XXIII Bieg Fiata – relacja


17. maja 2015 roku odbył się XXIII Bieg Fiata w Bielsku Białej. Mój pierwszy bieg, który przebiegłem realnie „do odcięcia”. Pierwszy bieg z „pacemakerem”, z życiówką i z świetną organizacją biegu w tle. Opis będzie bardzo długi. Przed lekturą zalecane pobranie czipsów i zapasu piwa. Na końcu wpisu będę sukcesywnie wrzucał netowe znaleziska pobiegowe (Epilog i internetowe łupy).


Prolog

Tydzień biegowy zacząłem pechowo od infekcji. W poniedziałek miałem biec Żorski Bieg Ogniowy ale od rana czułem się źle, w myślach przeliczałem na „jaki czas” biec te 5km. I tak o 8.00 rano myślałem, że spokojnie na jakieś 25 minut, ok. 10:00, że na pół godziny, o 14:00 chciałem jechać kibicować a o 16.00 leżałem w łóżku z temperaturą. Więc niedzielny start był możliwy, ale z racji słabych treningów, miał być to start „na przetrwanie” a nie na wynik.

Dzień zaczął się dla mnie krzepiąco, co prawda wszystko miałem przygotowane dzień wcześniej, ale już po wyjściu z mieszkania spojrzałem niemyślącym wzrokiem na swoje buty. Które bynajmniej nie były butami biegowymi. O małego słonia bym pojechał na bieg w niebiegowych, eleganckich butach. Mało brakowało…

Przejrzałem za to wyniki z roku 2014 i tak mi się smutno zrobiło. Biegnąc na jakieś „komfortowe” 55:00, a więc w tempie 5:30min/km bym był w okolicach drugiej setki od końca. Albo gorzej – piątkowy trening niestety niczego dobrego do tematu nie wniósł.

Podzieliłem się moimi wątpliwościami z mgr. inż. Aniołem na miejscu. Utkwił we mnie lodowatoniebieskie spojrzenie i mnie zmotywował. Medali ponoć jest 1500, zapisało się 2200 osób, bez medalu wracasz sam, nie licz na transport. Mistrz motywacji, co nie?

Ale i Aniołowi lekko nie było, biegł w starych butach ze startym bieżnikiem. Przy prędkościach, które rozwija, bezsprzecznie się będzie ślizgał. Asfalt był mokry po porannych deszczach. Nie omieszkałem mu przypominać o tym w każdym możliwym momencie.

Na miejscu

Wjechaliśmy do Bielska około 9.00. Do startu biegu 2h, tymczasem nigdzie ani śladu nerwowych przygotowań organizacyjnych. W Katowicach już dawno nosili barierki, w Bielsku luzik. Żeby poznać siłę „przeciwnika”, czyli trasy, objechaliśmy ją jeszcze samochodowo. Niestety po nawrocie okazało się, że zawinęliśmy zbyt szybko i kawałek trasy niestety nie został odkryty – trudno. I tak go przebiegniemy. Błyskawicznie odebraliśmy pakiet startowy, przebraliśmy się  i oddaliśmy wszystko do depozytu. Bezproblemowo.

Im dłużej biegam, tym więcej biegających znajomych twarzy. Tym razem miałem przyjemność zrobić sobie zdjęcie z zacną ekipą „Radlinioków w biegu” – Izą, Arturem i Krzyśkiem. Chwilę później poznałem jeszcze Wojtka i Seweryna.

Wyszliśmy z budynku biura zawodów trzymając w rękach plastikowe buteleczki z kilkoma łykami izotonika. Zółtego izotonika. Stając w kolejce do Toi Toiów mieliśmy dużą zabawę komentując nasze „próbki A i próbki B”. Grunt to dobry humor.

WC

Transport

Udaliśmy się w kierunku Mety, spod której odjeżdżały autobusy na linię startu. Sprytne, prawda? W Katowicach na „Korfantym” musieliśmy czekać na transport powrotny. A tu? Na nic nie musieliśmy czekać – pojechaliśmy na linię startu, żeby przybiec na metę.

Przed startem

Wprasowaliśmy się do środka autobusu. Którego kierowca był chyba byłym kierowcą testowym Fiata, ruszył jeszcze spokojnie, ale po chwili nabrał takiej prędkości przelotowej, że tył autobusu przegubowego na łukach wyraźnie się wychylał na bok. A ja radośnie dyndałem uczepiony uchwytu luku na suficie, boczne rurki były zajęte. Człowiek to jednak zdecydowanie od małpy pochodzi, choć niestety nie ma ogona. A kierowca – mistrz świata formuły WRC. Tylko czekałem aż zacznie driftować.  No, ale dojechaliśmy.

autobus bieg fiata

Wysiedliśmy i pierwsze co nam wpadło w ucho to

Nagłośnienie

W Katowicach nagłośnienie było fatalne. A tu? Słyszeliśmy i rozumieliśmy każde słowo. Do tego spiker mówił ciekawie i na temat. Da się? Da się!

Jeszcze krótka zabawa z fotkami (lustrzane szyby to po prostu genialny wynalazek, a my – no cóż, jak dzieci… po prostu jak dzieci… )

Bieg fiata dwoch powaznych panow

i ruszyliśmy na rozgrzewkę. I tu na scenę wkracza ON.

Pacemaker

Pacemaker (czyli „zając”) to doświadczony biegacz, który biegnie na ustalony wcześniej czas. Dzięki niemu biegnący z nim biegacze nie kłopoczą się utrzymywaniem tempa i przebiegiem trasy. Wie gdzie są punkty nawadniania, wie gdzie są podbiegi. W odpowiednim momencie pacemaker „spuszcza ze smyczy” biegaczy, którzy wiedzą, że jeśli finiszują przed nim, „łamią” zakładany czas. Pacemakerzy często wyróżniają się specjalną koszulką oraz mają przyczepione baloniki (dzięki temu są z daleka widoczni).  Pacemaker musi mieć w głowie kalkulator a na ręku dobry zegarek. Przy czasach netto, brutto, podbiegach, punktach nawadniania – to naprawdę trudno policzyć jak biec. Żeby jeszcze skomplikować temat, to pacemaker może biec równym tempem lub „negative split” czyli najpierw wolno, od połowy przyspieszać.

W XXIII Biegu Fiata było trzech pacemakerów na 40, 50 i 60 minut. Ja postanowiłem trzymać się pana Marka biegnącego równym tempem na 50 minut.

Pacemakerzy bieg FIATa

Podczas rozgrzewki już namierzyłem pana Marka i postanowiłem się go trzymać i nie opuszczać aż do linii mety.

Na 10 minut przed honorowym startem ustawiliśmy się (1600 luda, to robi wrażenie), pan Marek przeprowadził szybką odprawę, witając się serdecznie z wieloma znajomymi z treningów i lat ubiegłych. Spytał groźnie czy trenowaliśmy podbiegi. Będąc właściwie świeżo po 1/2maratonie w Żywcu tylko się uśmiechnąłem :)

Pacemaker na 50:00 bieg FIATa

Po 11:00 ruszyliśmy dostojnie w kierunku startu który zaczynał się przed pierwszym podbiegiem. Przekraczając bramę z napisem START uruchomiłem stoper. Zaczęła się walka.

Popatrzcie jak wygląda start ponad 1600 biegaczy. Wszyscy muszą przewinąć się przez linię startu pomiędzy czujnikami zliczającymi czas. Stąd też ważne pojęcie: „czas netto” czyli czas od momentu przekroczenia linii startu do przekroczenia linii mety. „Czas brutto” to czas od momentu wystrzału startera do przekroczenia linii mety. Który jest często znacząco różny od czasu „netto”.

Bieg

Już za startem musiałem gonić pacemakera. Uciekał skubany! Ledwo było widać baloniki, tak mu nisko powiewały. Z „Korfantego” pamiętałem trudności w wyprzedzaniu w tłumie stąd robiłem wszystko, żeby jak najszybciej „uzyskać kontakt” z pacemakerem. Udało się już w okolicach pierwszego kilometra. Nie podbiegałem bardzo blisko, ale też nie dawałem się odseparować od niego rzędami biegaczy.

Pan Marek na każdym kilometrze podawał czas, uprzedzał o podbiegach i motywował nas. Mijaliśmy kolejne kilometry (każdy był bardzo dobrze oznaczony – tabliczka w ręku wolontariuszki). Na pierwszym „wodopoju” trudno było się dostać do stolika, jeśli się nie biegło po odpowiedniej stronie drogi. Ale pognałem dalej.

I dobrze mi szło do ok. 5 kilometra. Po 6. kilometrze zacząłem czuć, że słabnę. Na całe szczęście pamiętałem przekrój trasy. Do połowy podbiegi, później już tylko w dół. Ale coraz trudniej utrzymywało mi się tempo. Zagryzłem wargi i mimo wszystko gnałem.

profil-biegu-FIATA

http://biegfiata.pl/informacje-dla-biegaczy/trasa-biegu/

Przy 7.kilometrze miałem dość. Na „wodopoju” przełknąłem tylko łyk, pozostały trzy nieszczęsne kilometry. A pan Marek zaczął się oddalać. I co ja miałem zrobić? Przyspieszyłem korzystając z pozytywnego nachylenia trasy. Ile jeszcze wytrzymam?

Walka

Rozpocząłem kalkulację z jakim czasem przybiegnę, jeśli odpuszczę. Po 30 sek na kilometrze, na mecie ze 2 minuty straty do 50:00 – no to też jest dobry czas. To może chociaż trochę odpuszczę, złapię oddech i … No właśnie. I co? Dobrze wiedziałem, że wytracenie pędu będzie nieodwracalne. Nie dogonię ekipy. A tu po prawej stronie zauważyłem na chodniku leżącego, nieprzytomnego biegacza. Udzielano mu pomocy. Przesadził.

Jeszcze wyszło słońce. Usłyszałem, że pan Marek mówi: „już niedaleko jeszcze 14 minut.” Jakie 14 minut przecież zostało…? Ano właśnie. W głowie wciąż mam wkodowany przelicznik kilometrów na 60 minut trasy. Na stoperze wybijało właśnie 36 minut biegu. Czyli jeszcze muszę wytrzymać 14 minut biegu a nie 24! I to mnie uratowało.

Pan Marek po 8 kilometrze doradzał wyprzedzenie i pognanie do mety. Ja już biegłem tylko siłą woli. Jakie wyprzedzanie… Pan Marek motywował nas, wołał, budził, zachęcał, ja już chciałem tylko umrzeć. Powtórzyła się sytuacja z „Korfantego” od ósmego kilometra umierałem. Umarłem i stałem się zombie. Oddychałem coraz ciężej, ale nogi jeszcze mnie niosły.

Pan Marek podał liczbę zakrętów – tego się trzymałem. Dziewiąty kilometr, cholerny dziewiąty kilometr i znowu popieprzone rondo – to samo było w Żywcu, podobnie było w Siemianowicach przy finiszu „Korfantego”.  Tam też już byłem zombie.

Nie wiem jak, ale wyszedłem przed pacemakera. Sprawdziłem czy to nie są moje urojenia – nie. Już szli ludzie od strony mety, już słyszałem szum mety. Biegacze wiedzą o co chodzi. „Czuć metę”. Ostatnie dwa zakręty. Nogi same przyspieszyły a ja cierpiałem.

Ostatnia prosta, widzę metę. Przebiegłem punkt pomiaru czasu i meta! Na wyświetlaczu 51:00 brutto. Czyżbym złamał 50 minut? Czy złamałem 50 minut?

Stoję za metą i człapię w kolejce po butelkę wody. Stanąłem i prawie podparłem się o ziemię – oddychałem resztką sił, żeby nie zemdleć pochyliłem się do ziemi. Butelka, kilka łyków pysznej chłodnej wody. Medal. I jest mgr inż Anioł. Roześmiany, zadowolony. Pyta o czas – on już dostał smsa.

Ja jeszcze nie ale…

SMS

Jest – o 8 sekund złamałem magiczną, zaklętą barierę 50:00!!!! Zrobiłem to! Rozglądam się za panem Markiem – niestety wszędzie wokół morze ludzi.

Idziemy do depozytu – z dumą pokazuję Aniołowi medal – żeton na pokład jego pojazdu. „Widzisz, tak mnie zmotywowałeś, że zmieściłem się w 1500 biegaczy”. „Widzę, pozwolę Ci jechać więc ze mną… Może nawet na przednim siedzeniu?„. Zakrztusiłem się wodą…

Epilog XXIII Biegu Fiata i internetowe łupy

Bieg był świetnie zorganizowany. W naszej zgodnej opinii wszystko było super. Oznaczenia trasy, punkty żywieniowe, depozyt, WC, transport, wspaniały pakiet startowy, super koszulka. Żywiołowy doping mieszkańców miasta, oklaski, okrzyki, atmosfera zabawy. No i pacemakerzy w tym „mój” pan Marek.

Co ciekawe, sprawdziłem jego wynik, jak i wynik „czterdziestki” (niestety nie wiem co się stało z Gosią biegnącą na 60:00, nie ma jej wyniku na mecie).

Pacemaker na 50:00 – czas na mecie: 50:08 (+8 sek brawo!)

Pacemaker na 40:00 – czas na mecie 39:53 (-7 sek super!) 

Wszystkie czasy można podejrzeć na stronie organizatora:

http://biegfiata.pl/wyniki-23-biegu-fiata/

Powyższe czasy się bardzo przydadzą przy znalezieniu się na finiszu na poniższym filmiku grupy „Rozbiegamy to miasto”. Widziałem bardzo dużo koszulek tej grupy, ale nie wiedziałem, że powstał taki wspaniały film! Szacuneczek dla gościa, który biegał z kamerką i motywował ludzi na finiszu – to chyba właśnie Twój głos słyszałem. To również dzięki Tobie nie odpuściłem i zrobiłem życiówkę. Znalazłem się na filmie – zombie, tak, byłem zombie!

A tu bardzo zacna galeria zdjęć: http://www.super-nowa.pl/

Niepotrzebnie brałem drugi smartfon, po drodze  nie miałem czasu na „pierdoły” i nie robiłem zdjęć. Przed i po biegu spokojnie mogłem korzystać z „głównego” telefonu.

Tak, zdjęcia – na mnie wrażenie zrobił ojciec biegnący z wózkiem (chyba rzeczywiście „pełnym”) – nie byłem pewien czy biegł w ramach biegu, czy rekreacyjnie (a nie widziałem, bo numer był z przodu wózka).

babe2

Fot. Ireneusz Kaźmierczak

I jeszcze dwóch panów – Blues Brothers? Twardziele, ja czapeczkę zdjąłem po piątym kilometrze. Oni biegli w garniturach i (jeden z nich) w butach absolutnie niebiegowych. I nie poluźnił nawet krawata!

Fot. Ireneusz Kaźmierczak

Fot. Ireneusz Kaźmierczak

I co?  Po przekroczeniu linii mety: „nigdy więcej”, po dojściu do siebie – „kiedy następny bieg?”. Jeszcze rzut oka z góry na bielski bieg: (oczywiście po drodze nie widziałem nawet śladu dronowej ekipy, standard…)

A póki co – do zobaczenia za rok! (A jeśli chcecie przeczytać relację z Biegu Fiata z 2016 roku – zapraszam do relacji z tej samej trasy, rok później...)

bieg fiata

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Kasia HPM pisze:

    Rozwaliłeś mnie! Siedzę z mega wyrzutami sumienia, że nie pobiegłam… Ale tak jak mówiłam – za rok! Będę Cię gonić ;)

    • Bookworm pisze:

      Ale wyrzutami? Dlaczego :) Sezon biegowy się dopiero rozpoczął i będzie trwał do końca grudnia. A za rok, to znając Twój zapał do trenowania, to ja Ciebie będę gonił…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.