Bieganie, Gościnnie, Relacje

Ultramaraton Chudy Wawrzyniec 50+ z bonusem – relacja


Sierpień to dla mnie miesiąc, w którym zaczyna się druga połowa biegowego sezonu. Lipiec jest zwykle urlopowo-odpoczynkowy. W tym roku również, praktycznie w lipcu nie biegałem. Trochę dlatego, żeby odpocząć, ale przede wszystkim by nie zabierać biegowego ekwipunku w dalekie egzotyczne miejsca, gdzie często spokojne trenowanie jest wręcz niewykonalne.

Rok temu Beskid Żywiecki był miejscem, gdzie debiutowałem w górach, w biegu na dystansie dłuższym niż maratoński. Moje zeszłoroczne zmagania z tą trasą opisałem i opatrzyłem materiałem video. Pamiętam, że kończąc trasę byłem pewien, że kolejna próba będzie już na dystansie 80+. Bieżący rok biegowo mam bardzo dobry, pobiegłem już dwa maratony szosowe, dwa ultra-górskie i kilka krótszych górskich biegów. Jednak po prawie trzech tygodniach pobytu w Indonezji, niemal bez treningów nie byłem gotów na aż tak duże wyzwanie. Postanowiłem w zamian, że wyznaczę sobie ambitniejszy cel na dystans 50+ i przebiegnę go 30-40 minut szybciej niż poprzednio. Z takim zamiarem w głowie ruszyłem do Ujsoł, 10. sierpnia, w piątek poprzedzający start.


Przed startem

Tym razem zamieszkałem w Milówce, w przydrożnym hotelu Beskid, prowadzonym przez przesympatyczną rodzinę. Z tego co się dowiedziałem, wśród gości tego dnia zdecydowanie przeważali biegacze.

Około 19:00 podjechałem do Biura Zawodów. Jak zwykle wszystko odbyło się bardzo sprawnie. W tym roku, oprócz numeru z chipem i mapy otrzymałem dwa sygnowane logo biegu softflaski. Z radością wykorzystałem je później podczas biegu. Numer miałem wyjątkowy, trzy trójki miały mi przynieść szczęście.

Nie ukrywam, że z pewnym niepokojem spoglądałem w niebo. Miałem w pamięci potężne burze, jakie towarzyszyły nam w trakcie poprzedniej edycji. W tym roku prognozy też nie były łaskawe, a nad całą okolicą straszyły ciemnostalowe chmury.

Później szybko zjadłem kolację i zacząłem rytuał przygotowania ekwipunku na bieg. Jednym okiem cały czas spoglądałem na wyczyny naszych lekkoaltletów podczas odbywających się w Berlinie Mistrzostw Europy. Aż miło było patrzeć na ich występy.

O 22:00 wszystko było spakowane, a ja gotowy do spania. Mentalnie. Bo fizycznie zupełnie nie chciało mi się spać. Na dodatek w tle słyszałem uderzające o dach krople ulewy i grzmoty. Pomyślałem, że jeśli tak będzie całą noc i podczas zawodów, to w tym roku, już z całą pewnością deszcz nas z gór spłucze. Poświęciłem jeszcze chwilę na przyglądanie się profilowi trasy. Niestety, co później okazało się znaczące, nie poświęciłem uwagi  temu jak trasa biegnie w terenie. Wydawało mi się, że dokładnie ją pamiętam z poprzedniego startu.

Później, ani się obejrzałem gdy o 2:00 zadzwonił budzik. Start był o 4:00, ale o 3:15 był odjazd przygotowanego przez organizatorów autobusu z Ujsoł do Rajczy. Trzeba więc było czym prędzej, wzorem Adama Małysza, zjeść bułkę z bananem. W mojej wersji dochodzi do tego jeszcze dżem morelowy. Do bukłaka nalałem naturalnego izo, jakim jest woda kokosowa. Polubiłem ją podczas urlopu i przetestowałem przy bieganiu. Oprócz tego dwa softflaski z napojem energetycznym oraz 6 żeli, wszystko od HIGH5.

Na czas zameldowałem się w autobusie, a już po kwadransie spacerowałem wśród innych biegaczy oczekujących na start.

Był czas na lekką rozgrzewkę i na niespodziewane spotkanie ze znajomymi. Spotkałem Piotra, towarzyszącą mu jako kibic Asię oraz poznałem Tomka.

Później jeszcze posłuchaliśmy góralskiej muzyki oraz przemowy Krzyśka Dołęgowskiego, który poinformował, że przyszłoroczna edycja będzie już organizowana przez City Trail. Kończy się zatem pewna epoka.

Byliśmy gotowi do startu. Póki co, nie padało.


Część pierwsza – w drodze na Wielką Raczę

Punktualnie o 4:00 wyruszyliśmy asfaltową drogą w stronę miejscowości Sól. Tam miała się dopiero zacząć wspinaczka na Rachowiec, więc póki co, biegliśmy jak na mocniejszej rozgrzewce. Chwilę z Piotrem, jednak szybko mnie zostawił i pognał do przodu. Ja miałem w pamięci mój czas z zeszłego roku (8h 22min) i kilka międzyczasów na najważniejszych punktach trasy. Na 10 km byłem z czasem 1:11 więc kilka minut szybciej. Byłem pewien, że ponieważ dużo lepiej zbiegam niż rok wcześniej, dam radę być na mecie z czasem 7:45. Myślałem tak, aż do…. 12 km.

Na Rachowcu stało się bowiem coś, czego do teraz w pełni nie rozumiem. Było ciemniej i bardziej mglisto niż poprzednio. Pamiętałem, że powinniśmy mijać wyciąg narciarski. Ale za diabła nie wiem, czemu jakoś tak sobie wytłumaczyłem, że skoro wyciągu nie widzę, to nie szkodzi. Nie spojrzałem na zegarek z trackiem gps. Biegłem za innymi. Oznaczenie trasy w tym miejscu nie było wybitne. Właściwie mogę powiedzieć, że było złe, ponieważ problem miało co najmniej 30 zawodników, biegnących w moich okolicach. Rozpędziliśmy się mocno w dół, by po ponad 1,5 km zorientować się, że zbiegliśmy ze szczytu Rachowiec, ale nie w tę stronę co trasa! Konsternacja. Zawodnicy stoją, dyskutują, patrzymy na zegarki i mapy. Część od razu wraca w górę, tam skąd przybiegliśmy. Części, w tym mnie, wydaje się, że szybciej wrócimy na trasę przez las.

Nie był to dobry pomysł. Prawie 30 minut przedzierania się pod górę przez krzaki malin, jeżyn, lub podobnych krzewów. Podrapane nogi. Kolce w skarpetkach i butach. Ale w końcu dotarliśmy z powrotem na Rachowiec. Tak na mapie wyglądała nasza dodatkowa pętelka

Również na profilu wysokości zduplikowany szczyt wygląda uroczo.

Według zegarka strata spowodowana tą pomyłką wyniosła 36 minut, do tego 3,5 km z solidnym, dodatkowym podejściem. Byłem zły. Kląłem na podrapane nogi i na to, że mogę się pożegnać z czasem poniżej ośmiu godzin. Wylądowaliśmy na końcu stawki. Nie pozostawało nic innego, jak gonienie ogona grupy. Nie ukrywam jednak, że mentalnie byłem zrezygnowany. Uleciał gdzieś duch walki. Pod górę szło się wyjątkowo ciężko, mimo że wciąż mijałem innych zawodników. Niestety nie tych, których planowałem mijać.

fot. Fotomaraton.pl

Na Wielką Raczę dotarłem z czasem 4:31. Masakra. Miało być 3:40. Buczałem pod nosem na siebie. Po cichu powiem, że miałem przez chwilę myśl żeby kopnąć ze złości w jakiś kamień, a potem zejść ze schroniska w inną stronę. Bo był to dopiero 28. km trasy (mój już 31. dzięki bonusowi z Rachowca). Po cholerę się wlec jeszcze drugie tyle narzekając ?


Cześć druganapieram

W schronisku na Raczy usiadłem. Zamówiłem sobie lemoniadę i wieeelkie ciastko z jagodami. A co mi tam. I tak jestem w d… z czasem, to sobie posiedzę i zjem. Coś mi tam w głowie śmigało, że mam dziś pecha i tak dalej. I wtedy sobie pomyślałem, że na różne rzeczy w życiu mogę narzekać, ale nie na to, że mam pecha! Przecież dwa tygodnie wcześniej wyjechałem z wyspy Lombok przed trzęsieniami ziemi. Przecież dopiero co, byłem na wyspach Gili, którym gdy ja lądowałem już w kraju, groziło tsunami, a obcokrajowcy w popłochu opuszczali ten region.

Pomyślałem więc, że jeśli tego lata miałem jakiś limit szczęścia, to już go wykorzystałem. I trochę pecha dla równowagi nie zaszkodzi. A teraz, zamiast się użalać i przeklinać w duchu, należy ruszyć tyłek i zap…. przepraszam, napierać! Tak brzmi ładniej.

Z Wielkiej Raczy było w dół, była więc okazja, żeby się rozpędzić i nareszcie zacząć się cieszyć tym biegiem. I udało mi się to, świat jakby pojaśniał i krok po kroku zacząłem nadrabiać stracony czas.

fot. Fotomaraton.pl

Do Przegibka było 12 km, trochę w górę, potem znów w dół i tak na przemian. Fajne jest to górskie bieganie, właśnie dlatego, że takie urozmaicone. Pamiętałem, że rok temu nietęgą miałem minę dobiegając do punktu żywieniowego. A teraz wszystkie czarne chmury w myślach pozostały gdzieś z tyłu i biegło mi się świetnie. Człowiek to jednak dziwna istota. Niby w tym bieganiu chodzi o siłę mięśni, o wydolność. A tak naprawdę biegnie głowa! Wystarczyło, że sam siebie porządnie opieprzyłem i nagle, jakby mi ktoś nowe nogi przyprawił. Wyprzedzałem biegaczy przede mną, gdy tylko kogoś spotykałem. Ale przez zdecydowaną większość trasy biegłem sam. Na Przegibek dobiegłem z czasem 6:05, coraz bardziej więc zbliżałem się do zeszłorocznego wyniku, mimo straty spowodowanej zgubieniem trasy.

Zmierzając w kierunku Wielkiej Rycerzowej minąłem 40 km, a później dystans maratonu. Zbliżał się 45 km, gdzie należy podjąć decyzję co do wyboru dystansu. I choć jeszcze przed Raczą takie myśli wydawałby mi się jak ze snu, na serio myślałem o wyborze 80+. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, zupełnie inaczej niż przed rokiem. Czułem się świetnie.

Ale znam siebie. Wiem, jak ważna jest u mnie głowa, więc wiedziałem, że oto jestem w chwilowej euforii. A ta może minąć. Na dodatek nie miałem w zegarku tracka na 80+ i zacząłem sobie wyobrażać, że jak się zgubię, biegnąc praktycznie cały czas sam, to tym razem nawet nie będę wiedział gdzie wrócić na trasę. Przypomniałem sobie też, że mało do tych zawodów trenowałem i w końcu ostatecznie przekonałem sam siebie, że mądrzej jest, jak tylko szybko się da, ukończyć dystans 50+.

Odkrywałem więc radość szybszego zbiegania. Z łatwością mijałem zawodników, którzy biegli tak jak ja przed rokiem. Czułem tę różnicę i naprawdę świetnie się bawiłem.

fot. Fotomaraton.pl

Później był jeszcze Muńcuł, który tak jak poprzednio pojawiał się przede mną chyba ze 3 razy. Dwukrotnie dziwiłem się więc, że to jeszcze nie szczyt. Tak minął 50 km i zaczął się zbieg do mety. Super uczucie! Nawet na tych wąskich ścieżkach. Teraz gdy już nie wyhamowuję na zbiegach adrenalina pulsuje w żyłach. W błocie moje Speedcrossy spisywały się genialnie. Na kamieniach też było ok. Tylko na trawie czułem niepewność, nie wiedząc jaka nierówność się pod nią kryje. Zważając na każdy krok dobiegłem do Ujsoł. Wciąż nie padało. Trzeba przyznać, że pogoda była bardzo łaskawa. Dobiegłem do mostku przed metą i już chwilę później witał mnie Krzysiek.

fot. Fotomaraton.pl

Czas był bardzo zbliżony do zeszłorocznego, 8:27. Ale biorąc pod uwagę że dystans mojego bonusu wyniósł 3 km (co dało łącznie blisko 57 km) i prawie 40 min zajęło mi brodzenie w krzakach, to mogę powiedzieć, że zrobiłem wynik zgodnie z planem. I kończyłem w dużo lepszym humorze, niż rok temu.


Podsumowanie

Za metą, jak poprzednio, czekało pyszne jedzenie. Potem wypiłem od razu ciepłą kawę z mlekiem. Chwilę pogawędziłem z biegaczami i wtedy przyszedł deszcz. Bardzo wyrozumiale poczekał na moment, gdy nie miało to już dla mnie znaczenia.

Pozostało już tylko doprowadzić się do porządku zanim wsiądę do auta. A było co spłukiwać.

Na Chudym na pewno będę chciał się pojawić za rok. Nie będę już teraz deklarował dystansu, ale postaram się odbyć przed biegiem kilka górskich treningów by ze spokojem pobiec 80+. Nie będę już lekceważył potrzeby zapamiętania trasy. Ten bieg nauczył mnie, że oprócz patrzenia pod nogi, trzeba jeszcze patrzeć w górę i szukać znaków trasy.

Mam też nadzieję, że organizatorzy lepiej ją oznaczą. Widziałem na różnych biegach sposoby, jak rysowanie sprayem na kamieniu, lampki migające na gałęziach w miejscach gdzie trasa skręca. Jest wiele sposobów by uchronić biegaczy przed nadrabianiem kilometrów, kiedy zgubią się w szarówce o świcie.

Teraz przede mną jeszcze dwa, trzy treningi w górach, bo to mój ulubiony sposób na budowanie siły. Potem więcej będzie szybkiego biegania na szosie. 7 października czeka mnie maraton w Budapeszcie i będę chciał jak najlepiej się do niego przygotować.



2 Comments

  1. mariusz m.

    ..jak zwykle niezła relacja panie Anioł…zadroszczę tylko tej pogody …ostatnio wszystkie zawody wypadają w największe upały

    • mgr inż. Anioł

      Prawda ? A nie zapowiadało się. Miałem opcję, żeby mały piorunochron na siebie założyć, ale obyło się bez takiego ekwipunku :-)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén