Bieganie, Relacje

Salamandra Ultra Trail 50km – relacja


Wstęp

Startem w biegu SUT50 miałem rozpocząć maratoński sezon 2019. W planach na ten rok 9 biegów na dystansie 42 km, lub większym, w tym tylko jeden szosowy. Przygotowania do startu zakłóciła kontuzja, z którą uporałem się dopiero w lutym. Dwukrotnie odwiedziłem okolice Czantorii Wielkiej, robiąc 30-kilometrowe górskie wybiegania, częściowo po trasach Salamandry. Później był start na rozgrzewkę w Brennej UBS 12:12 i zrobiony na luzie z czasem 1:35 Półmaraton Marzanny w Krakowie, dwa tygodnie przed SUT.

Do Goleszowa, a konkretnie do Dzięgielowa jechałem jednak pełen pokory. Przewyższenie 3000 m na dystansie 50 km wciąż stanowi dla mnie wyzwanie. Tym bardziej że nie mam jeszcze 100-procentowego zaufania do lewego stawu skokowego.

Mapa i profil trasy prezentowały się jak poniżej, zwłaszcza drugi podbieg pod Czantorię Wielką, rozpoczynający się na 35 km budził szacunek.

Założyłem sobie, że skoro trasa przy dystansie 50 km i przewyższeniu 3000 m odpowiada mniej więcej 80 km płaskiego dystansu, to powinienem się zmieścić w czasie 8 godzin.


Przed startem

Jako że ode mnie z Żor na start było około 45 min jazdy samochodem, o godzinie 6:00, w sobotę 6 kwietnia wyjechałem do Dzięgielowa. Parking był oddalony od Zamku o prawie kilometr, więc chwilę po 7:00 doszedłem na miejsce.

Biuro zawodów mieściło się w bardzo stylowym pomieszczeniu, odbiór pakietu i chipa startowego przebiegł bardzo sprawnie.

Później była rozgrzewka i byłem gotowy do startu. Deszcz to padał, to przestawał, zdecydowałem się więc założyć na wierzch kurtkę, co już kilkanaście minut później okazało się głupim pomysłem.

Start i dwie pierwsze części trasy

Punktualnie o godzinie 8:00 około 300 biegaczy ruszyło na trasę biegu na 50 km. Od wielu godzin trwał już bieg na dystansie 100 km, a po nas miały jeszcze wyruszyć 25 i 11 km. Ruszyłem spokojnie, próbując się dogrzać na pierwszych kilometrach.

fot. Dominik Kukuczka

Po 2 km lekkich podbiegów zrobiło mi się gorąco i w ekwilibrystyczny sposób, nie zatrzymując się, udało mi się schować kurtkę do plecaka. Trasa wiodła głównie przez las, czasem malowniczymi polankami, aż szkoda było, że pochmurna pogoda nie pozwalała raczyć się w pełni widokami, które nas otaczały.

Biegłem spokojnie, na wzniesieniach przechodząc do truchtu lub szybkiego marszu. Postanowiłem do pierwszego punku żywieniowego zupełnie nie szarżować, tym bardziej że limit czasu był duży, a ja chciałem sprawdzić, jak działa moja kostka. Niestety bolała, choć starałem się ignorować ukłucia, pojawiające się raz po raz, na niestabilnym podłożu.

Humor jednak dopisywał, od czasu do czasu na fragmentach asfaltu, można było docisnąć.

fot. Tomasz Wysocki

Pierwsze 10 km przebiegłem w czasie 1:12. Później jednak zaczęła się wspinaczka na Ostry i o ile przemieszczając się w górę, nie do końca wiedziałem skąd nazwa, o tyle na zbiegu zrozumiałem to doskonale. Robił wrażenie. Od razu też okazało się, że wciąż przy takich spadkach brak mi odwagi, więc, mimo że nogi trzymały, pozwoliłem się wyprzedzić kilku biegaczom, tłumacząc sobie, że dogonię później. Nie do końca się to sprawdziło.

Później biegliśmy przedziwnym kawałkiem trasy, gdzie Polsko-Czeska granica utworzona jest przez dwa płoty (czeski to ten nowszy i ładniejszy). Szlak zaś biegł około 2-metrową przerwą pomiędzy płotami.

Miejscami znów, napotykaliśmy mocno zdewastowany wiatrem las, przewrócone drzewa, czasem trzeba było się wręcz zatrzymać, żeby ominąć przeszkody.

Spodziewałem się punku odżywczego około 13,5 km, jednak ten umiejscowiony był około 15 km. Nie był to dla mnie problem. Ważne, że była woda, którą napełniłem soft-flaski, chwyciłem ciastko, plasterek ananasa i garść paluszków.

Jak już jestem przy żywieniu, to mój plan w tym zakresie składał się z dwóch postojów na punktach, 7 żeli energetycznych, 100 g daktyli i dwóch saszetek izo rozpuszczanych w wodzie.

Za punktem rozpoczęła się wspinaczka w górę, zdjęcia nie oddają przewyższenia, ale miejscami marsz był mozolny.

Zaczęło się robić zimniej i zaczął padać deszcz. Ponownie, bez zatrzymania udało mi się narzucić coś na siebie, tym razem była to tylko kamizelka. Las miejscami był gęsty, pod nogami to błoto, to znów kamienie i liście.

fot. Tomasz Wysocki

Po wyjściu z lasu naszym oczom ukazała się Czantoria, ta większa.

Wcześniej jednak minęliśmy tę mniejszą i górną stację wyciągu Poniwiec.

Błoto powoli zamieniało się w mokry śnieg, nogi rozjeżdżały się czasem, jednak wciąż w dobrej kondycji zbliżałem się do szczytu. Zauważyłem, że kostka już nie boli. Znudziło jej się, widząc, że tego dnia nie robi to na mnie żadnego wrażenia.

Po 2 godzinach i 53 minutach, dotarłem na szczyt Czantorii. Zegarek pokazywał dystans 19,5 km.

Trasa była świetnie oznaczona. Jak zresztą podczas całego biegu. Trzeba przyznać organizatorom, że na tym znają się świetnie. Nieczęsto się zdarza, by podczas tak długiego biegu, ani przez chwile nie mieć wątpliwości czy jest się na trasie. Tu wszystkie punktu gdzie było ryzyko zboczenia z trasy, oznaczone były znakomicie.

Fotki na szczycie i po chwili już zbieg w kierunku Soszowa.


Biegnąc w dół, dość szybko, uśmiechałem się pod nosem, bo w pamięci miałem dwukrotne w ostatnim czasie, pokonywanie tego odcinka trasy w przeciwną stronę. Nie ma co mówić, lepiej się zbiega. Ani się obejrzałem, gdy był 25 km i zaraz za Schroniskiem na Soszowie, trasa skręcała w dół do Wisły Jawornika.

To był najłatwiejszy kawałek trasy, w dół, zwłaszcza po asfalcie i płytach betonowych pędziłem szybko. Trasa w górę skręciła dopiero w pobliżu Hotelu Stok.

Ten odcinek trasy był dla mnie mentalnie trudny. Miałem za sobą już 4 godziny zawodów, czyli na szosowym maratonie byłbym już po prysznicu i piwie. A tu przede mną drugie tyle. Na dodatek zaczęło mocno padać. Czułem, że robi mi się zimno. Postanowiłem się zatrzymać i drugi raz tego dnia ubrać kurtkę nieprzemakalną.

Górka była solidna, chwila w dół i potem znów w górę. Zegarek pokazał 30 km i czas 4:20. Pocieszałem się, że drugi punkt żywieniowy coraz bliżej.

Wkrótce potem zaczął się zbieg do Ustronia Polany, pod dolną stację wyciągu, pod którym chwilę potem przebiegliśmy.

fot. Tomasz Wysocki

Po 4 godzinach i 55 minutach byłem przy punkcie żywieniowym numer 2. Za mną było 34 km trasy, przede mną 16 z trudnym podejściem na Czantorię.

Postanowiłem zdjąć kurtkę. Droga na szczyt wiedzie przez las, poza tym, byłem pewien, że mocno się rozgrzeję. W kilka minut wypiłem colę, napełniłem soft-flaski, zjadłem kawałek ciasta, kiełbasy i sera. Byłem gotów na decydujące starcie tego dnia.


Trzecia część trasy i meta

Podejście na Czantorię od strony Ustronia Polany wiedzie cały czas wzdłuż stoku narciarskiego. Śniegu były już tylko resztki, a w lesie wcale. Ruszyłem w górę z nadzieją, że jeśli wejdę na szczyt w 45 minut, to będzie szansa na wynik końcowy poniżej 7,5 h.

To był dla mnie najtrudniejszy odcinek trasy. Chyba dlatego, że już przed startem wmówiłem sobie, że będzie najtrudniejszy. Organizm jakby zaprogramowany zaczął odczuwać kryzys. Ale nie fizycznie, bo nogi ciągnęły, ale mentalny. Podejście dłużyło mi się, zacząłem zupełnie niepotrzebnie koncentrować się na jakichś odczuciach wewnętrznych. A to kręciło mi się w głowie, a to jakoś ściskało w żołądku, momentami dziwnie skakał puls. Czułem się słabo i nawet dwukrotnie zatrzymałem się na moment, by chwilę odpocząć. W końcu przypomniałem sobie kryzys za 40 km na Visergrad Ultra, na podejściu pod Makowicę. I zrobiłem to, co wtedy, nakrzyczałem w duchu na siebie i postanowiłem wziąć się w garść i zapieprzać, a nie rozczulać się nad sobą. Zresztą, gdy tylko zobaczyłem górną stację wyciągu narciarskiego, od razu poczułem się lepiej.

Dalsza trasa na szczyt szła mi już dużo lepiej. Choć był zimno, nie założyłem kurtki. Na górze byłem po 55 minutach od wyjścia z punktu. Sporo za wolno. Ten kawałek zawodów, dziś z perspektywy, uważam za najgorszy, to tu straciłem dystans do grupy, z której części zawodników nie dogoniłem już do samej mety.

Zaczęły się zbiegi. Na 40. km miałem czas 6:18. Minęliśmy ponownie Małą Czantorię. Nogi były mocne. Błoto coraz większe, miejscami buty obklejały się mazią.

Chwilami były podejścia, które nawet cieszyły, zawsze trochę inna partia mięśni mogła popracować.

fot. Arek Jot

Ostatnie kilometry biegłem samotnie. Stawka biegaczy rozciągnęła się mocno. Czasem kogoś doganiałem, bo zbiegało mi się całkiem dobrze. Ani się obejrzałem i był 45 km. Czas 6:54 i ostatnie spotkanie z Tomaszem Wysockim, który jako fotograf amator zrobił mi na trasie wiele zdjęć. Dzięki Tomku za fotki i dobre słowo na trasie!

,Wydawało mi się wtedy, że spokojnie machnę 5 km w 30 min i zrobię wynik 7:25. Ale przede mną był kamieniołom. Coś o nim słyszałem, ale nie wiedziałem, co mnie czeka. Spodziewałem się ostrego podejścia i takie było. Ale nie spodziewałem się takiego błota. Już na pierwszej części tego odcinka na szczycie podejścia, wchodziłem na czworakach. A dalej było już tylko gorzej. O dziwo nie miałem problemu z nogami, nie czułem się nawet zmęczony, tylko stopy jeździły mi po błocie jak szalone. Gdy podszedłem pod ostatni skalisty odcinek, przestraszyłem się. W dół mocny spadek. Mnie przy każdym kroku nogi osuwają się w dół.

Usiadłem i szczerze mówiąc, zacząłem kląć, w międzyczasie dogoniła mnie czwórka zawodników. Jakoś szli, trochę pełzali na czworakach, ale mnie mijali. A ja siedziałem, jak kretyn, miotając przekleństwa. W końcu się ruszyłem i na stopach, dłoniach, kolanach jakoś wylazłem na szczyt tej góreczki. Bo to nie jest żadne wielkie wzniesienie, gdyby było sucho, byłoby to jak wejście po schodach co trzy stopnie. Ale w tym błocie uznałem to miejsce za niebezpieczne. Później, na za metą, powiedziałem o tym organizatorowi. Mój subiektywny pogląd jest taki, że w tym miejscu powinna wisieć lina, coś jak na Żor na Zimowym Janosiku.

Najważniejsze jednak, że byłem na górze i zostało może dwa kilometry do mety. Z wściekłością ruszyłem na dół. Kolana miałem zakrwawione i zabłocone. Mało pamiętam z końcówki. Kilka osób dogoniłem na zbiegu. Mnie też ktoś wyprzedził. Wkrótce ponownie ukazała się brama Zamku. Nie robiłem już zdjęć, bo całe dłonie miałem w błocie. Nie finiszowałem zbyt mocno, wiedziałem, że wynik będzie poniżej 7:50 więc zgodny z pierwotnym planem, ale czasu straconego w kamieniołomie już nie odrobiłem.

fot. Andrzej Szczot
fot. Tomasz Wysocki
fot. Tomasz Wysocki

Minąłem metę z czasem 7h 48 min, w połowie stawki. Odebrałem medal, bardzo piękny zresztą. Nie było jakiejś specjalnej radości. Chyba jednak za bardzo zezłościł mnie ten kamieniołom. Czułem, że zrobiłem swoje, ale jakiejś wielkiej dumy z wyniku nie czułem.

Początkowo poszedłem do punktu medycznego odkazić krwawiące kolana, ale po oblaniu ich wodą mineralną zrezygnowałem. Nic wielkiego się nie stało.

Podsumowanie

Salamandra Ultra Trail to bardzo dobre zawody. Dobre i wymagające. Trasa poprowadzona bardzo różnorodnie, we wspaniałych okolicach Beskidu Śląskiego. Tego dnia pogoda nie pozwalała podziwiać widoków, ale znam te trasy i wiem, że są zachwycające.

Trasa była świetnie oznaczona, biuro zawodów sprawne, punkty odżywcze z tym, czego potrzebowałem. Za to wszystko wielkie podziękowania dla organizatorów. Poza tym krótkim, niebezpiecznym odcinkiem w kamieniołomie, wszystko znakomicie.

Wrócę za rok. Wrócę i już będę widział czego się spodziewać. Myślę, że jestem w stanie spokojnie urwać z wyniku pół godziny. Ale na razie odpocząłem kilka dni i zaczynam już myśleć o maratonie w Madrycie. Za 14 dni będę już pił piwo i jadł paellę po tym biegu.

3 Comments

  1. Sebastian Banach

    Jak zwykle super relacja .

    • mgr inż. Anioł

      Dziękuję :) dla Ciebie to było odświeżenie wspomnień, bo jak widziałem dzielnie powalczyłeś na 25tce !

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén