XXII Bieg Korfantego – relacja


No i stało się. 18 kwietnia 2015 roku pobiłem swój rekord na 10km! Nie, ja go nie pobiłem, ja go zmiażdżyłem. To był mój dobry dzień. Ten wpis będzie pełen wzlotów i upadków oraz tematów pobocznych. Jeśli jesteś gotów na rockandrollową jazdę bez trzymanki … Zapraszam. Ale lepiej zapnij pasy. Załóż kask. I otul się ciepłym szlafrokiem. Ale po kolei.


W biegu w Katowicach miało uczestniczyć wielu znajomych. Jednak przed samym biegiem zaczęło wyglądać na to, że pobiegnę w nim sam. Albo i gorzej, nawet ja nie pobiegnę, bo jakieś złośliwe wirusy postanowiły rozłożyć również mnie. Kaszel, osłabienie, ech.

Nawet mój kolega mgr inż. Anioł (taki pseudonim już chyba mu pozostanie, wszystkich zainteresowanych genezą odsyłam do mojego wpisu z biegu przebierańców po „moczkę i makówki”), który miał w biegu wystartować, został rozłożony przez wirusy. Znikąd nadziei. Ale… na kilka dni przed startem mgr inż. Anioł się odezwał. „Jestem na powrót w grze, wirusy pogonione, to jedziesz?”. „Jadę!”. Ten to potrafi. Ale z którejś strony ten Anioł to anioł wyższego chóru anielskiego, co można było zresztą stwierdzić po wielkości skrzydeł podczas sławnego biegu w Stanowicach. Stare dzieje, prawda?

Co prawda na 2 dni przed biegiem podczas ostatniej przebieżki prawie skręciłem nogę a do tego po 5km wyzionąłem ducha. Ale ostatecznie byłem gotów na wszystko. Czyli na przebiegnięcie dystansu 10km w jakieś 55minut.

Zimno

Przyjechaliśmy do Katowic dosyć wcześnie. Zmotywowani. Przygotowani. I kaszlący zamiennie. Niestety ale nie na aż takie zimno, jakie panowało o godzinie 9.00. Były całe 4 stopnie i zimny wiatr. Nieźle.

Było tak zimno, że przypomniały mi się tabele z kursu na żeglarza jachtowego, jaką pozycję należy przyjąć w lodowatej wodzie, żeby nie tracić ciepła.

Hipotermia

Nie powiem, te pierwsze pozycje u biegaczy przed rozgrzewką widziałem. Te drugie również. Ale nam z kolegą mgr inż. Aniołem pozostało liczyć na rozgrzewkę w czasie biegu. Odebraliśmy numery startowe i udaliśmy się do wygrzanych autobusów stanowiących równocześnie szatnie i depozyt.

Autobus, bieg Korfantego 2015

Po przebraniu się ruszyliśmy na małą przebieżkę aby się rozgrzać.

Zew natury (aka Call of ToiToi)

Celem naszej wyprawy było nie tylko osiągnięcie komfortu termicznego. Przyczyna była prozaiczna. Wyjątkowo długa kolejka do toi-toiów. Nie wiem jak to się zdarzyło, ale w takim Żywcu, gdzie było 1800 uczestników, kolejki były ale… Nie aż takie!

Relacja, bieg Korfantego 2015

Ruszyliśmy więc raźnie, odbijając się od klamek kolejnych zamkniętych i zabarykadowanych instytucji.

toitoi1Ci co biegają, dobrze wiedzą jak to jest ze stresem przed biegiem i z koniecznością nawiedzenia WC. Ci co nie wiedzą, niech uwierzą. Są przed biegiem rzeczy ważne. Są niezbędne. I jest Toi toi. Jak wygląda biegacz czy biegaczka przed biegiem? Właśnie tak:

Ta przebieżka zahaczyła aż o dworzec PKP (udało się, udało się!), a po drodze o targ, gdzie zjedliśmy sobie po bananie. Miłe panie handlarki na nasz widok (dwóch biegaczy w krótkich spodenkach) prawie mdlały otulalając się mocniej futrami. Najważniejsze, że nam przestało być tak zimno. Ba, zaczęło nawet być CIEPŁO.

Na placu Sejmu Śląskiego grała sobie orkiestra. No to PSTRYK.

Orkiestra, bieg Korfantego 2015

Tak właściwie to byliśmy gotowi do biegu…

I właśnie przez tę fotkę straciłem kontakt z Aniołem, ale za to znalazłem innych znajomych, pewne bardzo sympatyczne małżeństwo, które biega razem. Gdzie ty Kajus tam ja Kaja. 

No to czas na …

Start!

Dobra, przegadaliśmy start. A wszystko przez tak ustawione nagłośnienie, że nagłaśniało głos speakera ale dla osób stojących na placu Sejmu. Nie dla biegaczy stojących już na ulicy. A ja ustawiłem się kawałek dalej od startu i włączyłem się w lokalne pogaduchy.

O czym rozmawiają biegacze przed startem?

Kto biegnie na jaki czas. Dlaczego dziewczyna obok, ubrana w krótkie spodenki ma taką gęsią skórkę i czy to znaczy, że będzie biegła bardzo szybko. Kto biega rekreacyjnie (i dlaczego „rekreacyjnie” ostatnio zaliczył 2 maratony. I tak dalej. Fajne jest to, że wszyscy się do wszystkich uśmiechają, panują swobodne pogaduchy i wielka radość. Tymczasem głos z nagłośnienia coś tam wytrwale opowiadał. „Blublublu bla bla blugubuguubugu”.

11.02 minęła a startu nadal nie było. Ale wreszcie „coś drgnęło” czyli chyba start. Po starcie jeszcze chwilę bezsilnie czekaliśmy aż tłum ruszy. Właściwie to doszliśmy spacerkiem do startu.

A potem zrozumiałem co to znaczy…

Bieg uliczny

Całe szczęście, że przed biegiem kolega Anioł wkodował mi trasę do głowy – w końcu rok wcześniej nią biegł. Pierwszy etap prowadził wąskimi uliczkami na których po obu stronach były zaparkowane samochody. Wiecie co to znaczy?

Ano gdy w uliczkę trafia strumień 1000 biegnących ludzi, to zaczyna się „rodeo”, bo samochody hamują boczne strumienie biegnących. Dlatego, zgodnie z radą, ustawiłem się na środku ulicy, co było optymalnym rozwiązaniem. Problem dotyczył właściwie tylko dwóch pierwszych zakrętów ale …

Napotkałem tradycyjny inny problem. Słupki na chodniku. Tylko mój wspaniały refleks gracza uratował mnie przed gwałtownym wyhamowaniem za pomocą intymnych części ciała na metalu. Brrr…

No i tak sobie biegliśmy uliczkami Katowic, gdy wspomniany instynkt gracza znowu dał o sobie znać. Już od startu próbowałem wyprzedzać wolniejszych graczy, ech, biegaczy lawirując między nimi. Miałem też świadomość, że mnie również niejeden biegacz goni. A ciasno zaparkowane auta zachęcały do tego typu akcji – zabiegania drogi i … Sami popatrzcie….

 Ale oczywiście nikomu nikt krzywdy nie robił i wkrótce przebiliśmy się na ul. Warszawską. I zrobiło się szerzej i luźniej.

Jeszcze jedna obserwacja, od ponad 20 lat jestem kierowcą i pewne zachowania drogowe mam wkodowane. I nie tylko ja – tu fragment fejsbukowej dyskusji:

Dyskusja FB, Bieg Korfantego 2015, KatowiceGdy trafiliśmy na ścianę „czerwonych świateł” podświadomość kazała zatrzymać się :D

Traffic

Wyprzedzanie

Z wielkim zdziwieniem wyprzedzałem kolejnych biegaczy. Bardzo starałem się trzymać równe tempo i nie przyspieszać zbyt intensywnie, ale trasa wręcz zachęcała do szybkiego biegu. Poza pierwszym kilometrem tempo podawane mi przez endomondo oscylowało około 5:05-5:15 min/km. Nawet podbieg pod Korfantego mnie nie spowolnił, więc założone 55min było realne mimo zimnego, przeszkadzającego wiatru! Ale na jakiekolwiek kalkulacje mogłem sobie pozwolić dopiero od 5km.

Na 5km dostaliśmy wodę (pierwszy bieg na 10km w którym dawano wodę) i tu zdziwienie – dostawaliśmy wodę butelkowaną. No ile też biegacz przy 4’C wypije? Dwa łyki? Upiłem łyk, drugi i odrzuciłem butelkę – szkoda wody.

Biegliśmy dalej a ja wciąż i nieustannie powoli wyprzedzałem. To był mój pierwszy bieg, w którym nie ja byłem wyprzedzany ale ja wyprzedzałem. Powoli, biegacza po biegaczu. Czyżbym się ustawił zbyt z tyłu? Czyżby ciężko aplikowane treningi interwałowe dawały o sobie znać? A może bieg był taki szybki? Czy może „spuchnę” na końcówce i będę walczył o 55minut? Choć z którejś strony warunki tak właściwie były prawie idealne (poza wiatrem).

Szacun

To był mój pierwszy bieg, w którym również uczestniczyły osoby na wózkach. 5 odważnych, z których 4 dotarło do mety. Widzę też osobną klasyfikację osób z innymi schorzeniami. Może to i był bieg uliczny. Może i było miejscami z górki. Ale podjazdy pod Korfantego czy na wiadukcie w Siemianowicach były męczące. Plus początek na brukowanych uliczkach. Gratuluję i podziwiam.

Byle do mety

Tymczasem od siódmego kilometra poczułem, że oddycha mi się już nie tak lekko. Endomondo wyjaśnił mi ten fenomen – zszedłem w niemiły dla mnie zakres tempa – poniżej 5:00 – 4:39 zwolniłem trochę do 4:57 ale już byłem zmęczony. Jak zwykle, nie mięśniowo ale oddechowo. A od 8km przyplątała się uporczywa kolka. Wiecie jak to jest, boli, blokuje oddychanie i wtedy pojawiają się przeróżne myśli, stanąć, zatrzymać się, odpocząć, co ja właściwie tutaj robię. Próbowałem sobie wizualizować koniec biegu, wmawiać sobie, że jest dobrze ale nic. I wtedy włączyła się moja podświadomość. Pamiętacie sierżanta Hartmanna z Full Metal Jacket?

Hartmann

Sierżant mnie tak pogonił, że „wyprzedziłem” ból i skupiłem się na obliczeniach z jakim to ja właściwie czasem przybiegnę na metę… 8km. Na stoperze 42:00 – czyżbym miał szansę na taki czas?? No to gazu! Na osłodę … zaczął padać śnieg…

Jeszcze ostatnie dwa zakręty. Widzę biegaczy idących od strony mety z medalami, szczęśliwcy. I wreszcie widzę za ostatnim zakrętem metę. A na wyświetlaczu magiczna liczba: 51:20!! Przyspieszam i na ostatnim oddechu przekraczam linię, wiedząc, że jest to czas BRUTTO, więc przybiegłem przynajmniej 20 sekund szybciej… A może i 51min uda się złamać? Medal wisi już na moich skonanych płucach.

A w namiocie po lewej stronie dają… 1,5litrową wodę :D Naprawdę, w czasie tego biegu panuje jakaś megalomania, wody ci u nas dostatek przyjmij więc i te 1,5 litra :D Znajdujemy się szybko z kolegą Aniołem, on prawie złamał 45 minut :D Cóż, anioły tak mają… ;)

Szybka decyzja – „zjemy coś na mieście”  – z racji porywistego, zimnego wiatru nie będziemy tacy mokrzy konsumować kiełbasy na otwartym terenie. Ten wariant mamy przećwiczony i utrwalamy go w postaci nowej, świeckiej (anielskiej?) tradycji.

Znajdujemy nasz autobus „depozytowy”, z niemałym trudem odszukujemy nasze worki z ubraniami. Mojego szukałem dobre 5 minut, bo ktoś przełożył go w zupełnie inne miejsce w autobusie. Ten punkt nie był dobrze rozegrany przez organizatorów.

Na drodze stanął nam jednak problem natury technicznej.

Autobus nr 1

Byliśmy w końcu w Siemianowicach Śląskich. A start biegu był w Katowicach. Należało więc jakoś wrócić. O godzinie 12.15 miał odjechać pierwszy autobus powrotny. Tylko póki co przebierały się w nim jeszcze kobiety. Czekamy więc…

Doczekaliśmy się. Zapakowaliśmy się do autobusu i … Zrobiło się ciasno. Potem zrobiło się bardzo ciasno. A potem zrobił się klasyczny ścisk, przypominający mi czasy studenckie i próby wejścia do tramwaju na Warszawskiej. Gdzie drzwi się otwierały i wypadali pasażerowie. Byłem w okolicach szyby i bankowo przypominałem glonojada. Jeszcze jedna tura biegaczy wejdzie to wyjdę razem z szybą.

Kierowca rozpoczął procedurę zamykania drzwi. Prób zamykania drzwi. Trwało to około pięć minut, autobus był przegubowy i trochę tego do zamykania było. Ruszyliśmy i przejechaliśmy może metr. „Przesuńcie się do tyłu, bo nie pojedziemy”. Śmieszne, dokąd „do tyłu?”. „Musi część z was wyjść”. Mus to mus, po 10 minutach namysłu część biegaczy wyszła i autobus, ociężale, bo ociężale ale ruszył. Po pół godzinie dotarliśmy na miejsce startu kończąc procedurę biegową.

Podsumowanie

Bardzo sympatyczny bieg, zakończony dla mnie bardzo szczęśliwą życiówką. Bieg uliczny z wszystkimi atrakcjami towarzyszącymi. Bieg dobrze zorganizowany i oznaczony. Na trasie bardzo widoczne służby porządkowe i wolontariusze.

Choć po dniu zastanowienia (i lekturze forów) właściwie niezrozumiałym są 2 fakty:

1. Dlaczego nie można było urządzić szatni/biura startowego w którymś z budynków użyteczności publicznej przylegającego do placu Sejmu Śląskiego?

2. Dlaczego na mecie znowu było zbyt mało medali?

Ubogi pakiet startowy – ale to zrozumiałe, bo i wpisowe było niskie (pierwsze pytanie w domu – „tatusiu medal i czy coś jeszcze dostałeś?”). Dziwi mnie tylko słabe wykorzystanie biegu do promocji czegokolwiek. Foldery miejskie Katowic, Siemianowic Śląskich? ZERO. Jakaś promocja miasta? ZERO. Z punktu biegacza jest to nieistotne, ale z punktu działań marketingowych miasta? Punktów tu sobie nikt nie nabił. Taki półmaraton żywiecki wykorzystał taką okazję celująco.

Wyniki biegudostępne na stronie Datasport.

Wspaniała galeria biegu autorstwa Łukasza Rybickiego, który niestety z powodu kontuzji nie mógł wystartować a wytrwale poświęcał się w tym chłodzie robiąc wszystkim zdjęcia. Dziękuję, kawał dobrej roboty (i 2 moje zdjęcia).

Plus liczne relacje medialne (na bieżąco będę uzupełniał):

fakt.pl

dziennikzachodni.pl

Katowice.nasze.miasto.pl

+świetne galerie z mety na profilu FB Siemianowic Śląskich na sportowo autorstwa Joanny Być.

Jeszcze też polecam blogową relację Kasi: http://www.hpmblog.pl/2015/04/sen-o-bieganiu.html

I tu się kończy relacja z całkiem ciekawego biegu – do zobaczenia na następnych :)

Bieg Korfantego, medal, 2015

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

8 komentarzy

  1. Kasia HPM pisze:

    Fantastyczna relacja! Poczułam się jakbym biegła raz jeszcze :)

  2. miro pisze:

    Tak, autobus nr 1 the best :) Biegło się wyjątkowo dobrze

  3. Super relacja. Zalozylam kask i przrczytam z zapartym tchem do konca. Nie widziałam ze znajomosc trasy pomaga w taktycznym rozegraniu biegu – biegnij srodkiem. Pobiles swoj rekord bedac chory ? Gratuluje. Pozdrawiam serdecznie beata

    • Bookworm pisze:

      Dziękuję pięknie :) Znajomość trasy daje bardzo dużo, z reguły chodzi o huśtawkę podbiegi-zbiegi, jeśli biegacz zbytnio się „rozochoci” z górki to się może bardzo przykro zderzyć z podbiegiem – tętna nie wystarczy ;) Oczywiście mocni biegacze po prostu pędzą z prędkością światła nie rejestrując takich detali jak drobny kilometrowy podbieg ;)

  1. 5 marca 2020

    […] Na blogu Bookworm Relacja z biegu Korfantego w Katowicach. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.