I. Żorski Półmaraton Leśny – relacja


Szeroka ulica pośrodku miasteczka, u której szczytu mieści się oblegany zazwyczaj Saloon. Z budynku kościółka, w którym tego dnia tradycyjnie odbywały się zajęcia Szkółki Niedzielnej, wylega tłum pstrokato i różnokolorowo ubranych osób. Chwilę później, dokładnie w niedzielne południe, pomiędzy budynkiem Post Office, a biurem Szeryfa Federalnego i więzieniem, rozlega się strzał! Zastygłe dotychczas w bezruchu postacie ożywają i w pełnym biegu znikają za rogiem budynku.  

photofunia-1480456417

Scena niemal jak z westernu, bo i w miejscu prosto jak z dzikiego zachodu przyszło nam biec w ostatnim półmaratonie w tym roku.  Żorski Półmaraton Leśny, pierwsze zawody na tym dystansie organizowane w moim mieście, miał swój start i metę w Miasteczku Westernowym TwinPigs. A skoro wystartowaliśmy, to tradycyjnie razem z Pawłem zapraszamy Was na relację na dwa głosy z tego wydarzenia.


Przed startem

Żory to miasteczko przyjazne dla biegaczy. Nie dość, że biega się tam bez smogu, po trasach w większości leśnych, to jeszcze są organizowane biegi na praktycznie wszystkich ważnych, poza maratonem, dystansach.

  • 10km: Żorski Bieg Uliczny, który składa się z dwóch okrążeń, z dwoma okrutnymi podbiegami.
  • 5km: Żorski Bieg Ogniowy, jest klasą samą dla siebie. Noc którą rozświetlają tylko pochodnie i dystans, który wymaga maksymalnego wysiłku od biegacza.
  • Bieg „historyczny” a więc Bieg Tropem Wilczym.
  • No i od roku 2016, mam nadzieję na stałe, zagościł w Żorskich lasach Półmaraton Leśny.

Moje założenia biegowe były wyjątkowo mało ambitne. Chciałem w spokoju dobiec do mety. Postanowiłem sobie zrobić przerwę od biegania, co miało podwójny sens – raz, chcąc do końca zregenerować się po maratonie. Dwa – moją okolicę spowija od dłuższego czasu smog. Szczytowe wartości sięgają niestety nawet 1000% normy PM10. Więc bieganie staje się sportem ekstremalnym, przynoszącym więcej szkód dla organizmu, niż pożytku.

Dla mnie podobnie, start ten przypadł w okresie listopadowego roztrenowania po naszej jesiennej kulminacji sezonu na weneckim maratonie. Zawody zatem nie miały być formą sprawdzenia się, ale przyjemnej przebieżki po lasach, które często w weekendy są miejscami moich treningów. Oczywiście zakładałem jakiś element walki na trasie, bo przecież adrenalina robi swoje, ale tego dnia uśmiech miał być najważniejszy.  Poza tym cieszyłem się, że taka impreza ma miejsce i że Paweł po raz pierwszy będzie miał okazję biegać po żorskich lasach. Jeśli ktoś nie wierzy, że są piękne, to niech popatrzy na to zdjęcie z jednego z treningów.

20151031_124213

I tu Tomek się myli, bo przecież część żorskich ścieżek już miałem okazję poznać, podczas dwóch edycji Biegu Tropem Wilczym, no ale tym razem to miały być dwa kółka po 10km, więc czasu na oglądanie miałem mieć sporo więcej.


Miejsce startu i trasa

Miasteczko Westernowe Twinpigs powstało w Żorach kilka lat temu, przy trasie z Katowic do Wisły. To całkiem sporty i nowoczesny obiekt rozrywkowy, gdzie naprawdę można poczuć klimat Dzikiego Zachodu. Wzdłuż głównej ulicy znajdują się budynki nawiązujące architekturą i charakterem do tamtych czasów.  W miasteczku oprócz licznych atrakcji indiańskich i kowbojskich, na gości czekają restauracje, hotel, kina z efektami specjalnymi, młyńskie koło

i wiele innych obiektów. W weekendy trafiałem tam na specjalne pokazy i westernowe scenki.

Często odbywają się tu również koncerty.

Nie tak dawno miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie zespołu Hey. Co prawda lunęło wtedy sakramencko racząc uczestników kilkoma falami ulewy tropikalnej ale atmosfera była przezacna.

Tym razem Miasteczko zaprosiło biegaczy, a że jest położone na skraju lasu praktycznie tylko kilkadziesiąt metrów biegu miało przebiegać po asfalcie. Reszta trasy w postaci dziesięciokilometrowej pętli umożliwiła organizację zawodów na dwóch dystansach, półmaratonu i nietypowej długości 11 km. Tak wyglądały trasa półmaratonu i jej profil wysokościowy wg zapisu z mojego zegarka. Łączna różnica wysokości wyniosła około 220 m.

lesny_mapka

lesny_profil

A mój zegarek zanotował 140m podbiegów, ciekawe czym tłumaczyć tak dużą różnicę we wskazaniach, pewnie GPSy trochę gubiły się w lasach.


Poranek w dzień zawodów

Prognoza pogody na dzień zawodów zapowiadała nam aurę delikatnie rzecz mówiąc… różnorodną :-) Było zimno, około 3-4 stopni powyżej zera, momentami wiał porywisty wiatr, do południa miał padać deszcz, chwilami przechodzący w deszcz ze śniegiem. Nie zapowiadała się więc złota polska jesień.

Pakiety startowe postanowiliśmy odebrać około godziny 10.00 by potem korzystając z niewielkiej odległości do miejsca startu wrócić do mnie do domu, gdzie tego dnia była nasza baza. Wchodząc do miasteczka rozglądaliśmy się za biurem zawodów…

20161127_100452

…które szybko znaleźliśmy w budynku Szkółki Niedzielnej :-)

20161127_100444

W pakiecie oprócz numer startowego z chipem, był elastyczny bidon do biegania, spora paczka makaronu, jak się później okazało bardzo przydatne klipsy do przypinania numeru startowego oraz pakiet ulotek, z których niektóre oznaczały promocje i zniżki na zajęcia sportowe w Żorach.

Klipsy Marathon Clips to ciekawy patent umożliwiający przypięcie numeru bez dziurawienia odzieży agrafką czy też bez spinania się paskiem na numer startowy. Polubiłem je i będę ich używał w przyszłości.

Klipsy MarathonClips

Klipsy Marathonclips

Start i jednocześnie meta biegu były zlokalizowane pośrodku głównej westernowej ulicy. To stąd za 2 godziny mieliśmy ruszyć na trasę w gronie około 300 startujących na obu rozgrywanych dystansach.

20161127_100513

Dzięki temu, że Tomek mieszka w Żorach, mieliśmy wspaniałą bazę wypadową. Mogliśmy spokojnie przygotować się do biegu, wypić herbatę i doładować siły konsumując małe co nieco.

Patrząc na zmienną pogodę zaokienną (lało a zapowiadał się śnieg) postanowiłem wbrew obowiązującym trendom ubrać się jak na jesienną przebieżkę. Z racji wysokiego wskaźnika zawartości tkanki tłuszczowej jest mi najczęściej zbyt ciepło. Więc… założyłem krótkie spodenki. Ale czapkę założyłem, tak jak i buffa.


Strzał startera i ruszamy w Żorskie lasy !

Kwadrans przed południem ponownie zameldowaliśmy się w okolicach startu, by odbyć krótką rozgrzewkę.  Deszcz przestał padać, jednak wiatr był dość nieprzyjemny. Paweł, jak wspomniał postawił na krótkie leginsy biegowe, ja pozostałem przy długich.  Do tego coś cieplejszego na górę i byliśmy gotowi na wykonanie pamiątkowej fotki.

20161127_115219

Później za namową Pawła uwieczniłem ostatnią myśl jaka przyszła mi do głowy przed startem. Wymyślił żebyśmy tak robili, chyba chcąc uwiecznić nasze ostatnie słowa, gdyby w jakimś biegu, któryś z nas padł :-) Ale później swoje nagranie zmontował i jest na końcu. A mnie zostawił na odstrzał z kowbojskiego rewolweru i oto przedstartowe wystąpienie :-)

A gdy wybiło południe ruszyliśmy na trasę. Ja bez jakiejś specjalnej taktyki, chciałem jednak spróbować jak długo będę w stanie na leśnej trasie pobiec moim półmaratońskim tempem około 4’45”, mając w pamięci, że ostatnie 3 tygodnie poza startem w Górskiej przygodzie, praktycznie odpoczywałem.

Ja też wielkich nadziei na dobry wynik nie miałem. Z racji smogu i lenistwa również nie biegałem ostatnimi czasy. Ale niezawodny Tomek zawsze potrafi znaleźć jakiś pozytyw – na tej trasie miałem zrobić życiówkę. Bo jeszcze na niej nie biegłem…

15156848_1614576558846833_1058863361872827520_o/ foto – portal tuzory.pl /

Trasa okazała się być bardzo przyjemna, choć miejscami niełatwa. Las osłaniał nas od wiatru, jednak na polanach było chłodniej, a w pewnym momencie zaczął nawet zacinać deszcz.

Faktycznie, było kilka podbiegów, w tym jeden dość konkretny. Tomek biegł dużo szybciej, więc „załapał się” tylko na deszcz. Bo ja, gdy wybiegałem na jedną z większych polan zaobserwowałem dziwne zjawisko. Najpierw pojawiły się ostre podmuchy wiatru, które naszpikowały mnie igłami, które spadły z sosen, później ujrzałem zawiewający drobniutki śnieżek, który momentalnie zrobił ze mnie rączo pomykającego bałwanka. Śmiesznie to musiało wyglądać – taki bałwanek w krótkich spodenkach…

Chwilami pod nogami mieliśmy piasek co utrudniało bieg, ale taki już urok leśnych ścieżek. Na trasie było trochę podbiegów i nierówności, jednak w porównaniu z biegami górskimi było to co najwyżej lekki, sympatyczny cross.

img_4748/ foto – Michał Kowalczyk/

Na pierwszym kółku trzymałem planowo tempo i na 10-tym kilometrze zameldowałem się z czasem 48:39. Jak na leśną trasę było ok. Tu rozdzieliliśmy się z biegnącymi krótszy dystans i w zawodach pozostało już tylko około 200 biegaczy.

Pierwsze kółko zacząłem ostrożnie, obserwując tętno. Wyraźnie czułem, że mroźne powietrze ogranicza moje przyswajanie tlenu – astma ma swoje prawa, a okres zimowy niestety jest dla mnie dość frustrujący. Tak jak przypuszczałem, tętno podskoczyło powyżej 170, więc zwolniłem, żeby odzyskać równy oddech. Przełączyłem zegarek na stałe wyświetlanie pulsu, nie reagując już na spadającą prędkość. Dzięki temu drugie kółko mogłem już biec odrobinę mocniej.

Jeszcze przed 2/3 dystansu, a wiec na 13-tym kilometrze, zrozumiałem, że bez trenowania forma spada bardzo szybko. Nogi zrobiły mi się ołowiane, co bardzo mnie zdziwiło. Czas lenistwa zrobił swoje i poczułem się jak na 35-tym kilometrze maratonu. Szczerze mówiąc pierwszy raz coś takiego dopadło mnie na tak krótkim dystansie. Stwierdziłem jednak, że skoro ten bieg miał być dla przyjemności, to pozostaje z uśmiechem na ustach zmierzać do mety i obserwować co się wydarzy.

img_5046/ foto – Michał Kowalczyk/

O dziwo, bo tego już całkiem nie mogę wytłumaczyć, około 3 km przed metą odzyskałem siły, mimo że nie stosowałem żadnego dożywiania poza malutką galaretką znalezioną w kieszeni kurtki. Końcówkę pociągnąłem mocniej i zrewanżowałem się dościgając kilku zawodników, którzy wyprzedzili mnie w trakcie moich słabszych kilometrów.

Ja ostatnie pięć kilometrów przebiegłem na wysokim tętnie, co jednak nie przełożyło się na wyraźne przyspieszenie. Niemniej cieszyłem się każdym kilometrem leśnej żorskiej przygody – to był najprawdopodobniej ostatni tegoroczny bieg w warunkach jesiennych a nie zimowych. A cieszyłem się o tak (wypisz wymaluj Święty Mikołaj – wersja leśna):

/ foto - Michał Kowalczyk/

/ foto – Michał Kowalczyk/


Meta

Na metę przybiegłem 56 wśród 180, którzy ukończyli półmaraton. Mój czas 1:47:22 choć o prawie 10 minut słabszy od życiówki w półmaratonie był jednak najlepszym osiągniętym przeze mnie na leśnej trasie. Biorąc pod uwagę okres w jakim odbył się bieg byłem całkiem zadowolony :-) Na potwierdzenie, że dobiegłem i miałem się nieźle krótkie nagranie zza mety.

Tak, na metę wpadłem całkiem z siebie zadowolony, bo na ostatnim kilometrze gnałem niczym pingwin napędzany paliwem rakietowym. Pingwin – bo czułem się zmrożony, a napędzany paliwem rakietowym, bo wiatr tak mi świstał w uszach, że miałem wrażenie osiągania prędkości warpowej. Na mecie byłem 105. na 180 sklasyfikowanych biegaczy. Czas 1:55:59 był również 9 minut gorszy od „życiówki” na dystansie półmaratonu, ale cieszyłem się z osiągnięcia mety.

Na mecie towarzyszyłem Pawłowi w ciężkiej chwili łapania pierwszego oddechu, a fotograf ujął to na tej oto fotce :-)

img_5514/ foto – Michał Kowalczyk/

Za metą jedynym problemem był fakt, że rozbolały mnie przemrożone kolana, bieg w krótkich gatkach nie był widać z ich punktu widzenia genialnym rozwiązaniem. Dobrze, że parking był niedaleko i gościnne, ciepłe wnętrze pojazdu Tomasza było dosłownie o krok od linii mety…

Warto wspomnieć, że zawody na dystansie półmaratonu wygrał żorzanin Jarosław Kożdoń z czasem 1:21:53, ze zdecydowaną przewagą  nad drugim na mecie Piotrem Tomaszczykiem. Pierwsza wśród kobiet dobiegła Barbara Chrzanowska.

Warto również pokazać Pawła w całej biegowej okazałości przed i po biegu. Poza nieco zmoczonym wyglądem jest dokładnie taki sam :-) Na szczęście !


Podsumowanie

W mojej ocenie zawody były bardzo sprawnie zorganizowane, nietypowe miejsce startu wprowadziło nas w niecodzienny nastrój, a piękne lasy pozwoliły cieszyć się widokiem pięknych okoliczności przyrody. Taki bieg, jakże różny od ulicznych, był miłym akcentem na koniec sezonu. Mam nadzieję, że będzie się odbywał również w kolejnych latach.

Podpisuję się oboma rękoma pod tym, co napisał Tomek. Taki bieg stanowi genialne zakończenie sezonu biegowego. Nie biegnie się asfaltem, a leśnymi ścieżkami. Bieg nikomu nie przeszkadza, bo nie blokuje żadnej drogi czy centrum miasta. Bardzo ciekawe miejsce startu i mety jest też świetną promocją Żor. Profesjonalna organizacja, pomocni wolontariusze, towarzyszący nam dzielnie fotografowie, to wszystko składa się na mocne postanowienie wystartowania w tym biegu za rok. Zakończę stwierdzeniem od którego zaczęliśmy naszą relację – że Żory są bardzo mocnym punktem na mapie biegowej województwa. Na stół wyłożyły kolejnego asa – który z poprzednimi trzema stanowi trudną do pobicia przez inne miejscowości – karetę asów.

Choć powracając do konwencji westernu, każdą karetę bije celnie wymierzona kula z rewolweru. Ale to już zupełnie inna historia, która rozegrać się może na Main Street Miasteczka Westernowego w Żorach…


Tomasz i Paweł

Autorów dwóch: mgr inż. Anioł czyli Tomasz, Bookworm czyli Paweł. We wpisie wspólnym, podwójnie podpisanym.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.