Bieganie, Relacje

VII Nocny Bieg Uliczny Czerwionka-Leszczyny — relacja

Meta biegu nocnego w Czerwionce

W tym sezonie skupiłem się na porządnym trenowaniu, ograniczając starty do minimum. Uwielbiam atmosferę zawodów, spotkania przed i po zawodach, ale każdy start to wybicie z rytmu treningowego. Bardzo, bardzo chcę porządnie pobiec maraton w Budapeszcie, a to już niespełna za miesiąc, więc opuszczam wiele ciekawych startów, aby się dobrze przygotować.

Ostatni raz z dystansem 10 kilometrów zmagałem się w Blachowni. Miało być rekordowo, było upalnie i wesoło — postanowiliśmy więc w podobnym gronie (Zbyszek, Sebastian i ja) wystartować w Czerwionce-Leszczynach. Co prawda trasa nie posiada atestu, jest wiecznie zbyt krótka (o niespełna 200m), ale jest to nocny bieg, ma cztery okrążenia (ja tam lubię biegać w kółko) – to wybitnie ułatwia planowanie i realizowanie taktyki biegu.

Zasadniczo miałem z Pszowa jechać sam, ale Sebastian, którego historia gościła już w relacji z Biegu Barbórkowego, zgodził się ze mną jechać do Czerwionki.

Przegadaliśmy na biegowe tematy dobrą godzinę.

Heheszki przedstartowe

Na parking dotarliśmy jak po sznurku, biuro zawodów było oznaczone, numery (zwrotne, pod groźbą dopłaty 20zł za nieoddanie!) oraz kupon na posiłek odebraliśmy w kilka sekund. Rozumiem minimalizację makulatury, ale tak minimalistycznego pakietu (de facto jego braku) nie pamiętam.

Żeby było śmieszniej, biegłem w koszulce „Czerwionka Leszczyny V Bieg Nocny” z roku 2016. Wychodzi na to, że te koszulki staną się unikatem. Bo wiecie, w biegu po „Moczkę i Makówki”, który odbywa się w nieodległych Stanowicach, to i pojeść można, i wygrać coś, i jest wypasiony pakiet. Cóż, biegacze głosują nogami, na starcie pojawiło się nas tylko 185 osób, po prostu niewiele.

Ale przejdźmy do biegania.

Po charakterystycznych sylwetkach poznałem Zbyszka, Sebastiana (aka Wściekło Hiena) oraz Wojtka Korzusznika, mieszkańca Czerwionki — korzystając z obecności tego ostatniego — poprosiliśmy o przedstawienie trasy, w ramach rozgrzewki przedstartowej.

Pobiegliśmy sobie spokojnie, a Wojtek zaznajamiał nas z co bardziej niemiłymi podbiegami na trasie. Wokół trasy zbierała się powoli gromadka kibiców, w tym dzieciaków. Jakiś rezolutny chłopak na rowerze, widząc grono biegaczy, zapytał czy będą jakieś zawody rozgrywane.

Cóż, zapewniłem, że dziś to tylko rowerowe tour de Czerwionka Leszczyny, natomiast jutro, hoho, od godziny szóstej będzie maraton biegł po gminie.

Chłopak zamyślił się i stwierdził, że być może jutro uda mu się wstać tak rano i dopingować biegaczy… (Wiem, mea culpa, ale liczę że rodzice nie wypuścili go o szóstej rano na ulicę w niedzielę).

Wojtek z Sebastianem prowadzili ożywioną dysputę, chcieli się ścigać, obaj biegając na rewelacyjnym poziomie, choć Wojtek narzekał na kontuzję kolana. Krytykowałem ich skandaliczne plany na każdym kroku, słusznie obawiając się turbulencji po ich przelocie i zdublowaniu nas, normalnych biegaczy na trasie… 

Na parkingu spotkałem jeszcze Mariusza, z którym nie tak dawno przemierzaliśmy wspólnie trasę Wizzair Katowice Halfmarathon, który nabył niedawno nowy zegarek Garmina. Mariusz próbował go dokonfigurować przed startem, mocno wierzył w to, że się uda. Na wszelki wypadek miał włączone też endomondo, krótko pisząc – był obłożony elektroniką. 

Jeszcze kilka miłych spotkań z „Luksami”, czyli biegaczkami i biegaczami z Grupy Biegowej Luxtorpeda, w tym z Michałem, jego uroczą córcią oraz z Ulą, jeszcze ostatnie życzenia powodzenia na trasie i udałem się na start.

3… 2… 1… yyyy, a gdzie jest fix?

Jeszcze kilka przebieżek, jeszcze kilka sprintów, byłem gotowy, adrenalina rosła. Ustawiłem się na starcie. W pewnej chwili poczułem na ramieniu rękę Andrzeja, który stwierdził, że skoro mam bić życiówkę, to może tak ustawić się bardziej z przodu? Co racja, to racja… 

I wtedy, na trzy minuty przed startem, mój kochany i uwielbiany zegarek Polar M400 stwierdził, że fixa z satelitów to on łapać nie będzie. A w każdym razie nie do końca. Namierzanie zakończył na 90% ustalonej lokalizacji, która zaczęła… spadać. 80%, 70%, no co jest!

Pierwszy raz mi taki numer wywinął, jeszcze specjalnie w wieczór przed startem synchronizowałem zegarek z komputerem, podczas tej synchronizacji pobierane są dane AGPS, więc fix powinien być złapany w kilka sekund.

No nic, dopiero za trzecią próbą (na pół minuty przed startem) usłyszałem cichutkie piknięcie i na ekranie wyświetlił się napis: OK. 

Po gromkim odliczaniu nastąpił wystrzał i ruszyliśmy do boju. 

Pierwsze dwa okrążenia

Początek biegu, to pilnowanie tempa, które podbite adrenalinom szybowało w kierunku 4:15 min/km, a to zbyt szybko. Ustaliliśmy z Kamilem, czyli moim trenerem, że pobiegnę pierwszą połowę w tempie 4:35 min/km. A później się zobaczy.

Pierwsze kółko to czasy 4:29, 4:29, 4:30 minut/km. Było dobrze. Na początku drugiego kółka wbiegliśmy w kłęby siwego, smrodliwego dymu, nieustraszona załoga któregoś z familoków postanowiła dodać atrakcji w otoczeniu budynku. Udało im się, kaszląc i dławiąc się pognaliśmy do przodu, przebijając się przez toksyczną chmurę.

Drugie kółko było już trudne, 4:29 i 4:29 min/km. Za okolicami startu było lekkie wzniesienie, później chwila odpoczynku i irytujący podbieg pod rondo. Podczas podbiegania zagryzałem zęby, żeby nie tracić tempa i nie wywoływać czarnych myśli, że się nie uda…

Żeby koledzy mnie nie przelecieli…

Wpadłem na trzecie, decydujące kółko. 4:25 oraz 4:15
min/km! Ten drugi wynik, to rezultat mojej ucieczki przed najszybszymi biegaczami, którzy już mnie prawie doganiali. Na środku długiej prostej wyprzedziły mnie policyjne motory, o charakterystycznym sygnale, pilotujące początek biegu. Przyspieszyłem, na ile potrafiłem, aby umknąć przed Wojtkiem i Sebastianem – już słyszałem te ich docinki, jak to mnie wyprzedzili i czy gdzieś na kawę się nie zatrzymałem po drodze…

Biegłem z taką prędkością, że bałem się zerknąć na zegarek… Gdy rozpoczynałem czwarte okrążenie, wyprzedzający mnie Marcin Ciepłak skręcał w kierunku mety, tylko on mnie zdublował na ostatnim kółku, choć tyle dobrze, że koledzy nie… 

Zaczynając ostatnie kółko czułem w powietrzu (prócz rozwiewającego się dymu) zapach życiówki. Już ją miałem na wyciągnięcie ręki! Wystarczyło utrzymać tempo! Ale ja chciałem więcej… Szybki zbieg pod rondo, wyciskający oddech podbieg i ruszyłem do finiszu. 4:29 i 4:21 min/km! Ostatnia prosta dłużyła się… Traciłem oddech, ale machałem rękami, nogami, pędziłem, walka na całego!

Doping

Czerwionka słynie z fajnego dopingu. Wzdłuż całej trasy stały dzieci, które skandowały rymowanki, krzyczały, wołały, domagały się przybijania „piątek”. Starałem się jak umiałem, ale na ostatnim kółku skupiłem się już tylko na ataku czasu. 

Poza jednym wyjątkiem, na początku każdego okrążenia przybijałem (delikatnie) łapkę najmłodszej kibicce, córce Michała, prezesa Luxtorpedy. Obok stała Ula, więc doping miałem wspaniały!

Finisz

Gdy kończyłem ostatnią prostą przed zakrętem i wbiegnięciem na metę zaczął zsuwać mi się pasek pulsometru… Próbowałem go poprawić przez koszulkę, podciągnąć, zablokować – nic z tego… Co ja go do góry, to on w dół. Linia mety zbliżała się, wyprzedziłem jeszcze ostatniego zawodnika przede mną, jeszcze przyspieszając…

Przed metą zszedłem do tempa 3:58 min/km i bez tchu minąłem linię mety, zatrzymując pomiar na ręku i hamując przed dziewczyną rozdającą medale. Miałem życiówkę! Na szyi zawisł mi piękny, ciężki medal (takie  lubię!).

Za linią mety czuwał Sebastian gratulując wyniku i ciesząc się ze swojego. Stoczył pasjonującą walkę z Wojtkiem, którego pokonał o 23 sekundy, sam przybiegł z czasem 35 minut 08 sekund. 

A ja? Moja życiówka to 43 min. 43 sek. brutto i  43:34,42 netto, co dało mi 13. miejsce w kategorii wiekowej i 63. open (na 185. startujących)! Warto było tak mocno trenować, aby mieć tak fajny wynik w swoim biegowym dossier!

Warto jeszcze podać życiówki kolegów: Zbyszka (45:19, 5. miejsce w M50), Mariusza (47:11). 

Tymczasem Sebastian… 

Sebastiana nieustająco podziwiam za wolę walki i energię, którą wkłada w wytrwałe treningi. Trudno w to uwierzyć, ale od czasu, gdy wziął się za dietę i trenowanie, stracił więcej kilogramów, niż ja ważę. Obecnie trenuje pod skrzydłami Inżynierii Biegania, jeździ na siłownię a prócz tego ćwiczy spinning.

Gdzieś go wyprzedziłem na trasie, życząc powodzenia, on mi też spokojnie życzył udanej końcówki biegu – jedno było znamienne. O tyle, o ile podczas Biegu Barbórkowego bieg kosztował go bardzo dużo, to teraz biegł rozważnie, zachowując możliwość konwersacji, no i absolutnie nie było ostatni!

Gdy się przebrałem, wróciłem na start czekać na Sebastiana i… ujrzałem jego finisz – nienagannie technicznie, gnał pełnym pędem (3:23 min/km!) doganiając dwoje biegaczy! Przyjemnie było patrzeć, zdążyłem mu zrobić zdjęcie dopiero po odebraniu medali – niestety mokry obiektyw zepsuł zdjęcie do cna… 

Sebastian na linii mety, ten kciuk mówi sam za siebie – jest OK, forma rośnie!

Najfajniejsze było to, że gdy już sobie pogratulowaliśmy biegu, to wcale nie wyglądał na kogoś, komu bieg, eufemicznie pisząc, dał konkretnie w dupę, raczej wyglądał na kogoś, który spokojnie mógłby poprosić o więcej kilometrów w szybszym tempie. Brawo! 

Bogracz czy strogonoff?

Ustawiliśmy się do długiej kolejki po smakowity posiłek. Zadzwonił telefon, to Mariusz, który doradzał brać Strogonoffa. Tak też uczyniliśmy, wraz z Wojtkiem, który akurat znalazł się obok nas.

Wojtka poznałem po „Luksowej” bluzie i sylwetce, jakość zdjęcia jest taka, jak mojego wzroku, niestety… 

Usiedliśmy przy stole delektując się wspaniałym smakiem i gęstością potrawy – Mariusz wiedział, co dobre! I tak przez kolejny kwadrans wymienialiśmy się historyjkami biegowymi mniej lub bardziej, po czym pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do domu.

Kolejny, wspólny bieg za nami, endorfiny w żyłach szalały wywołując uśmiech na twarzy i radość przez kolejne dni po zawodach. 



Bardzo dziękuję organizatorom i wolontariuszom za fajny, nocny bieg. Jeśli ktoś szuka ciekawego, nocnego biegu na 10 kilometrów, a nie irytuje go powtarzająca się cztery razy trasa i ubogi pakiet startowy, to Czerwionka jest świetna. Tu zawsze warto przyjechać i zmierzyć się z innymi na szybkiej trasie.

Jeszcze słówko o wynikach, bieg wygrał Marcin Ciepłak z wynikiem 32 minuty i 31 sekund przed Damianem Połeciem i Jarkiem Kożdoniem.

W klasyfikacji pań na pierwszym stopniu stanęła Agnieszka Gortel-Maciuk (33:57), druga była Dagmara Dziuk przed Darią Mendecką.

Pełne wyniki można sprawdzić na tej stronie. galeria autorstwa Grzegorza Leszczyńskiego jest na facebooku.


6 Comments

  1. Jeszcze raz gratuluję wyniku! :)

    Tam jeszcze nie biegłem. Może skuszę się za rok.

  2. Urszula

    Brawo Paweł to była wielka przyjemność móc Tobie kibicować :)

  3. Sebastian Banach

    Zawody super, dzięki za towarzystwo było warto się sprawdzić, czas na dalszą walkę.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén