XXIV Bieg Fiata – relacja


To bardzo dziwne uczucie startować kolejny raz w biegu, w tym samym mieście, na tej samej trasie. Trudno uniknąć pewnych porównań do biegu sprzed roku. Tym razem takie swoiste deja vu pojawiło się 29 maja 2016 roku w Bielsku Białej. Stanęliśmy z Tomkiem na starcie XXIV Biegu Fiata kończąc tym samym nasz udział w Pucharze Beskidów w Biegach Ulicznych. Po półmaratonie w Żywcu, po 10 km biegu w Cieszynie przyszedł czas na kolejne 10 km w Bielsku.

Ta relacja, podobnie jak poprzednie, będzie prowadzona przez Tomka i przeze mnie. Stąd dwa głosy, wyróżnione kolorami.


Ja z kolei w Bielsku-Białej miałem pobiec już po raz trzeci. Gdy oglądamy coroczne fotografie wykonywane przy bramie głównej Fiata zdaje nam się, że wcale się nie starzejemy :-) Tu sprzed roku…

Bieg fiata dwoch powaznych panow

A tu tegoroczna z Sylwkiem, który tradycyjnie towarzyszy nam w startach w ramach Pucharu Beskidów.

20160529_094955_2

Bieg Fiata, w dwóch poprzednich edycjach był świetnie zorganizowany. Trasa niełatwa ze względu na łagodny, lecz długi, kilkukilometrowy podbieg. Tym razem znów zawody były jednocześnie Mistrzostwami Polski Kobiet w biegu na 10 km, co również były gwarantem dobrej organizacji i świetnie przygotowanej trasy.


Przedstartowo

Dzięki duchowi planowania niezawodnego mgr inż. Anioła ustaliliśmy z początkiem roku, w których biegach bierzemy udział, w których być może weźmiemy, a z których rezygnujemy. Bieg Fiata znalazł się na naszej liście priorytetów. Stąd bardzo szybkie zgłoszenie i uiszczenie opłaty. Potwierdzają to nasze numery startowe – 38 i 39. Czuliśmy się wśród biegaczy bardzo „VIP’owsko”, bo zgłoszeń było ponad 1800.

Za co polubiliśmy ten bieg? Za świetną ubiegłoroczną organizację. Za szybkość trasy. Ja polubiłem za moją życiówkę i za to, że pierwszy raz biegłem z pacemakerem – panem Markiem. W głowie jeszcze mi uparcie powracały słowa Tomka sprzed roku, że jeśli nie załapię się na pulę medali (1500 sztuk) to nie mając medalu nie mam wstępu do jego auta. Wracam na piechotę… Muszę sobie zasłużyć! (o tym i o innych ciekawostkach poczytacie w ubiegłorocznej relacji). W tym roku na całe szczęście, to ja byłem kierowcą, więc o kwestię powrotu byłem spokojny.

Pogoda

To, co nas w tym roku niepokoiło przed biegiem, to temperatura. Swoje odcierpieliśmy już w Poznaniu podczas Wings for Life. Ja cierpiałem krótko – 15km, Tomek zdecydowanie dłużej. Przed biegiem Fiata prognoza wstępna zapowiadała nawet 26 st. C, ewentualnie z burzami. A to mogło oznaczać kłopoty na trasie.

Jednak w przeddzień spadł deszcz, nadzieja, ta niepoprawna towarzyszka biegaczy, powróciła lśniąc lodowym blaskiem. A gdyby jeszcze trafiło się ochłodzenie, to by były idealne warunki do biegu…

Jednak finalnie, zamiast gorąco i słonecznie, okazało się, że co prawda nie jest słonecznie, ale za to bardzo wilgotno i parno, burza wisiała w powietrzu. Takie warunki mocno ograniczały szanse na dobre wyniki.

Pakiet startowy

Do Bielska dojechaliśmy przed godziną 9.00. Oczywiście miasto jeszcze było w pełni przejezdne, dużo miejsc do parkowania, my zaparkowaliśmy bez najmniejszego problemu w okolicach DH Klimczok. I poszliśmy do biura zawodów. Pakiet odebrany bardzo szybko, w końcu w sobotę pakiet odebrało już ponad 1100 biegaczy! To się nazywa organizacja. Poszliśmy leniwym spacerkiem przebrać się do auta, mieliśmy bardzo dużo czasu do startu.

W pakiecie była bardzo fajna koszulka biegowa, worek biegowy (podobny do tego sprzed roku – bardzo fajny wynalazek), batonik, numer startowy i… makulatura. Koszulka na tyle przypadła mi do gustu, że po raz pierwszy w mojej „karierze” biegowej postanowiłem w niej pobiec. Mój rozmiar „L” okazał się idealny. Niestety osoby, które odbierały pakiety po nas, mogły już ponoć dostać właśnie wspomnianą „L-kę”, mniejszych rozmiarów już nie było, choć przy uiszczaniu opłaty wybierało się rozmiar.

Spotkania i VIP autobus

Spotkaliśmy Edytę, Seweryna, Łukasza oraz Sławka z iniemaslabych.pl, który startował wraz z żoną Sylwią.

Po czym skorzystaliśmy z genialnego rozwiązania biegowego. Otóż w Bielsku biegacze są przewożeni darmowymi autobusami na miejsce startu. A dobiega się w okolice biura zawodów – czyli do centrum miasta. Jest to (moim zdaniem) dużo lepsze rozwiązanie niż na „Korfantym”, gdzie autobusy odwożą biegaczy po skończonym biegu na miejsce startu (depozyty są w autobusach). Ale pewno co kto lubi. Ja wolę Bielsko. Nasza VIP’owska passa trwała nadal. Jechaliśmy na miejsce autobusem nr 001.

Autobus czerwony


Ona i On

Po wyjściu z autobusu zdziwiliśmy się, że tak jakoś … pusto jeszcze było. Rozglądaliśmy się wokół i … Uwagę naszą przykuła wyjątkowa para. On młody, wysoki, szczupły, wysportowany, ona malutka, korpulentna, zauroczona i zapatrzona w niego. Tuliła się całą długością ciała, sama pozostając w bezruchu. On też ani drgnął lecz z jego postawy wyczytać można było wiele. „Żyli długo i szczęśliwie”, „500+”…  Scena pożegnania trwała, biegacze przepływali obok a oni zatopieni w swoim świecie stali. Jedynie suchy elektroniczny trzask aparatu w telefonie komórkowym odzierał tę scenę z intymności i okrutnie ściągał parę do świata realnego. Brigitte – tak ją roboczo nazwałem, bo którąś postać filmową mi przypominała – coraz mocniej obejmowała go swoimi kudłatymi sześcioma odnóżami, grzejąc się w promieniach słońca. Wtem romantyzm eksplodował niczym zakręcony szczelnie bidon biegacza wypełniony gotującym się w upale monotlenkiem diwodorowym. Brigitte – kształtna trzmielica – odleciała, pozostawiając biegacza na pastwę docinków rozbawionych, piszacych tę relację, kolegów biegowych.

Trzmiel


Rozgrzewkowo

W Bielsku startujemy spod bramy Fiata. Obok znajduje się fajne miejsce do rozgrzewki. Więc już na godzinę przed startem biegacze rozpoczęli żmudne działania w kierunku rozgrzania mięśni. I krążyli i krążyli i biegali i sprintowali – śmiesznie dość to wyglądało, można było dostać zawrotów głowy. Kto nie wierzy, niech spojrzy na ten krótki filmik instruktażowy:

Na pół godziny przed startem i ja dałem się porwać tłumowi biegaczy. I gdy tak sobie krążyłem, pocąc się coraz obficiej, nadziałem się niespodziewanie na fotografa. W ułamku sekundy, podświadomie, na moją twarz wypłynął „uśmiech firmowy nr 5!”. Tę swoistą przemianę możecie zaobserwować na zdjęciach Fotomaratonu.

zaciesz

Tu warto przypomnieć, że Fiat, będąc sponsorem tytularnym, funduje wszystkim biegaczom zdjęcia – również dlatego warto startować w Bielsku. Ma się pakiet kilkudziesięciu zdjęć w ramach opłaty startowej.

Naszą uwagę zwracała też profesjonalna ekipa zawodników niepełnosprawnych na wózkach. Wozki

Wozek

Nieubłaganie zbliżała się godzina 11.00. Udaliśmy się na start, po drodze zobaczyłem wesoło fruwające baloniki z cyframi 50:00… Odżyły wspomnienia. Pacemakerem znowu był pan Marek, który tak wspaniale doprowadził rok temu grupę na metę. Poszedłem mu serdecznie podziękować. Rok temu jeden, jedyny raz zszedłem na 10km poniżej czasu 50:00 – tylko dzięki panu Markowi. To mu powiedziałem. Był zaskoczony ale jego oczy się śmiały – „Marek jestem” przerwał moje „panowanie”. Z uśmiechem skonstatował, „dziś to chyba staniesz trochę bardziej z przodu, co?”. Potwierdziłem, ale obaj pokiwaliśmy z zadumą głową nad temperaturą. Na trasie może być różnie…

50

Porządek zapewniały strefy startowe.

Wróciłem do Tomka, skupiliśmy się na starcie. Ostatni rzut oka na baloniki za nami (na 50:00 i na 60:00).

Balony

Na moim pulsometrze było już ponad 120ud/min, co znaczyło, że od samego zaduchu mój „układ chłodzenia” wskoczył na podwyższone obroty. Gdzieś tam w tłumie przed nami był też pacemaker na 40:00. Punktualnie o 11:00 wystartowali niepełnosprawni. 11:04 to start honorowy, przeszliśmy kilkadziesiąt metrów pod start właściwy, skąd rozpoczęła się właściwa rywalizacja.


Ja w tym roku startowałem w zawodach 4 razy. Za każdym razem, od 5 km do maratonu, pobijałem życiowy wynik. Dziś byłem nastawiony, że tego nie zrobię.

Co prawda ponad 1000 km przebiegnięte od początku roku na treningach dawało podstawę do optymizmu, jednak warunki zmniejszały entuzjazm.

Paweł na starcie powiedział mi mądrą rzecz : „Wszystko jest w głowie, nogi pobiegną, ale głowa czasem blokuje”. Trzymając się tego, stwierdziłem, że w mojej jest chęć ruszenia od początku tak mocno jak się da ! Rok temu miałem tu 45:12, a miesiąc temu w Cieszynie rekord 44:48. Należało więc biec tempem poniżej 4’30’’. Zaczął się bieg.

Pierwsze 3 kilometry

Ruszyłem mocno, choć pierwsze kilometry były przeważająco pod górę (proporcje różnicy wysokości podbieg/zbieg wg mojego zegarka po kilkanaście metrów w górę na każdym kilometrze).

Biegło mi się dobrze, ulica szeroka i co jest rzadkością, nikt nie przeszkadzał. Spokojnie mijałem kolejne osoby. Zwłaszcza na zbiegach starałem się wydłużać krok i schodzić poniżej tempa 4’00’’. Wymyśliłem sobie, że jak pierwszej części będzie dobrze to już nie odpuszczę. Kilometry mijały… 4’17’’, 4’19’’, 4’15’’.

Pod koniec trzeciego wystraszyłem się tętna. Stale powyżej 172, trochę za dużo. Zacząłem się obawiać, że wkrótce za to zapłacę.


Na początku biegłem wzorcowo. Niestety zaduch był nie do opisania. Tak to jest z biegami ulicznymi, wiele wiatru się podczas nich nie doświadczy, za to „promieniowanie asfaltowe” daje się we znaki. Chwilami ma się wrażenie, że ciepło przenika przez buty, pełznie zdradziecko do góry, grzejąc coraz mocniej aż dociera do twarzy, która zaczyna płonąć…   4:32, 4:49, 4:44, niby dobrze, nawet zbyt szybko, ale wiedziałem, że dalej nie będzie tak różowo.


Kolejne 3 kilometry

Jak przypuszczałem – tak się stało. Mimo, że podbiegów było mniej, to wciąż były, monotonne i ciągłe (około 10m różnicy wysokości na każdym kilometrze). Zrobiło się jakby cieplej. Ale to chyba mój organizm przestał potrafić odprowadzać ciepło. Minąłem bez zatrzymania punkt z wodą. Błąd, ale obawiałem się, że jak zwolnię to już się nie rozkręcę. Tempo jednak spadało, 4’26’’, 4’37’’, 4’46’’. Zacząłem się wściekać w myślach. Na pogodę, na siebie, że wyrwałem za mocno. Zaoszczędzone sekundy z pierwszych kilometrów dawały jeszcze nadzieję na założony czas, ale nie mogłem przyśpieszać, bo tętno już dawno było w ostatnim zakresie.


Czwarty kilometr 4:56 i już czułem, że „poznański koszmar” powraca. Zwolniłem, bo było zbyt ciepło. Na pulsometrze tętno podchodziło pod 180ud/min, wobec czego postanowiłem na pulsometr nie patrzyć, tylko zwolnić. 5:02. A to oznaczało, że tracę wypracowaną przewagę nad grupą biegnącą na 50:00. Kolejny podbieg i już niestety średnie tempo 5:22. Jedyną radością była ta, że absolutnie mi się pozajączkowało gdzie mają być wodopoje. Pierwszy był po 3km, wydawało mi się, że miał być przy 5km. Czyli następny będzie dopiero przy Karczmie Rogatej. Na 3km resztkę wody wylałem sobie na kark, podskoczyłem ja koziołek – wrażenie jakbym wskoczył do zimnego basenu. W okolicach 4,5 km stała wolontariuszka dumnie dzierżąc tabliczkę z napisem „5km”. Jeśli chciała zwrócić uwagę męskiej części biegaczy – zrobiła to perfekcyjnie. Mi się śmiać ani podziwiać nie chciało bo

Już ……. Mnie……. Duchota ……. S p o n i e w i e r a ł a.

Głowa wrzucała projekcję tego jak bardzo jest mi gorąco, jak męczę się, więc najlepszym rozwiązaniem by było przejście do marszu. Skupiłem się na oszukiwaniu jej – „dobiegnę tylko do tej góreczki, do tego przejścia dla pieszych, do zakrętu a później, obiecuję! Będę maszerować!”. Zacząłem też słyszeć pokrzykiwania Marka pacemakera na 50:00. Czyli byli już blisko. Usłużny mózg przewinął mi w replayu wszystkie te chwile, gdy pacemakerzy wyprzedzali mnie. Warszawa, Półmaraton Praski – 1:50, później nawet 2:00. Cracovia, moja heroiczna obrona i w końcu widok uciekających baloników na 1:50 … Wyłączyłem muzykę. To … To jeszcze nie koniec! Dałem się zahipnotyzować rytmicznemu tupotowi butów biegaczy. Kojarzycie tę muzykę? Bardzo często podczas biegów ulicznych wszyscy biegną w tak zbliżonej kadencji, że uderzenia zlewają się w jeden odgłos…

7km… 8km… 9km…

Podbieg ciągnął się okrutnie, wciąż łagodny, ale dobijający. To był moment, kiedy w głowie kiełkowały myśli – po cholerę tak się męczę ? Przecież wystarczy ciut odpuścić. Zejść z tętnem do 160 i już będzie komfort.

Tak. Tyle, że to nie po komfort tu przyjechałem. Przypominałem więc sobie co Paweł mówił o „głowie”. W sumie to nogi dalej biegną. Tylko jak wyłączyć myślenie o tym, że jest ciężko? Staram się więc wyrzucić z głowy to co przeszkadza, jakąś złość na własną słabość. Warczę więc pod nosem na tę lekko wspinającą się trasę. W pewnym momencie pomiędzy jednym a drugim oddechem wyrywa mi się : „j****a górka! albo Ty albo ja”. I próbuję wydłużyć kroki, nie umiem robić ich więcej, ale próbuję dłuższe. I zaczyna działać. Tempo wzrasta na kolejnych kilometrach 4’41’’, 4’31’’, 4’24’’. Na 7 km, łapię kubek z wodą, dosłownie jeden łyk, resztę wylewam na głowę. Żałuję, że to tylko kubeczek, a nie wiaderko :-)


Nogi nie poddawały się. Kolejny średni czas to 5:02, nogi biegły a głowa cierpiała. Obracałem więc czapkę raz „w te” drugi raz „we wte” w końcu ją zdjąłem żeby „wywietrzyć” trochę mózg. Byłem cały mokry. 5:10, czas na opamiętanie! Przy Karczmie Rogatej był kolejny punkt nawadniania. Szybkie łyki wody i bieg. Do tego zaczął mi się zsuwać pasek pulsometru, co go poprawiłem, to on po kilkuset metrach obniżał się. I nagle usłyszałem trzask. Zmęczony umysł dopiero po chwili zdekodował, że to pasek z nadajnikiem pulsometru opuścił mnie i gruchnął o ziemię. Uskoczyłem na bok i cofnąłem się po zgubę, zygzakując pomiędzy biegaczami… Wziąłem go do łapy i zmusiłem się do odzyskania tempa. Może nie wszystko jeszcze stracone? Po prawej stronie ujrzałem Piotra z blogu Piotrfit.pl – to z nim i z Asią asiaprosto.wordpress.com byliśmy umówieni pobiegowo. Pozdrowiłem go, był skupiony bo cykał wszystkim zdjęcia. Nogi odzyskały sprężystość, 4:47 – wracam do walki!

ja

fot. Piotr Stanek – piotrfit.pl


Finisz

Rozpoczynając ostatni kilometr na blacie zegarka miałem czas 40:20. Około, bo przecież zegarek zawsze o te 0,5-1,0% rozmija się faktyczną długością. Wychodziło więc, że biegnę na styk czasu z Cieszyna. Jeśli przyśpieszę, będzie życiówka. W głowie walka, coś szepcze „po co Ci to?”, coś warczy „ale będziesz miał głupią minę jak zabraknie paru sekund”. Meta coraz bliżej, widzę Piotrka, krzyczę bo o dziwo mogę krzyczeć „Cześć Piotrek!”, słyszę „Dawaj Tomek!”. No i odkryłem nowe HRMax, tętno dochodzi do nieznanego mi wcześniej 190, tempo schodzi poniżej 4’00’’. Ostatni kilometr przebiegam w 4’16’’, a całość biegu w 44:39! A zatem życiówka z chłodnego Cieszyna poprawiona w parnym Bielsku-Białej o… maleńkie 9 sekund :-) Małe a cieszy :-) Daje to całkiem niezłe 293 miejsce w Biegu Fiata i 78 w generalnej klasyfikacji Pucharu Beskidów.

fiat-bfbb16_02_mz_20160529_114957_1

Fot. Fotomaraton.pl


Nałożyłem na głowę czapkę, wyprostowałem się. W prawicy miałem zwinięty pasek pulsometru, ręce pracowały aby ostatnie metry przebiec dynamiczniej. Byłem mocno zmęczony ale radość nadchodzącego odpoczynku za linią mety napędzała mnie i mobilizowała do finiszu. Na którym było bardzo tłoczno – a ja akurat bardzo lubię ostatnie metry pociągnąć dynamicznie. Niestety, zostałem zablokowany i zamknąłem ostatni kilometr – 4:49! Zatrzymałem stoper. Wg mojego zegarka po raz trzeci w życiu przebiegłem 10km z czasem poniżej 50:00 – 49:35!

fiat-bfbb16_02_mz_20160529_115453

fot. Fotomaraton.pl

Otrzymałem medal i ruszyłem na poszukiwanie Tomka.


Coś byśmy zjedli…

Za metą co dziwne nie umieram, z uśmiechem przyjmuję medal, dwoma łykami wypijam małą mineralną. Czekam na chłopaków. Wkrótce pojawia się Paweł. Kilka słów, wzajemne gratulacje i dostrzegam stoisko z… zupą. Mózg wyłącza myślenie. Pojawia się rozkaz : „Musisz ją mieć! Tę zupę!”. Na szczęście nie ma kolejki i po chwili z bananem na twarzy moczę już dużą bułę w gulaszu z pieczarkami :-) Niedługo potem spotykamy Sylwka, przychodzi Piotrek z Asią, umawiamy się na obiad po której wizycie w samochodzie, poświęconej na zmianę mokrych ubrań.

my1

Rynek w Bielsku-Białej okazuje się uroczy, dawno tu nie byłem, a nawet nie mam pewności czy kiedykolwiek. Siadamy w ogródku. Czuję potężny głód kalorii. Nie wiem co zamówić, więc zamawiam coś co wygląda jakbym zamówił wszystko

  Talerz1 i do tego ciacho :-)

Talerz 2

Dopiero po powrocie do domu zauważam, że cały czas po biegu spędziłem siedząc w t-shirtce założone na lewą stronę, ze szwami na wierzchu :-) Cóż, nie ma to jak mieć spostrzegawczych kolegów, którzy poratują człowieka :-)

(cóż, może tego nie zauważyliśmy, bo nasze spojrzenia przyciągał medal, trzeba przyznać, że bardzo ładny.)

Medal


Właściwie w tym momencie powinienem zakończyć relację. 10km przebiegnięte. Medal jest. Posiłek… ano właśnie. Po biegu jestem zawsze tak zmęczony, że ostatnie o czym myślę to jedzenie. Tomek był już na mecie od kilku minut i zgłodniał, więc skoczył po zupkę, całkiem dobrą ponoć. Mój żołądek ostrzegał, że jeśli dalej się będę przyglądał jedzeniu, to odda wszystko co ma (a nie miał już nic). Kontakt z nim nawiązałem dopiero jakieś 15 minut po finiszu.

Znalazła się Asia i Piotr, umówiliśmy się na rynku na wspólne biesiadowanie. Siedziało i rozmawiało nam się tak dobrze, że zupełnie nie wiem kiedy zjadłem wielkiego hamburgera z jeszcze smaczniejszymi frytkami.

Talerz 3

W drodze powrotnej podziwialiśmy piękno bielskiej architektury opisywanej przez Asię. Przy jednej z fontann poprosiliśmy miłego pana o zrobienie nam zdjęcia. A ten, widząc nasze wiszące medale… wyciągnął swój aparat i zrobił nam zdjęcia, mówiąc, że fotki znajdziemy na Facebooku! Czyli to był „firmowy” fotograf. Na całe szczęście (bo jego zdjęć jeszcze nie znaleźliśmy) też zrobił zdjęcie aparatem Piotra.

Razem Pożegnaliśmy się i pognaliśmy w kierunku najbliższego korka, który z prędkością 5km/h doprowadził nas w okolice Żor.


 

Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

15 komentarzy

  1. Piotr Stanek pisze:

    Hej Wy :) Gratulacje za dobre biegi ;) Dziękuję za spotkanie w imieniu swoim i Asi. Trzeba się na dłużej spotkać np. na jakiejś górskiej wycieczce u nas ;)

  2. Gratuluję świetnych wyników! W takiej duchocie to na prawdę wyczyn :)
    A opowieść o Brigitte rozwaliła mnie na łopatki :)))

  3. BasiaK pisze:

    Na początek wyrazy uznania dla Was obu za wyniki, a dla Tomka również za to, że nie przestaje pisać (wiedziałam, że się wkręci w pisanie) :-P Oczywiście, że jesteście młodsi w porównaniu z rokiem ubiegłym. Udowodnione jest naukowo, że bieganie odmładza. :-) Zdążyłam już zauważyć, że wszystko jest w głowie. Czasami nie mam już siły biec, a wystarczy że się zamyślę i spokojnie robię jeszcze kilometr, dwa bez odpoczynku. I za każdym razem mnie to zadziwia. :-) Super fotki, mega jedzonko i fajna sprawa spotkać znajomych biegaczy. Dziękuję za kolejną świetną relację, która przeniosła mnie w tamto miejsce. (chyba jestem uzależniona od relacji biegowych :-P) Ale jak to 1500 medali? to reszta nie dostaje, czy dostaje później?

    • mgr inż. Anioł pisze:

      Będąc w towarzystwie Pawła trudno się nie wkręcić :-) Co do medali to zwykle dosyłają tym, którzy się nie załapali

  4. Blogierka pisze:

    Swietne są te recki na 2 głosy/2 czcionki ;). Gratulacje chłopaki! Pełen szacun za moc i wyniki! Ja w upał nawet bym na rower nie wyszła :P. Wasze miny oddają radość z biegania :P
    ps. Ten burger <3
    pps. To jak to jest z peacemakerami- oni są od organizatora czy z zewnątrz? Pytałam już Worma ale zostałam "olana":D
    ppps. Pacze- 320 przeczytań a ile komentarzy? 1?! Nie kumam.

    • Bookworm pisze:

      Już spieszę nadrobić „olanie” :) – z pacemakerami „to zależy” – chyba najczęściej to ich własna inicjatywa. W zamian są zwalniani z opłaty startowej, lub płacą jej część. Tu jest fajnie, bo organizator od razu im przydzielał (jak i rok temu) takie numery startowe, na jaki czas biegną. Czyli ten na 40 min miał nr 40, na 50 nr 50 i na 60 – 60 :) Swoją drogą pięknie wywiązali się z zadania – pełen profesjonalizm :)
      Co do komentarzy to pewno ludzie wolą czytać niż komentować, też nie każdy wie, że można komentować z poziomu disqusa anonimowo :)

      • Blogierka pisze:

        Dziękuję bardzo za odpowiedz :). No to kiedy Ty bedziesz peacemakerem?:)
        I fakt- albo nie wiedzą że mogą albo im się nie chce ;). A le i tak wow za ilośc odsłon postu! :)

  5. JackRuns pisze:

    fantastyczna relacja, muszę się kiedyś wybrać na ten bieg :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.