakbym głową nie kręcił wciąż miałem halogenowy błysk w oku.

To co, do zobaczenia w Rybniku za rok?


Podziękowania

Chcemy też serdecznie pogratulować i podziękować organizatorom XIII Biegu Barbórkowego. Na przestrzeni naszych startów wyraźnie widać coraz lepszą sprawność organizacyjną, nowe pomysły, ulepszenia. Coraz więcej wolontariuszy jest włączanych w przygotowania i w samą imprezę, są znani sponsorzy, dzięki którym oprawa biegu, pakiety i nagrody są coraz bogatsze.

Specjalne podziękowania kierujemy też na zmarznięte ręce fotografek i fotografów biegu. Bieg Barbórkowy jest chyba jednym z najlepiej obfotografowywanych biegów podczas sezonu biegowego. Nie jest łatwo trzymać przez godzinę (i dłużej!) ciężki aparat z obiektywem wycelowany w biegaczy, jeszcze trudniej jest fotografować w warunkach typowo zimowych. A jednak dzięki Wam mamy corocznie wiele galerii wypełnionych świetnymi zdjęciami. Dziękujemy!

Tu prośba do biegaczy korzystających ze zdjęć: oznaczajcie się wzajemnie w galeriach, lajkujcie swoje zdjęcia, ale przede wszystkim piszcie pod nimi krótkie „dziękuję”, w podzięce za miłą pamiątkę.