Bieganie

W cieniu kontuzji – przed Półmaratonem Księżycowym


Sam się z siebie śmieję, start w Półmaratonie Księżycowym siedzi w mojej głowie od dwóch tygodni. Codziennie robi sobie odrobinkę więcej miejsca – przesuwa się, kokosi, przemieszcza – wciąż mu niewygodnie. Myśli o starcie pojawia się coraz więcej i więcej – podświadome pytania bez odpowiedzi przesuwają się seriami – tak właśnie mam w głowie przed startem w zawodach. Mózg czuje zbliżającą się przygodę i coś tam sobie pracowicie programuje. 

Tymczasem jeszcze w ubiegły poniedziałek nie byłem pewien czy w Rybnickim Półmaratonie Księżycowym wystartuję.

A wszystko przez kontuzję.

Trzeci raz

W Półmaratonie Księżycowym startowałem dwa razy (>>> relacja 2015<<<) (>>> relacja 2016<<<),  w Rybniku jestem prawie codziennie od lat bez mała dwudziestu – znam więc dość dobrze układ ulic biegu. To niesamowite jak inaczej odbiera się bieganie po tych tak bardzo znanych uliczkach, gdy się na nie trafia w nocy, podczas zawodów biegowych.

Choć chwilami mózg buntuje się i wierzga, bo biegnie się pod prąd, niezgodnie ze znakami i pierwszeństwem, to po pierwszym okrążeniu wszystko jest już jasne i wkodowane. Pozostaje się cieszyć magiczną atmosferą, towarzystwem znajomych biegaczek i biegaczy i… komentarzami licznie zgromadzonych na trasie widzów. Półmaraton Księżycowy to nocna fiesta rybniczan – bawi się rynek, bawią się osiedla, dopingują nas dzieci (mimo późnej pory), dorośli, osoby starsze siedzące na stołeczkach i pracownicy nocą otwartych firm i instytucji, którzy “na papieroska” wychodzą przed budynek dopingować i pogadać z biegaczami.

Tym bardziej, że biegacze pojawiają się na tych samych ulicach trzy razy – przy ostatnim przebiegu to się jest na prawach dobrych znajomych, prawda? Zresztą sam pamiętam publikę częstującym piwem biegaczy na rynku. 

Kontuzja

Przed startem w Wizz Air Katowice Halfmarathon coś tam mnie bolało w łydkach. Ale nie tylko tam – zresztą w moim wieku, gdy po wstaniu nic nie boli, to znaczy że jeszcze śnię i boleć zacznie tradycyjnie po wstaniu.

Na pierwszych kilometrach półmaratonu ból pojawiał się w okolicach piszczeli, ale potem mnie już bolał sam fakt istnienia – nie zwróciłem więc szczególnej uwagi na lokalizację bólu – rewelacyjny finisz i życiówka znieczuliły mnie aż do poniedziałku.

Wtedy się okazało, że coś mnie boli w okolicach piszczeli, ledwo chodzę, a przesuwające się ścięgna jakby o coś haczyły i zgrzytały. Przy okazji pojawiła się opuchlizna – niedobrze.

Doktor internet mówił jasno: jest źle, najprawdopodobniej czeka mnie lewatywa, kastracja i amputacja nogi – zawsze miałem słabą pamięć do nazw rytuałów medycznych, być może coś pokręciłem.

Ewentualnie mogłem bolące miejsca okładać lodem – z braku lodu wykorzystałem lodówkę – a właściwie cudownie zmrożone toroidalne pojemniki metalowe z chmielową zawartością – ich chłód przynosił ulgę w bolących miejscach, a płynna zawartość wyciszała i przenosiła w inny świat… 

Jedynym problemem był fakt, że płynna zawartość szybko się kończyła, a do sklepu po uzupełnienie zapasów jakoś trzeba było dokuśtykać.

Rehabilitacja

Od pierwszych chwil zgłosiłem się z bólem do trenera czyli Kamila, który przecież jest genialnym fizjoterapeutą ukrytym pod znakiem Fizjofunk. Wpiął się szybko w ogniska bólu, to śmieszne ile wiader potu organizm wyrzuca z siebie jako reakcję na ból.

W kwestii rozpoznania wyszło na to, że nie jest to sławne “shin splints” czyli bóle przeciążeniowe piszczeli, nie jest to też najprawdopodobniej pęknięcie kości, ale – tu zgodziliśmy się z postawionym rozpoznaniem – nie jest najlepiej. Opuchlizny było coraz więcej, tak jak i samego bólu. 

We wtorek delikatnie spróbowałem biegać ale ból był na tyle mocny, że próby biegania nie miały żadnego sensu. Już z chodzeniem miałem problem. Cierpiałem, ale starałem się chodzić normalnie, bez utykania.

Wizja mojego startu w półmaratonie odjeżdżała z hukiem i trzaskiem godnym ministry edukacji przewracającej krzesła i stołu podczas ucieczki przed wdzięcznymi za “brak zwolnień” nauczycielami. A bolało i bolało, opuchlizna nie schodziła.

W środę pojawiłem się na zajęciach core stability prowadzonych przez Kamila dla biegaczy – na których otaśmował mi nogę, ale nadal coś z nogą było nie tak.

Sebastian i ja na zajęciach Fizjofunk

Sebastian i ja na zajęciach Fizjofunk

Nadrabiałem humorem i heheszkami – ale widmo startu wciąż było tak dalekie, jak realizacja obietnic podwyżek dla nauczycieli. Przez dowolny rząd…

I tu następuje obiecany…

Mój coming out

Przyznam się do wstydliwej rzeczy, czas aby ta prawda ujrzała światło dzienne.

Otóż żeby nakleić taśmy, trzeba pozbyć się na nodze włosków – czyli wydepilować. Każdy normalny facet jest na tyle przyzwyczajony do swojego przypisanego do płci owłosienia, że każda propozycja związana z depilacją nóg może zostać bardzo negatywnie przyjęta – coś jak propozycja wspólnego prysznica z użyciem wspólnego mydła.  

Ja nie miałem wyjścia. Ogoliłem łydkę obustronnie, aż po kolano. Przy okazji – świetny myk dla odchudzających się – na oko straciłem dobre pół kilograma na samym pozbyciu się owłosienia z jednej nogi. To otwiera szerokie pole manewru w przypadku obowiązkowych pomiarów na wadze…

Kamil nakleił taśmy, które świetnie się trzymały dzięki przyleganiu do ogolonej skóry. Taśmy spełniły swoją rolę tak dobrze, że w sobotę i niedzielę (po PIĘCIU dniach niebiegania!) poszedłem biegać.

Wróciłem z mieszanymi uczuciami. Ból powracał i pulsował, ale biegać się dało.

W niedzielę po bieganiu zerwałem taśmy ze zdziwieniem przyglądając się różnicy pomiędzy łysą nogą i tą owłosioną. Ta łysa na dodatek była opuchnięta – ból nadal dawał o sobie znać.  

Posępna mina ponurego żniwiarza Kamila też nie zwiastowała niczego dobrego – ja tylko patrzyłem czy nie wyciąga zza siebie toporka do odcięcia stopy. Piszczeli. Kolana.

Miałem oczywiście plan B, ale dostępność protez niestety nie była wysoka…

Bulbulator i mrożone kości

Pilnie uczęszczałem na zabiegi zaordynowane przez Kamila – nogi moczyłem w bulbulatorze (wannie robiącej bul-bul zimną wodą)

bulbulator czyli masaż wirowy

a opuchlizna traktowana była urządzeniem do hibernacji. Albo urządzeniem do pompowania kół – nie wiem, ciśnieniomierz w obu urządzeniach jest podobny.

krioterapia dla biegaczy

Opuchlizna powoli ustępowała… A ja powolutku brałem się za truchtanie. Bez nacisku na tempo i czas biegu.

Teraz miałem czas na robienie fotek podczas biegania, zachwycanie się śpiewem ptaków, rżeniem koników

i grozą chmur.

Nadzieja i…

Start biegu nastąpi już za 24 godziny z małym ogonkiem – wiem, że jutro może zdarzyć się wszystko.

Ale wiem, że gdy stanę na linii startu będę szczęśliwy. Kto wie, może – po tak długim wypoczynku – z szansą na kolejną życiówkę?

Jedno jest pewne – jeśli jeszcze nie wiecie jak wygląda Bookworm on the Run – to jutro będziecie mieli uproszczone zadanie –  poznacie mnie po wydepilowanej i lekko opuchniętej prawej łydce.

A że mi się spodobało takie aerodynamiczne uproszczenie – kto wie, żeby mi w biegu prawą nogą nie zarzucało, to i lewą wydepiluję?


 

2 Comments

  1. Aha, ja też mam problem z łydką własnie… co właściwie Ci dolegało, bo w końcu nie wiem?

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén