Bieganie, Relacje

SilverRun Maraton Srebrna Góra – relacja


Są biegi takie, jak GórskaPrzygoda — krótkie, przyjemne, takie, podczas których dobrze się bawimy, czujemy radość i euforię. Ale są też takie, na których solidnie dostajemy w tyłek, czujemy się słabi, zrezygnowani, czasem nawet przestraszeni. Które są ważniejsze? Które finalnie dają nam więcej? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Ja dziś opowiem Wam o biegu z tej drugiej kategorii. 17 listopada wziąłem udział w biegu górskim na dystansie maratońskim, z przewyższeniem, wg organizatorów, około 1700 m. Start miał miejsce w twierdzy Srebrna Góra na terenie Gór Sowich. Ważne jest to, że był to bieg charytatywny, organizowany przez Polską Fundację Wychowania Fizycznego. Środki z biegu są przeznaczane na pracę wychowawczą z młodzieżą poprzez różnego rodzaju zajęcia sportowe. Cel więc szczytny, bieg kameralny, na zupełnie nieznanym mi terenie.

Przed biegiem

Skąd wziąłem się w Srebrnej Górze? Historia jest prosta. Na drodze moich przygotowań do Garmin Ultra Race 85 km w Trójmieście szukałem startów na długich dystansach, ale bez olbrzymich przewyższeń. Chciałem też pobiec w miejscu jeszcze mi nieznanym. W tym samym czasie odbywało się Piekło Czantorii. Ale po pierwsze te trasy znam na pamięć, a po drugie nie potrzebowałem piekła przewyższeń, tylko solidnego długiego biegu terenowego.

Spodobała mi się również wizja odwiedzenia samej twierdzy. To niesamowite miejsce! Ze zdziwieniem przeczytałem, że to największa górska twierdza w Europie.

fot. magazynswiat.pl

Zawody były rozgrywane na dystansach 12km, 21km i 42km. Trasa najdłuższego częściowo prowadziła trasami krótszych dystansów. Na trasie kilka szczytów jak Kalenica, Rymarz, Słoneczna. Wg mojego zegarka największa wysokość to 965 m npm.

Moim celem na bieg było ukończyć go poniżej 5 h. Nie znałem trasy, nie wiedziałem czego się spodziewać. Wiedziałem natomiast, że nie będzie już temperatury kilkanaście stopni, jak tydzień wcześniej w Wiśle, ale raczej około 0, może -1. W wieczór poprzedzający start zameldowałem się w Hotelu Koniuszy w Srebrnej, po smacznej kolacji i pierwszym odcinku Narcos Mexico udałem się spać.

Startujemy

Start miał być o 9.00, więc godzinę wcześniej zaparkowałem w pobliżu twierdzy i rozpocząłem spacer w górę do jej bram. Pogoda nie była zachęcająca. Zimno, mgliście, jak ja mawiam — surowo.

Biuro zawodów umieszczone było w pomieszczeniu twierdzy, gdzie rozchodziło się miłe ciepło od opalanego drewnem kominka. Biegaczy na tym dystansie było jedynie 36. Po odebraniu numeru poczekaliśmy jeszcze trochę, bo start opóźnił się o 30 min.

Rozgrzewka, jaką wykonałem, była symboliczna. Jakoś nie chciało mi się zbyt długo przebywać na zimnie. Ubrany byłem dobrze, tak mi się wydawało. Jak się okazało później, jedyne w tym zdaniu prawdziwe było właśnie to, że mi się wydawało. Pierwsza warstwa termiczna, bluza z długim rękawem i wiatroodporna cienka kamizelka. W plecaku jeszcze Bonatka.

Wejście do Donżon. Głównej części twierdzy.
Start ustawiono na dziedzińcu
Mina jeszcze tęga

Przed startem odbyła się odprawa. Dowiedzieliśmy się, że 3 trasy będą oznaczane chorągiewkami w różnych kolorach. Nasz miał być różowy. Później okazało się, że to nie był dobry pomysł. Zwłaszcza że, gdy dwie trasy się pokrywały, to chorągiewki obu kolorów były umieszczane na przemian. Gdyby nie GPX w zegarku miałbym wiele wątpliwości na trasie. Choć i ten podany przez organizatorów nie był miejscami tożsamy z trasą. Ale nie uprzedzajmy faktów. O 9.28 ruszyliśmy na trasę.

Mój numer to 38

Pierwsza połówka

Zaczęliśmy mocno, bo początek trasy to był zbieg spod twierdzy. Starałem się nie szarżować, żeby najpierw porządnie się rozgrzać. Czołówka uciekła, trzymałem się w środku stawki.

Mgła nie dawała za wygraną

Trasa była urozmaicona, to w górę to w dół. W pewnym momencie grupą dobiegliśmy do miejsca, gdzie w bok odchodziła trasa 12 km oznaczona żółtymi chorągiewkami. A my? Gdzie są różowe? Sęk w tym, że nigdzie… Kilku z nas biegnie żółtą trasą, ja i jeszcze jeden zawodników obok mamy tracki i widzimy, że trzeba w prawo. Kilku chłopaków dołącza do nas i tak w 5-6 biegniemy zupełnie nie wiedząc, czy biegniemy dobrze, ale po kilkunastu minutach łączymy się z tymi, z którymi się rozstaliśmy. Kto biegł dobrze? Nie wiem do dziś. Ale skoro się spotkaliśmy to warianty były podobne. Biegnąc w tej grupie zapoznaję się z Andrzejem z Pietrowic Wielkich. Biegniemy odtąd razem przez kilkanaście kilometrów. On szybciej pod górę, ja doganiam na zbiegach. Ogólnie rzecz biorąc biegniemy szybko. Pierwsze 10 km pokonuję w około 56 minut. Nieźle, jak na górską trasę i moje możliwości.

Mgła się kończy gdy wbiegamy wyżej. Robi się słonecznie, ale mroźnie.

To pierwsze dla mnie zimowe widoki tej jesieni

Wkładam kurtkę, bo zaczyna mi się robić zimno. Trochę lepiej jest na słonecznych podejściach, tętno rośnie i od razu robi się cieplej.

Miejscami podejścia są konkretne, chodź nie jak beskidzkie
Uroki Gór Sowich w całej okazałości
Na podejściu Andrzej prowadzi

Za przełączą Bielawska Polana, zgodnie z trasą w moim zegarku, skręcamy w lewo. Jakie zdziwienie po kilku kilometrach! Z przodu, wprost na nas biegnie czołówka! Patrzymy z Andrzejem na siebie. Wyciągam Google Maps. Cholera, biegniemy dobrze. Na szczęście mijający nas zawodnicy krzyczą, że wiedzą, że to oni biegną źle pętlę w drugą stronę. No cóż, podejścia jest tyle samo, tyle że w odwrotną stronę.

Pod górę na Kalenicę zostaję za Andrzejem jakieś 100 m, jest mi zimno. Coraz zimniej. Mam nadzieję dogonić go na zbiegu, a na punkcie żywieniowym napić się czegoś ciepłego. Mimo że tempo dobre, bo na 20 km mam 2:01, to wciąż nie mogę się dogrzać.

Z planów spełnia się połowa. Doganiam Andrzeja przed punktem, ale herbaty nie piję. Nie ma jej. Tylko zimna woda! Tę akurat mam w bukłaku. Jem trochę suszonych owoców i ruszamy. Jest 23 km, gdy skręcam w las za potrzebą. Mówię Andrzejowi, by biegł. Obiecuję, że go dogonię. Ale zobaczymy się dopiero na mecie.

Kryzys

Kilka kryzysów na biegowych maratonach wszelakiej maści już przeżyłem. I wiem, że ich powodem jest u mnie zawsze kumulacja niekorzystnych okoliczności. Tu przeważyło zimno. Ono bardzo źle działa na moją psychikę. Pamiętam to z Zimowego Janosika, a przede wszystkim z nocnej walki z siarczystym mrozem na Brenna UBS 12:12. Próbuję poznanej tam metody. Zatrzymuję się i pod kurtkę owijam się folią NRC. Absolutnie niezbędne wyposażenie w góry! Jest 26 km, przede mną 16, większość w górę. A im wyżej, tym zimniej. Do tego samotność. Cholera, tak! Nie ma nikogo z przodu ani z tyłu. Jakoś łyso… Tu nie jest jak w Beskidach, że co szczyt to schronisko. Wiem, że wystarczyłaby filiżanka gorącej herbaty i bym odżył. Ale co zrobię? Siądę na dupie i poczekam na nią? Robie to co zawsze w takich momentach. Opierdalam sam siebie. Jakżeś chłopie chciał biec, to teraz nie narzekaj, tylko napieraj. Z każdym krokiem jest coraz bliżej celu.

Na szczytach słonecznie, zimno, wietrznie

Ostatnia dycha

Mimo tego całego narzekania i postoju na 30 km jestem z czasem 3:12. Wstydu nie ma. Cel < 5 h bardzo realny. Dobiegam do przełęczy Woliborskiej na 33 km. Jest droga, stoi radiowóz. Szczękam zębami. Tak! Jak kretyn biegnę i szczękam zębami. W myślach uświadamiam sobie, że to dość śmieszne. Pojawia się myśl, by zrezygnować. Ale krótka. Bo wiem, jak bardzo bym się znielubił. Póki nogi całe trzeba napierać. Przede mną punkt żywieniowy. Widzę z daleka termos. Okazuje się fatamorganą na pustyni. Jest pusty.

Zaczyna się podejście, do mety 9 km. Ale jest plus, z góry zbiegają zawodnicy z krótszego dystansu. To dodaje sił. W większości są lżej ubrani niż ja.

Co jakiś czas niektórzy z nich pytają mnie o drogę. Mówię co wiem, ale nie wiem gdzie jest ich trasa. Wyglądają na zagubionych, część na nieprzygotowanych na to. Powiedział to ten przygotowany, co trzęsie się z zimna, ha ha.

Gdyby było mi cieplej, doceniałbym widoki

Na 36 km jest ostatni duży szczyt. Stamtąd już w większości w dół. I tu po raz kolejny okazuje się, że słabość człowieka jest w głowie. Pewnie ma też znaczenie to, że im niżej, tym cieplej, ale zaczynam odzyskiwać rezon. Jakoś raźniej biegnie się wiedząc, że twierdza coraz bliżej. 2 km przed metą dogania mnie zawodniczka. Wyprzedza. O nie! Nie dam się! Mocne podejście pod twierdzę, klnę głośno, Ona też.

fot. Henryk Wajda

Biegniemy wzdłuż murów twierdzy. Staram się finiszować i nagle…. lecę na pysk przed siebie. Walę kolanem w kamień, patrzę co się stało. Spod liści wystaje zdradliwy słupek, jakby graniczny. Dziewczyna coraz bliżej, trzeba się zbierać i biec, 800 m można choćby kuśtykając. Po minucie, dwóch, wbiegam w bramę.

fot. ze strony organizatora

Na mecie całkiem niezły czas 4:42. Kiedyś wolniej biegałem szosowy maraton. Już na mecie mówię organizatorom, co myślę o braku ciepłego płynu na trasie. Przepraszają.

Spodnie i tak rozdarte, więc spokojnie mogę zrobić większą dziurę. Niestety wody utlenionej nie ma. Dobrze, że jest w kranie. Plastruję rany, dziękuję Andrzejowi za wspólnym bieg. Był kwadrans przede mną. Przebieram się i zwijam szukać apteki.

Spokojnie, to tylko stłuczenia

Podsumowanie

Na plus — niezły czas. Na minus — moja słaba reakcja na zimno. Może to dlatego, że to było pierwsze w sezonie spotkanie z zimą. Niemniej, po biegu decyzja — zmieniam dystans GUR w grudniu z 85 na 52 km. Na ponad 10 h w zimnie, na razie, gotów nie jestem. Zmienię ubrania,  poprawię żywienie i na wiosnę spróbuję się z takim dystansem.

Po biegu w Srebrnej na Facebooku hejt. Wielu zawodników z  krótszych dystansów gubi się w górach. Część zamiast 12 km robi np. 20! Ukazuje się oświadczenie organizatora. Są przeprosiny, wytłumaczenie, że grupa na jednym z punktów została puszczona pod prąd, a chorągiewki były na wybiegu ze skrzyżowań, nie na wbiegu. Jest obietnica poprawy i darmowego startu za rok. Dla mnie fair, choć gdybym przyjechał, to na fundację i tak zapłacę. Ten bieg ma potencjał, po usunięciu błędów z oznaczeniem i ciepłą herbatą będzie to bardzo fajna impreza!






Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén