Bieganie

Sędzia

Sędzia bieganie

Dobiegam do linii mety. Podnoszę ręce w geście zwycięstwa – po raz kolejny wygrałem ze zmęczeniem, z rezygnacją, z bólem mięśni.
Pod koniec biegu w głowie zazwyczaj odbywa się twórcza dyskusja na temat porzucenia biegania, wysiłku fizycznego na rzecz radosnej konsumpcji napojów alkoholowych, zagryzanych czipsami, na nader wygodnej kanapie przed odbiornikiem TV. Z tym właśnie wygrałem – dlatego mam prawo do gestu zwycięzcy.

Tymczasem rzut oka na czas na mecie, oczekiwanie na przetworzenie cyferek przez zmęczony mózg, krótki werdykt:

zważając na trudne warunki na trasie (upał, górki, słaby doping, wiatr z gatunku „wmordewind”, klejący się asfalt, niewystarczająco chłodną wodę, brak lektyki dla niżej podpisanego jaśnie pana)  oraz na bieżącą formę – wynik jest akceptowalny.

Gdy już serce odzyskuje naturalniejszy rytm a płuca przestają zasysać tlen z upiornym gwizdem, dochodzę do odkrywczego wniosku, że tak de facto to jestem nawet zadowolony ze startu, ponieważ kolejny raz dotarłem do mety. Już za sekund pięć porozmawiam ze znajomymi, wspólnie zjemy regeneracyjne co nieco, później nadejdzie też czas na napisanie optymistycznej relacji.

To też jest przyjemność nieodłącznie związana z bieganiem.

Niestety wiem również, że gdy usiądę przed ekranem komputera, gdy zgram cały bieg zarejestrowany przez mój zegarek biegowy, to stanę przed bezlitosnym Sędzią, a on już mi da widowiskowo popalić.

Dawno temu na Dzikim Zachodzie

Jak pewno pamiętacie z westernów na Dzikim Zachodzie ścieżki sprawiedliwości były proste niczym wycior do lufy sześciostrzałowca, słynnego Peacemakera. Na ogół funkcjonowało sławne powiedzenie perfekcyjnie opisujące sposób działania organów sądowniczych:

Zrobimy tym koniokradom uczciwy proces, a potem ich powiesimy.

Tak jest i w przypadku oceny moich wyników biegowych przez Sędziego.

Sędzia

Kim jest ten ponury pan? Kimś, kto wie o mnie wszystko. Kimś, kto bacznie obserwuje mnie podczas każdego momentu zawodów. Czego nie dojrzą jego czujne, zimne brązowe oczy, tego domyśli się, lub to odkryje z telemetrii biegowej.

wykres tętna

Wie w którym momencie niepostrzeżenie mój bieg zmienił się w chód, ile sekund przez to straciłem na danym kilometrze.

Doskonale orientuje się, na podstawie wykresów rytmu serca, w której chwili miałem wystarczająco sił aby utrzymać założone tempo a jednak odpuściłem. Przypomina mi ile razy niepotrzebnie usprawiedliwiałem się wskazaniami pulsometru, zerkałem na zegarek, zwalniałem do tempa wolniejszych biegaczy.

Obśmiewa każde moje niewypowiedziane usprawiedliwienie – momenty znużenia, rezygnacji, bólu mięśni, niedyspozycji żołądkowych. Bo to niegodne miana prawdziwego biegacza. Przecież miałem napierać.

Wyrok: winny!

Jeśli próbuję bronić się i oponować, Sędzia rzuca mi pod nos zapisy ostatnich treningów. Na nich czerwonym flamastrem są oznaczone wszelkie moje grzechy i grzeszki. Wszystkie odebrane podczas treningów telefony. Zatrzymane pomiary czasu gdy robiłem zdjęcia krajobrazów. Te sławne w świecie biegowym wymówki – rozwiązujące się sznurowadła i czerwone światła dla pieszych na skrzyżowaniach są zaznaczone grubymi czerwonymi wykrzyknikami.

Tak, gdyby nie moje drobne oszustwa i triki, to bym na mecie meldował się o kilkaset sekund szybciej, bezsprzecznie.

Czasem, gdy ponosi mnie złość, przez którą bronię się dłużej przed zarzutami, plik kartek lądujących mi przed oczyma jest grubszy. Jest na nich spis moich niedobieganych kilometrów z końcówką 0,98.  Są wyliczone zimne kufelki piwa, moim zdaniem zapracowane podczas biegania a zdaniem Sędziego utrudniające regenerację i wywołujące późniejszy ból głowy.

Tak. Wtedy spuszczam ostatecznie głowę. Walka jest zakończona, przecież ja wiem, że Sędzia ma rację. I już się nie tłumaczę, bo nie mam z nim szans.

 

Pewno ciekawi jesteście kim jest ten okrutny i wymagający Sędzia?

Otóż jestem nim ja sam

Bo choć bieganiu towarzyszy spora doza radości, to zawsze podświadomie wraca kwestia co by było gdybym…  I zatruwa łyżką dziegciu całą beczkę biegowej radości i endorfin.

Dlatego podziwiam tych, którzy biegają dla czystej przyjemności, bez udziału w zawodach. Którzy nie porównują swojego biegowego wczoraj z biegowym dziś.

Ja co prawda pisałem kiedyś, że (nie) startuję w zawodach ale przyznaję ze skruchą, że mam w głowie bardzo głęboko wkodowaną rywalizację z samym sobą. I dopóki ona tam będzie, tak długo w moim bieganiu będzie towarzyszył mi wszechwiedzący Sędzia.

A Wam?


 

23 Comments

  1. tez jestem takim sędzia-katem dla siebie i dowalam sobie szczegolnie jak się poddaje, lub nie ćwiczę tyle ile powinnam. Sami dla siebie jesteśmy najstraszniejszymi sędziami.

  2. Bo Ty już wychowałaś swojego sędziego, przed moim jeszcze długa droga do zgody ;)

  3. Rywalizacja z samym sobą, a tak naprawdę własnymi słabościami to coś najpiękniejszego co daje nam sport. Z mojej sportowej kariery najchętniej wspominam nie wygrane walki, dekoracje i medale (choć było to milusie nie powie), ale sam etap przygotowań. Krew, pot i łzy :) Nie bądź dla siebie, aż tak surowym sędzią: robisz to dobrze.

  4. Oczywiście że mi towarzyszy. :-) Mój osobisty życiowy sędzia który jest wiecznie niezadowolony z tego co robię. Nawet jeśli wszystko wygląda na to że jest ok, on zawsze wynajdzie coś by wbić mi szpilę i powiedzieć- oszukujesz samą siebie, wcale nie jest dobrze. I szybko znajduje na to dowody.
    A wiesz co jest najgorsze? Że nawet jak go pogonisz ( oczywiście na jakiś czas, bo toto przecież wraca jak bumerang), to szpila którą ci zostawił, wciąż cię uwiera i wywołuje wątpliwości.
    Jak znajdziesz jakiś sposób na tego skurw… to daj znać. ;-)

  5. Szymon | pomensku

    Jestem uzależniony od progresji treningowej na siłowni i gdy tylko zrobię jedno powtórzenie za mało albo nie podniosę pół kilograma więcej, mój wewnętrzny sędzia udziela mi srogiego połajania.

    Szybko jednak konkluduje, że powodem obniżonej siły jest niedostateczna podaż kalorii, dlatego zachęca mnie, bym niezwłocznie po treningu opierdzielił soczystego burgera z podwójnym mięsem. Nie odmawiam :P

    • Pogadam poważnie z tym moim. Ta świnia mnie tez odgania od lodówki już o burgerach nawet nie wspominam, a właśnie dostałem ślinotoku…

  6. Cały czas, na każdym kroku mi towarzyszy ten sędzia, nawet jeśli nie biegam. A to źle napisane, a to projekt nie dość dobry, a to za późno wstałem i Dżunior się prawie spóźnił do szkoły, a to znowu wskazówka wagi stoi jak młodemu na weselu.
    Ale wiesz co? To dobrze, bo jakby nie ten bat nad (pardon) dupą, to do niczego byśmy nie doszli – w bieganiu, w pisaniu, w życiu już tak szerzej.

  7. Paweł, każdy z nas ma takiego sędziegoi jest to chyba związane z naszym wychowaniem: nie wystarczająco i tu cała gama: dobry, szybki, mądry,ładny,chudy, szybki, skuteczny, itp. Niby fajny taki mobilizator, ale z drugiej strony- krótka droga do rożnych problemów..
    I nie świruj- jako stary/dojrzały facet zacząłeś biegać jakieś 2 lata temu, a teraz zaliczasz maratony, jakieś górskie hardcory i robisz długie dystanse regularnie- zaginasz średnią i zawstydzasz niejednego Gimba :D.

    • Dzięki :) Ale tak jak piszesz, to siedzi w głowie :) A gimby… gimbów już oficjalnie nie ma (tylko 2 roczniki zostały „na wyginięcie”). ;)

    • Ja takiego nie mam (przynajmniej jeśli chodzi o sport), ale… Bardzo bym go chciała mieć! Z pewnością taki sędzia jest pomocny, aby przekraczać swoje granice. Kilka lat siedzącego trybu zrobiło swoje i teraz obawiam się, że często zadowalam się linią najmniejszego oporu. W innych dziedzinach życia tak nie mam, a tu sport i psikus :(

      • To ja teraz muszę wykoncypować jak mojego skubańca ululać i położyć gdzieś w kącie spać, niech mi tu więcej nie podskakuje ;)

      • Ania, nie można być zajebistym we wszystkim! :P
        A tak na serio- może nie znalazłaś aktywności,która Cię kręci już.

        • Nie chce być zajebista we wszystkim, chce tylko, żeby mi tyłek nie obrósł jeszcze większym sadłem i żeby mój brzuch nie zasłaniał stóp jak patrzę w dół :P No i wiesz jak wciąganie podbródka jest męczące, gdy się robi selfie? xD
          Kurczę, no znalazłam. Basen i rower. I długie spacery (takie po dziesięć kilometrów lub więcej) na wszelakich wsiach i łonach natury. Bieganie jednak nie do końca, chociaż od czasu do czasu też lubię. Tu chodzi o coś innego – o systematyczność :P Mobilizacja jest, ale jak trzeba mobilizować się codziennie, to kanapa wydaje się bardziej przekonywująca, skubana umie dobierać argumenty!

          • To ja mam pomysł – wyślij kanapę na urlop!
            Natomiast uważaj na pewną pułapkę aktywności fizycznej, w którą ja regularnie wpadam. Im więcej ruchu, tym większy głód. I tu zaczyna sędziemu towarzyszyć Księgowy. Twierdzi, że liczy się niby jakiś bilans kalorii wrzuconych na ruszt do tych spalonych ;)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén