XVII Półmaraton Żywiecki – relacja


XVII Półmaraton Żywiecki za mną. Relacje z poprzedniego Półmaratonu zakończyłem słowami: „do zobaczenia za rok”. I słowa dotrzymałem. Kolejny raz przebiegłem żywiecką „połówkę”, tym razem w sposób dużo bardziej zaplanowany. Na metę wbiegałem z uśmiechem – wiedząc, że 20 marca 2016 roku dobrze zacząłem sezon biegowy.

trasa


Przygotowania

Do półmaratonu starałem się przez ostatnie miesiące rzetelnie przygotować. Podbiegi, dłuższe wybiegania ale na przeszkodzie efektywnemu bieganiu stawał smog. Powietrze, którym musiałem oddychać (normy 6-8x przekroczone) doprowadziły mnie do aktu rozpaczy – kupiłem maskę, której używałem podczas większości wybiegań. Niestety, taki sposób oddychania wymuszał przerwy w biegu (złapanie oddechu, oczyszczenie nosa), stąd rzeczywista forma stała pod znakiem zapytania.

Siedział mi ten żywiecki bieg w głowie, stąd nie odpuszczałem, kilka razy nawet udało mi się potrenować świtem, jeszcze przed pracą. Ewenement, jeśli o mnie chodzi.

Na bieg pojechaliśmy w składzie sprzed roku – mgr inż. Anioł za kierownicą (przez którego wziąłem udział rok temu w pierwszym moim żywieckim półmaratonie) , Sylwester, wracający na drogi biegowe po kontuzji kolana, no i ja. Mgr inż. Anioł miał pobiec „ile fabryka dała”, Sylwester „turystycznie” no a ja… Jak się uda. Rok temu  z racji kontuzji, Sylwester smętnie przechadzał się z aparatem fotograficznym, w tym roku startował.

Pogoda

Znaczącym pytaniem było jak to będzie z pogodą. Rok temu trafiliśmy w okienko pogodowe, było chłodno i chwilami siąpił deszcz. W tym roku miało być zimniej ale bez opadów. Wziąłem dwie zmiany ubioru, wersję cieplejszą oraz krótkie spodnie. Trochę liczyłem, że pobiegnę w tych drugich ale na miejscu, po przyjeździe okazało się, że jest LODOWATO.

pogoda

Wiał wiatr, chmurzyło się, temperatura była wciąż fajna do biegania ale nie do stania i rozmawiania. Szybko udaliśmy się odebrać pakiety startowe.

Start

Rok temu każdy biegacz szedł z „kliszą RTG” – bo numer startowy był w dużej papierowej kopercie. W tym roku miniaturyzacja. Ruch szybko rozłożył się wg stanowisk, wg alfabetu.

Biuro

Chwila nerwów przy moim nazwisku – miła wolontariuszka nie mogła znaleźć mojego nazwiska. Emocje rosły. Nazwisko znaleziono ale nie to imię. Gdy już myślałem, że pobiegnę tylko hobbistycznie, wokół parkingu, koperta trafiła w moje zziębnięte dłonie.

Numer startowy, informacje o biegach, koszulka i kupon na obiad. Niczego więcej mi potrzeba nie było. Później dowiedziałem się, że ponoć można było wybierać czy koszulka, czy ręcznik – dziękuję, zostaję przy koszulce.

Bieg blogerów

Plany spotkań były ambitne. Mieliśmy się spotkać z Markiem z drogi do Tokio, z którym właściwie spotykamy się na biegach regularnie, i z Piotrem z piotrfit.pl oraz z Asią z asiaprosto.wordpress.com. Liczyłem też, że spotkam Edytę i Grzegorza – małżeństwo biegowe, ale w tłumie 2500 biegaczy nie udało się. Marek i owszem, przemknął blisko naszego rydwanu, chwila rozmowy i życzenia udanego startu. Niestety z Piotrem i Asią nie udało nam się ostatecznie spotkać. Zabarykadowaliśmy się – z racji zimna – w pojeździe. Wyszliśmy z niego dopiero na rozgrzewkę.

Wiem, że w biegu startowało więcej blogerów, pewno wkrótce w internecie znajdziecie wiele ciekawych relacji.

Oczekiwanie przy miasteczku toi-toi

Siedzieliśmy w aucie uzupełniając kalorie i negując to, co zastaliśmy na zewnątrz naszego lądownika. Na szybach od strony mgr. inż. Anioła ponoć nawet pojawiły się śnieżynki, ale z Sylwestrem zakrzyczeliśmy go, że to nieprawda. On widział jakieś płatki, my tylko losowe kropelki deszczyku. No bo jak, śnieg w Żywcu?

Wszyscy biegacze tradycyjnie podczas biegów narzekają na niewystarczającą liczbę … toi-toiów. Było kilka biegów, gdy ustawiono ich nieskończoną liczbę i to przy strefach startowych, niestety i tak znaleźli się tacy, co je przegapili. I marudzili. Niedaleko nas utworzono prawie „uliczkę toi-toi”,

toitoi

 (18 sztuk +2 przy wejściu), przy której postawiono nawet kontener z prysznicami oraz umywalkami.

kontenery

Z wielką przyjemnością umyłem sobie ręce w ciepłej wodzie – takiego luksusu to jeszcze nie napotkałem podczas biegu.

Po rozgrzewce udaliśmy się na rynek.

idziemy

Ustawiliśmy się (po konsultacjach) po dobrej stronie startu. Czas na sesję foto.

Takich trzech, jak nas dwóch to nie ma ani jednego, prawda?

20160320_102220

Jeszcze jedno wesołe „selfie” i to z tradycyjnego aparatu, nie z komórki. Trafiłem! Sam w siebie!

selfie

Pewno pamiętacie moją relację z Półmaratonu Królewskiego? Po wyjściu z Areny oczom moim ukazał się trawnik a na nim mnóstwo „wykluwających się” biegaczy z kolorowych folii cieplnych:

2. PZU Cracovia Półmaraton Królewski 2015- folie

Półmaraton Królewski w Krakowie 2015 – biegacze „wykluwają się” z kokonów…

Taką wziął na bieg w Żywcu ze sobą mgr inż. Anioł. Ubrał się w nią. Gdy szedł wyglądał niezwykle stylowo. A wręcz … odlotowo. Czy to biskup w szatach liturgicznych, może to rycerz Jedi w płaszczu mocy?

DSCN0579

Później Tomek się w nią zawinął i … no zacząłem się zastanawiać co się z niego wykluje. Ten szlachetny wyraz zadumy na twarzy… To skupienie… Tomasz

Wymyśliłem! Lecz zanim poinformowałem go, że po odrzuceniu folii może się okazać, że część jego członków zrobiła się czarna, na wzór Kenijski rzecz jasna, nastąpiły…

Wędrówki ludów

Otóż jak słusznie przypuszczaliśmy, nie wszyscy ustawili się po dobrej stronie startu. Niestety. Później wyczytałem na fanpage biegu na Facebooku, że na rynku była rozgrzewka. Tak wyglądało „przedpole” czyli miejsce w kierunku właściwego startu.

Przedstartem

A tak wyglądała uliczka za nami. Wąsko i ciasno.

za startem

No i ci co się rozgrzewali nagle znaleźli się twarzą w twarz z ponad tysiącem biegaczy. A organizatorzy nie utworzyli stref startu, pytanie zresztą jak to mieli uczynić na tak wąskiej uliczce. No i usłyszeliśmy hasło, że „się mamy cofnąć”. Wszystko świetnie, ale JAK? Pierwsza fala biegaczy przesunęła nas – oddzielając mgr. inż. Anioła od nas – spychając go wgłąb tłumu a nas dociskając do ściany kamienicy. Później już były tylko fale nr 2 i nr 3. Po każdej z nich robiło się ciaśniej i … cieplej! Planowana godzina startu dawno minęła a my dalej tak staliśmy i nasłuchiwali odgłosów z rynku. Nic z tego, może to rynek był dobrze nagłośniony. Ale uliczka startowa – wcale. Było ciasno, może nie tak jak w porannym tramwaju w Katowicach na ulicy Warszawskiej, ale podobnie.

Huknął strzał, ruszyliśmy. A raczej nas „rozprężyło”. Oczywiście rozpoczęła się akcja „wyprzedzanie” bo wędrówki ludów  wymieszały nas dogłębnie. Wyprzedzanie wolniejszych biegaczy biegnących „ławą” jest dość skomplikowanym zabiegiem. Kilka zakrętów i opuściliśmy gościnne centrum miasta. Po drodze dognałem Sylwka, który coś tam wymruczał o zbyt szybkim tempie na pierwszym kilometrze, że zobaczymy na mecie. Ano zobaczymy – ja wolałem moje dość równe tempo 5:15-5:30. I tu jeszcze słówko o tym, jakie miałem…

Założenia

Rok temu przybiegłem w moim pierwszym półmaratonie żywieckim na czas 2:01:56. W tegorocznej wersji minimum chciałem ten czas poprawić. W wersji optimum ujrzeć na zegarze na mecie „jedynkę” z przodu. A maksimum? Na dużo lepszy wynik mnie nie było stać. Może 1:57 by było realne? Tu bym musiał z średnim tempem utrzymać 5:30min/km. O wszystkim mógł zadecydować podbieg na 14 i 18km. Tych się obawiałem.

Ze sobą wziąłem 2 bidony wody na pasie (po 170ml) oraz 2 hydrożele. Z tymi żelami to śmiesznie, bo przez kilka miesięcy myślałem, że mam w szufladzie dwa. Ostatnią „połówkę” biegłem w Krakowie, więc kiedy to było! A miałem w rzeczywistości jeden – dobrze, że Tomek miał zapas i mnie jednym poratował. Żele zamierzałem wypić na 7. i na 14. km.

Czy rzeczywiście mi były potrzebne? Chciałem mieć komfort niemyślenia o zaopatrzeniu w kalorie czy w wodę. Wolałem, jako astmatyk, skupić się na oddechu. I wytrzymałości mięśni.

Jeszcze szczegół, który okazał się bardzo ważny. Do kieszonki mojego pasa biegowego wchodzi tylko jeden żel. Dwa muszą być mocno upchnięte, przez co zazwyczaj „dyndają” radośnie, jeszcze bardziej wtedy przypominam galopującego słonika. Tym razem jeden żel upchnąłem do kieszonki na rękawie.

Bieg

Od startu biegło mi się świetnie. Kilometry mijały, tempo rosło, musiałem się hamować, żeby nie schodzić poniżej 5:15, to nie miało sensu. Trasa żywiecka to nie tylko sławny podbieg na „osiemnastce”, to też kilka miejsc, gdzie można nieźle „pogonić kucyki”, spotykając się potem z podbiegami.

Na fotce poniżej znany ze zdjęć podbieg pod most. Pięknie wygląda taka kolorowa, wijąca się rzesza biegaczy.

most

Przed piątym kilometrem minął mnie Sylwek, który równo utrzymywał tempo 5:00, zbyt ostre jak dla mnie. Przez jakiś czas jeszcze widziałem jego charakterystyczną czapkę… Zakręt jeden drugi, później już znikł w oddali. „Ach ta młodzież”…

Na piątym kilometrze zdjąłem z szyi buffa, nie było wiatru, było mi coraz cieplej. Temperaturę regulowałem za pomocą pewnego metalowego urządzenia Otóż w mojej bluzie pod szyją mam … suwak. Proste i sprawdzone rozwiązanie. Bez kosmicznej technologii.

kolorowo biegowo

Wg mojego Polara m400  byłem cały czas w założonym średnim tempie biegu, które wahało się w okolicach 5:20-5:25min/km. Nogi cały czas rwały się w granicę 5:00, ale przede mną było jeszcze sporo kilometrów. Wg estymacji mojego zegarka gdybym gnał tak jak na zbiegach, to bym zakończył bieg z czasem około mojej życiówki – 1:50. Na podbiegach niestety tempo spadało a zegarek wskazywał 2 godziny.

czas ukonczenia

Punkty z wodą

Czyli popularne „wodopoje” to był idealny przykład „twórczej improwizacji”. Z dużym zdziwieniem obserwowałem co się na nich działo. Z jednej strony było widać entuzjazm wolontariuszek i wolontariuszy, z drugiej – zmagania z „materią”. Pierwszy punkt „odpuściłem” bo bym się musiał ustawić w kolejce i poczekać na wodę. Zdziwiłem się mocno, widząc bardzo krótki zestaw stolików, z których biegacze mieli brać wodę. 2200 startujących i takie stoliczki? Na cztery punkty skorzystałem z trzech, za każdym razem dziwiąc się, jak bardzo to wszystko skomplikowane. Ale i tak miałem szczęście, bo ponoć później zabrakło … kubeczków.

Ciepły posiłek

Po siódmym kilometrze połknąłem pierwszy hydrożel. Charakterystyczny smak. Żołądek dobrze go przyjął. Biegłem dalej. Po podbiegu w okolicach 14km połknąłem drugi hydrożel. Śmieszna historia, wyciągnąłem bo z kieszonki na ramieniu i poczułem, że jest … ciepły! Pierwszy raz w życiu łykałem podgrzany żel! Miałem normalnie ciepły posiłek na trasie! Nie ma co, następnym razem biorę schabowego. I frytki.

Droga1

Widoki

Cóż, w tym roku pogoda nas nie rozpieszczała. Wszystko jakieś szare i przymglone.

szaroburo

Do tego niska emisja z okolicznych domostw zasnuwała okolice dymem. Ale i tak wciąż bardzo mi się podobało.

Widoki

Pilnie rozglądałem się wypatrując ciekawostek. Ot w pewnym miejscu z zadumy biegowej i refleksji nad wpływem supinacji na kadencję kroku wyrwały nas szlachetne dźwięki muzyki klasycznej.

pianina

Gdy wbiegaliśmy do Tresnej, poczułem dreszcze. Ja tu biegłem rok temu. A teraz znowu. I do tego się całkiem dobrze czuję – mogę gnać i gnać…

Tresna

Radością nas napawał również uroczy widok premii. Górskiej.

premia

Przy zaporze w Tresnej już wiedziałem, że jeśli utrzymam tempo to przybiegnę ok. 1:57. Jeśli nie, będę walczył o zejście poniżej 2 godzin biegu.

widok jezioro

Podbieg na 14km przetrwałem bez problemu.

podbieg 1

Później spotkałem Iwonę i Wojtka z grupy biegowej Luxtorpeda z Czerwionki Leszczyn. Było z górki, to im pokazałem, ho ho, co to znaczy rozpęd i trzymanie pędu, gdy się ma moją masę.

szybko

Cyknąłem im przy okazji fotkę.

LuxtorpedaPo czym oni, nie przerywając konwersacji, pokazali mi, co to znaczy przyspieszenie pod kolejną górkę. Ho ho.  Na mecie byli przede mną prawie 3 minuty.

Podbieg na 18 kilometrze

To ten taki osławiony. Biegłem i biegłem, przesuwając sobie co kawałek granicę, dokąd dobiegnę, gdzie sobie chwilkę marszu zrobię, dla wyrównania tętna. I tak sobie celowałem z daleka na pomarańczową koszulkę jakiegoś widza. Aha. Im bardziej celowałem tym dalej było. Co się okazało? Otóż to była jakaś biegaczka, która zrobiła sobie chwilę odpoczynku i ruszyła ponownie. A ścigać się akurat pod tę górkę, to ja nie zamierzałem. Na szczycie górki wszystko było już jasne.

zywiec

Niecałe 2km do mety. Rok temu bardzo się rozpędziłem na zbiegu, później zrobiło się równo a ja już byłem bez sił i bez oddechu. Teraz zbiegałem dostojniej, zbierając siły na ostateczny finisz. Który całkiem mi się udał, minąłem linię mety z czasem 1:57:47 jako 1533 biegacz tego dnia.

Pełne wyniki XVII Półmaratonu Żywieckiego znajdziecie na stronie Datasportu. Wygrał METTO David Kiprono z Benedek Team, z czasem 1:06:26 – sekundę przed swoim klubowym kolegą TOO Silas Kiprono i półtorej minuty przed Ukraińcem SALO Tarasem (1:08:00).

Na szyi zawisł medal, dostałem butelkę wody. Bieg skończył się.Za mną trudy trasy pokonywało jeszcze 709 biegaczy. Przybiegłem w „pierwszych 68% biegaczy”. Rok temu było to „79% biegaczy” więc 11% postęp… To chyba dobry, co? Na sześć moich startów w półmaratonach to jest mój trzeci czas.

Co mnie w wyniku zaskoczyło? Ano to, że wg Datasportu mierzącego czasy i międzyczasy 5km pokonałem po 24 minutach 55 sekundach. To by był mój rekord na 5km! Naręczny pomiar absolutnie tego nie potwierdził, więc po prostu będę musiał wystartować w zawodach na 5km, żeby potwierdzić swoją formę.

Wróciłem na parking, gdzie przy samochodzie krzątał się już mgr inż. Anioł. 526. biegacz tego biegu, z nową życiówką na 21k: 1:40:14. Piękny czas! Sylwester był 1319. z czasem 1:53:57 – również zrobił życiówkę!

Wycisnąłem demonstracyjnie z mojej polarowej czapki wąski strumyczek wody, na znak, że też uczciwie się spociłem podczas biegu. Wynik wynikiem ale byłem zadowolony. To był dobry bieg wieńczący solidne (jak na mnie) przygotowania.

Podsumowanie

Trochę cyferek. Tak pobiegłem w roku 2015:

03_2015

A tak w tę niedzielę. 03_2016

W roku 2015 na mecie byłem wykończony. Ledwo wygramoliłem się z auta po przyjeździe do domu. Dałem z siebie absolutnie wszystko.

Pomijając fakt posiadania pulsometru, a więc wiedzy o bieżącym tętnie, to cyferki dość podobne. Tylko teraz o 15 sek/km szybciej.

W roku 2016 stać mnie też było na szybki finisz, po którym szybko odzyskałem równowagę. Mało tego, po południu czułem się świetnie. Lekki ból mięśni pojawił się dopiero nazajutrz. Pobiegłem kontrolując tempo i poziom wysiłku. Z niewielką rezerwą. Jako punkt wyjścia do szlifowania formy na resztę roku – świetny prognostyk.

Jak podsumować ten bieg?

Plusem jest świetna i dość zróżnicowana trasa. Każdy znajdzie na niej coś dla siebie.

Minusem w tym roku były proste wpadki organizacyjne. Najważniejsze jednak jest to, że organizator wyciągnie wnioski z błędów. Poniżej jego oświadczenie:

Drodzy biegacze.Dziękuję Wam za wszystkie uwagi, z całą pewnością dołożę wszelkich starań, aby w przyszłym roku było lepiej.

Deklaruję biegaczom wysyłkę medali, których z niezawinionych przez nas przyczyn zabrakło, z dodatkową rekompensatą 50 procent zniżki opłaty startowej w roku przyszłym. Z nowości: mając na uwadze zaistniałą po raz pierwszy sytuację na starcie wprowadzimy strefy startowe oraz większą liczbę wolontariuszy na punktach odżywczych (w tym roku dodaliśmy jeden punkt odżywczy i nieograniczoną liczbę wody).

W tym roku sprowadziliśmy także zewnętrzne kabiny prysznicowe i agregaty prądotwórcze, które już od soboty podgrzewały wodę, aby znowu choć trochę poprawić warunki udziału w biegu). Nie wszystko się udało, ale proszę o choć trochę wyrozumiałości dla nas.

Ze sportowym pozdrowieniem, Mirosław Dziergas, dyrektor biegu.


Czyli … do zobaczenia za rok!

medal

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

16 komentarzy

  1. Fajna relacja! :)
    Do zobaczenia w przyszłym roku.
    Jakoś już teraz nie wyobrażam sobie marca bez przyjazdu do Żywca.

  2. Piotr Stanek pisze:

    Dziękuję za podlinkowanie.
    I gratuluję udanego biegu.
    Prawda, że wymagający i fajny bieg?

    Ano, nie dane nam było się spotkać. Też grzaliśmy się w aucie :)
    Co się jednak odwlecze … bo pojawia się okazja na porządne dłuższe spotkanie w BB na biegu Fiata.

    • Bookworm pisze:

      Bardzo się cieszę :) Bieg Fiata jest wyjątkowy i pacemakerzy, i jazda autobusem, i świetna, szybka trasa no i organizacja tip-top :) (żebym nie zapeszył).

      • Piotr Stanek pisze:

        Do zobaczenia w BB zatem :P

      • Joanna Kurek pisze:

        Do zobaczenia w maju na Biegu Fiata :) Będzie zdecydowanie płasko w porównaniu z Żywcem :))

        • Bookworm pisze:

          Do zobaczenia! Tam z profilu pamiętam,że do połowy lekko do góry a potem gaz, ile fabryka dała :D

          • Joanna Kurek pisze:

            Na początku podbieg do ronda i to jest rzeczywiście podbieg, choć krótki, później zbieg do dworca PKP, a później płasko, aż do Hotelu Viena. No dobra, trasa cały czas delikatnie się wznosi, nawet na jednych światłąch lekko się podnosi, ale to jest w bielskich kategoriach zdecydowanie płasko. Za to po nawrotce cały czas delikatnie w dół. I do mety :)

  3. Socjopatka pisze:

    „Szaty litugriczne” na biegach zawsze podobają mi się najbardziej. Tylko na maratonach to ja kibicuję, a nie biegam! :) Zdjęcie sprzed 3 lat. :D

  4. BasiaK pisze:

    Dziękuję za zapewnienie mi fajnej lektury na wieczór. Z ogromną przyjemnością przeczytałam kolejną relację z biegu, jak zwykle ciekawą i z humorem. Skoro można wziąć na połmaraton schabowego i frytki, to ja chcę pobiec. :-) Haha, żartuję oczywiście, bo dalej nie rozumiem jak można przebiec ponad 20 km. I nie wiem czy zrozumiem. :-) Gratuluję wyników i Tobie i Twoim kompanom. :-)

  5. Piękna trasa, piękny tekst :) Zazdroszczę, że mogłeś pobiec po takiej fajnej okolicy. Z innych spraw: dwa żele na półmaraton to nie za dużo? Jaką firmę podjadasz?

    • Bookworm pisze:

      Żele polecił mi Tomek – PowerBar – hydrożele. Smaki właściwie dowolne – tu znalazłem przykładowo z colą: https://www.vitalabo.pl/powerbar/powergel-hydro-max. Co do ilości, bardzo dobre pytanie, myślę, że to kwestia czasu pozostawania na trasie. Tam była bodaj propozycja żelu/40 min wysiłku (musiałbym odkopać ulotkę) – jeśli ja na trasie zostaję prawie 2h to jest trochę inaczej niż Tomek, który spędza na niej 20 minut mniej. Jeśli dobrze pamiętam w Bytomiu też tylko jeden żel zjadłem :) no ale wtedy byłem 10 minut mniej na trasie.

      • mgr inż. Anioł pisze:

        Ten z colą ma kofeinę, mnie po nim wali na dekiel, raz użyłem przy tętnie ponad 160 i myślałem że odlecę :) więc stosuję pomarańczowe dla mięczaków :)

        • Bookworm pisze:

          To pewno kwestia oporności na kofeinę. Na mnie to tak nie działa, ale dużo kawy piję (piłem). A co mnie kiedyś tą kofeiną nastraszyliście przed biegiem, to moje ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.