XIV Półmaraton Marzanny – relacja


19 marca wybraliśmy się do Krakowa na znane i lubiane przez biegaczy wydarzenie biegowe – XIV Półmaraton Marzanny. A co widzieliśmy i co przeżyliśmy, opisujemy poniżej – w rozpisaniu nad dwa głosy. Co ciekawe i wyjątkowe, jeden z tych głosów startował z grupy biegnącej na 1:39:00, drugi – stał po drugiej stronie barierek i robił zdjęcia.


Na Półmaraton Marzanny zapisaliśmy się z dużym wyprzedzeniem, mając świadomość, że start nastąpi w tydzień po naszym Biegu Wiosennym  w Katowicach. Dla Tomasza to był ostatni start w zawodach przez maratonem w Rzymie. Dla mnie pierwsze przetarcie półmaratońskie w tym roku.

Sobota wieczór

I jeszcze w piątek wszystko wydawało się być super, uczestniczyłem w wieczornych zajęciach ze stabilizacji dla biegaczy. Niestety, w sobotę rano wstałem z bólem stopy. Coś sobie naciągnąłem wieczór wcześniej i to tak złośliwie, że skutki wyskoczyły dużo później. Smarowałem maścią cały dzień, pod wieczór wydawało się, że jest już lepiej. Skompletowałem więc wyposażenie na start, tworząc – wzorem Tomka, który takie cuda buduje przez maratonami – „chłopka”. O takiego. Taki sposób składania sprzętu biegowego podnosi prawdopodobieństwo tego, że nie pobiegnę na ten przykład bez spodenek czy bez pasa z bidonami.

Wyposażenie biegacza ułożone w formie człowieka

Oczywiście pochwaliłem się moją trudną sytuacją na Facebooku, liczyłem na cud, że rano wystartuję. Mądrze do tematu podszedł Lubelski Biegacz, który w krótkich żołnierskich słowach doradził odpuszczenie startu.

Niedziela rano

Wstałem z podobnym poziomem bólu i niestety lekko opuchniętymi okolicami kostki. Tak więc zostawiłem plecak ze spakowanym ekwipunkiem i wziąłem tylko aparat foto.

To, co Paweł opisuje powyżej było dla mnie smutną niespodzianką. Sam w czwartek pisałem mu, żeby na ćwiczeniach był ostrożny, ze względu na niedzielny start. Ale cóż, nie posłuchał starszego i porwała go ułańska fantazja. Dlatego gdy Paweł w niedzielny poranek wysiadł z auta pod moim domem zupełnie w cywilu, już wiedziałem, że jednak nie wystartuje. Bardzo żałowałem, ale cieszyłem się, że będzie nam towarzyszył.

Dla mnie ten start był ostatnim poważnym etapem przygotowań do rzymskiego maratonu. Dwa tygodnie przed głównym startem zamierzałem już pobiec na ostro i spróbować kolejny raz z rzędu poprawić moją półmaratońską życiówkę. Celem było osiągnięcie wyniku poniżej 1:38.

Wiedziałem, że kiedyś taki dzień nadejdzie, gdy pojadę jako obserwator. Że będzie to nowe doświadczenie – cóż, było zbyt późno na rozdzieranie szat. Pozostało cieszyć się Waszym towarzystwem i Waszymi sukcesami.

I już w Krakowie

W Krakowie pojawiliśmy się w mocnym czteroosobowym składzie – czyli uniżony fotograf zacnych biegaczy, Bartek, Michał i Tomasz. Wszyscy trzej ambitni i gotowi na wszystko.

Biuro zawodów Półmaraton Marzanny

Pakiety startowe odebraliśmy szybko i bez jakiegokolwiek problemu – to dzięki szerokiemu rozłożeniu stanowisk odbioru, jak na powyższej fotce. W pakiecie dwa izotoniki, koszulka, odrobina makulatury, zwrotny chip oraz numer startowy.

Chwila dla fotoreporterów (i Marzanny).

zdjęcie z Marzanną Półmaraton Marzanny

Rzuciliśmy okiem  czy pacemakerzy przygotowują się wystarczająco sumiennie.

Półmaraton Marzanny balony pacemakerów

Podziwialiśmy bardzo nietypowe wyposażenie biegowe (którego autorzy przybiegli z czasem trochę powyżej 2 godzin).

Półmaraton Marzanny przebranie i wózek

Jak i niekonwencjonalne przebrania.

biegacze w piżamach Półmaraton Marzanny

Ekipa w piżamach, to osoby biegnące charytatywnie, w ramach akcji: „w piżamach dla małych serc”.

No to jeszcze kawałek podeszliśmy w kierunku startu, w towarzystwie małpy z telefonem komórkowym.

małpa z komórką Półmaraton Marzanny

Na koniec pamiątkowe zdjęcie tych co startują w Półmaratonie Marzanny (za to śmianie się uciąłem w odwecie Bartkowi dłoń).

Półmaraton Marzanny zdjęcie przed startem

I chłopaki zniknęły się rozgrzać a ja poszedłem porobić garść fotek przedstartowych.

Pogoda była przedziwna. Z jednej strony cieszyliśmy się, że jest słonecznie. W chwilach, gdy staliśmy osłonięci budynkiem, było wręcz gorąco. Gdy zaś wychodziliśmy na wolną przestrzeń, wiał porywisty i zimny wiatr. Miałem duży dylemat jak ubrać się na start. Chwilami myślałem o t-shirtce, to znów o kurtce. Ostatecznie złotym środkiem była bluza z długim rękawem. Już dawno tak nie zmarzłem na starcie. Z niecierpliwością wyczekiwałem strzału startera, stojąc tuż za plecami jednej z pary pacemakerów biegnących na 1:39.

W strefach startowych

Zerknąłem do strefy, z której bym startował, gdyby nie kontuzja.

strefa startowa 1:49 Półmaraton Marzanny

Spojrzałem czy Tomka nie ma już w jego strefie (i im bardziej go szukałem, tym bardziej go tam jeszcze nie było)

strefa startowa 1:39 Półmaraton Marzanny

Nad biegaczami dumnie powiewała flaga zagrzewająca do boju.

flaga dzielni kibice Półmaraton Marzanny

Niespodziewanie spotkałem Alka, chyba najbardziej znanego na Śląsku „wózkarza”. Przebiliśmy się pomiędzy rozgrzewającymi się biegaczami, od strony mety do jego miejsca startu.

Alek na wózku Półmaraton Marzanny

w której strzeliłem mu komplecik zdjęć. Życzyłem mu udanych kilometrów.

Aleksander Suseł Półmaraton Marzanny

Wyszedłem ze strefy startowej, na drugą stronę barierek. Czułem się łyso.

Sprawdziłem jeszcze jak przebiegają przygotowania od strony linii startu (czy wam ten pojazd też przypomina auto pościgowe z Wings for Life?

przed startem Półmaraton Marzanny

i uwieczniłem Michała i Tomasza w strefie startu. Tomek w międzyczasie (od naszego spotkania 10 minut wcześniej) wyhodował bujną fryzurę

w strefie startowej Półmaraton Marzanny

Start i po starcie

Z kilkuminutowym opóźnieniem Półmaraton Marzanny wystartował. Ciekawie wyglądało kilka tysięcy startujących biegaczy, wolno szedłem na koniec kolejki startu. I ujrzałem po raz pierwszy w życiu, jak wygląda końcówka startu, za ostatnim startującym.

koniec stref startowych Półmaraton Marzanny

Skorzystałem z toi-toia umieszczonego za barierkami, wychodzę, patrzę a tu taki widok. Jeden ze startujących spóźnił się na start, starając się szybko i sprawnie zamocować numer startowy – pomógł mu uczynny wolontariusz. Miał chłop szczęście, że nie przypiął mu tego do żeber.

pomoc wolontariusza Półmaraton Marzanny

Spojrzałem w kierunku ostatnich znikających biegaczy. Wizualizowały mi się moje poprzednie starty. Pierwszy kilometr to slalom pomiędzy wolniejszymi biegaczami. Ustalenie rytmu biegu. Wyregulowanie oddechu i radość z biegu. Niestety, dziś to nie było moim udziałem.

Z tej całej rozpaczy, że zostałem sam, poszedłem posilić się pożywną zupką, przy wydawaniu której jeszcze nie było znaczącej kolejki.

żurek Półmaraton Marzanny

I tu niestety z przykrością muszę stwierdzić, że jedynym jej atutem była temperatura. Tłusta, rzadka, raptem kilka ziemniaczków i sporo pływającej słoniny (?). Najsmaczniejszy z posiłku był chleb.

A co w tym czasie u biegnących? Ano ruszyliśmy z impetem przez krakowskie Błonia. Przez kilkaset metrów trzymałem się pacemakerów, jednak źle czując się w tłumie biegnącym za nimi, wyprzedziłem grupę i powolutku zacząłem się od niej oddalać. Miałem swój cel, trzymanie tempa w okolicach 4’35 – 4’40.  Wiatr przeszkadzał, wiał to z przodu, to z boku, czasem lekko popychał, ale utrzymanie tempa w tych warunkach wymagało częstszego niż zwykle spoglądania na zegarek.

Nie było tłoku, było szeroko i wygodnie, stawka rozciągnęła się i swobodnie mogłem biec swoje. Już po 3 kilometrach, gdy opuściliśmy otwartą przestrzeń i wpadliśmy między zabudowania, zrobiło się ciepło, ściągnąłem z głowy buffa, podwinąłem rękawy i zacząłem żałować, że jednak nie ubrałem się lżej.

Po 4 km wbiegliśmy na bulwary nad Wisłę. Piękne miejsce, piękna i wygodna trasa. Nawet silny wiatr nie był w stanie zakłócić mi dobrego nastroju. Biegło mi się komfortowo. Na 5 km zameldowałem się po 22 min i 42 sek. Czyli zgodnie z planem.

Tymczasem ja stanąłem przed sporym problemem. Niecałe 2,5km od tego miejsca był krakowski rynek. Chciałem tam dojść i zrobić zdjęcia. Niestety obawiałem się czy z kontuzjowaną nogą zdążę pokonać tę odległość i wrócić na metę zrobić zdjęcia i oddać zmarzniętym chłopakom kurtki. Przez rynek przebiegał piętnasty kilometr półmaratonu. Do mety mieli więc 6km – jakieś 26 minut biegu. Moje 2,5km też mogło mi zająć podobny czas. Spójrzcie na mapę organizatora:

trasa Półmaraton Marzanny

(mapka pochodzi ze strony organizatora)

Ruszyłem szybkim krokiem, niestety już po kilometrze odezwał się w nodze silny ból. Doczłapałem kawałek za Uniwersytet Jagielloński, pewno jakieś ok. 2km i … zawróciłem. Zbyt duże było ryzyko, że nie dość, że nie zdążę na rynek, to jeszcze nie wrócę na metę na czas. Wykonam nonsensowny spacerek.

Wracałem więc wzdłuż trasy, którą kończyli biegacze uczestniczący w biegu na 10km.

Porywisty wiatr bardzo starał się usidlić mnie w szarfy odgraniczające część dla biegaczy od alejek.

ostatni kilometr na krakowskich Błoniach Półmaraton Marzanny

Ten sam wiatr cały czas towarzyszył zawodnikom. Szukając plusów wymyśliłem, że dzięki temu, że wieje, nie ma w Krakowie żadnego smogu. W pięknym słońcu na horyzoncie pokazał się Wawel. Pomyślałem wtedy, że widoki nie ustępują tym, jakie widziałem na biegach w Pradze, Paryżu czy Wenecji. A skoro miałem ochotę podziwiać widoki, znaczyło to, że wciąż biegnę w całkiem komfortowej strefie tętna. Pomiar czasu na 10 km znajdował się na początku kładki Ojca Bernatka. Gdy go mijałem, była 45 min i 40 sek mojego biegu. Wciąż planowo.

Przez chwilę dziwiłem się widząc przed sobą po drugiej stronie rzeki innych biegaczy. Początkowo myślałem, że to czołówka półmaratonu. Ale ich wolne tempo nie zgadzało się z tą koncepcją. Dopiero po chwili wykombinowałem, że to przecież tylne szeregi biegaczy na dystansie 10 km, którzy startowali z innego miejsca niż my, a zmierzali do tej samej mety.

Zbliżając się do Rynku przeuroczą ulicą Grodzką, na chwilę straciłem rezon. Po zjedzeniu żelu i rozregulowaniu z tego powodu oddechu przez kilkaset metrów dochodziłem do siebie. Przebiegając obok Sukiennic i Bazyliki Mariackiej wypatrywałem Pawła. Jak już wiecie nie mogłem go zobaczyć, gdyż ostatecznie nie dotarł w to miejsce.

Podziwiając zabytki, minąłem 15 km z czasem 1:09:12 i ponownie mijając Wawel i Smoczą Jamę, po raz drugi tego dnia zbiegłem nad Wisłę, szykując się do decydującej ćwiartki. Biegłem na dobry czas, zanosiło się na 1:37:30 !

Tymczasem ja dostojnie kuśtykałem do mety. Żałowałem, że nie dotarłem na Rynek. Czułem się nonsensownie zbędny w tej całej wyprawie. Słyszałem dopingującego spikera, który dwoił się i troił ale… Zaraz. To nie była jeszcze meta. To była grupa zajmująca się gromkim dopingiem biegaczy. Wiecie jak się ta grupa nazywała?

Krwawe Suty grupa biegowa Półmaraton MarzannyNo nie zgadniecie!

Krwawe Suty Półmaraton Marzanny

Kto biegał dalsze dystanse, ten wie skąd ta nazwa się wzięła. Dwoili się i troili, dopingując imiennie walczących na ostatnim kilometrze biegaczy.

Ustawiłem się nieopodal znacznika 21 kilometra. To tu będą biegacze finiszowali na ostatnich 100 metrach przed metą.

Rzut oka w jej kierunku:

widok na ostatni kilometr Półmaraton Marzanny

I spojrzenie na trakt, którym przybędą finiszujący biegacze.

ostatni kilometr Półmaraton Marzanny

Aby przełamać to poczucie zbędności na trasie wyciągnąłem aparat i przygotowałem się do uwieczniania mijających mnie biegaczy. A może komuś sprawi przyjemność znalezienie się na zdjęciu? Jak za chwilę miałem się przekonać, miejsce było idealne – przy przedostatnim pomiarze czasu.

Zdjęcia robiłem kilkanaście minut – łącznie zrobiłem ich ponad 200. Aparat fotograficzny niestety, z winy karty pamięci, dość opóźniał zapis, przez co część zdjęć musiałem odrzucić. Bo były na nich np. stopa biegacza i plastikowy pachołek. Mój komplecik zdjęć możecie obejrzeć na Facebooku. Ustrzeliłem kilku biegaczy z Czerwionki oraz z Żor.

Ostatnie kilometry

Ostatnie kilometry nadal mijały mi przyjemnie i planowo. Nieswojo zrobiło mi się dopiero na 18 km, gdy w okolicach Salwatora minęła mnie jedna z par pacemakerów biegnących na 1:39. No halo! Panowie! Skąd Wy tu? Przecież powinniście być ponad minutę za mną. Zacząłem wątpić w swój zegarek. Uspokoili mnie dopiero inni biegacze wołający do nich, że biegną za szybko. Odpowiedzieli, że nie mamy racji i pognali do przodu. Zdziwiłem się, że mało kto za nimi biegnie. Kilometr później, już na Błoniach, panowie zorientowali się, że chyba uciekli własnej grupie. Minąłem ich powoli truchtających już w kierunku docelowego wyniku, który nieśli na balonikach.

Finisz!

Na 20 km miałem czas 1:32:57, chciałem utrzymać tempo 4’40” i pobić życiówkę o ponad 40 sek. Zaskoczył mnie jednak wiatr po nawrocie na prostą do mety. Wiało w twarz, szarpało transparentami, ludzie w kurtkach wyglądali jak balony. Mozolnie walczyłem o sekundy, wyprzedzał ilu tylko mogłem zawodników i wbiegłem na metę z czasem 1:37:57 o 13 sekund bijąc mój najlepszy wynik z PKO Silesia Półmaratonu !

Za metą „umierałem” przez minutę. To kiepskie uczucie gdy z tętnem finiszowym 180 nagle trzeba zatrzymać się w miejscu. Żeby tak chociaż 500 m cool-down. Serce kołatało zdziwione i dopiero widok Pawła przyniósł mi spokój :-)

Tomasz medal Półmaraton Marzanny

Ja oczywiście pilnie czekałem na przybycie Tomka. Którego o małego słonia bym nie poznał, bo zdjął z głowy żorski buff, nie byłem pewien aparatu, to mu nakręciłem krótki filmik. A w chwilę po finiszu Tomasz wyglądał o tak, uśmiech na twarzy, ładny medal na szyi i życiówka w kieszeni.

Tomasz z medalem z Półmaraton Marzanny

Mogliśmy wracać do pojazdu. Po drodze zgarniając puchary, nagrody i dyplomy.

nagrody i dyplomy Półmaraton Marzanny

Tomasz nagle został porwany przez dwóch niezamaskowanych typów i poddano go masażowi. Ale nie wyrywał się, poddał się ich umiejętnościom.

masaż Półmaraton Marzanny

Podsumowanie

Wracałem do domu bardzo zadowolony. Super impreza, świetny bieg i wynik. Do pełni szczęścia brakowało tylko równie jak mojej zmęczonej i zadowolonej miny Pawła. Wierzę, że kolejny półmaraton z pewnością już pobiegniemy wspólnie!

Zawody i średnie tętno 161 czyli o 5 niższe niż przy poprzedniej życiówce, dały mi pozytywną odpowiedź na pytanie, czy w Rzymie mogę powalczyć o kolejny lepszy rezultat w maratonie. A w pobiegowej euforii trwającej dwie doby podjąłem jeszcze jedną decyzję, o starcie w majowym maratonie w Kopenhadze. Namówiony przez kolegów założyłem, że 6 tygodni regeneracji wystarczy mi by znów zmierzyć się z dystansem 42 km i uczynić tę wiosnę, największym biegowym wyzwaniem, przed jakim dotąd stanąłem.


Wyniki Półmaratonu Marzanny możecie sprawdzić pod tym linkiem.


 

Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Tomasz – gratuluję życiówki! Paweł – życzę szybkiego powrotu do zdrowia :)
    A krwawe suty mnie rozwaliły :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.