Bieganie, Relacje

XIV Bieg Barbórkowy w Rybniku — relacja

Bieg Barbórkowy Relacja

Bieg Barbórkowy w Rybniku ma swoją ustaloną markę, mimo zimna i smogu to bieg, który ma w sobie „to coś”, dzięki któremu każdego roku rezerwujemy tę pierwszą niedzielę grudnia na ponowny udział w zawodach. 

To mój mały jubileusz startowy, pobiegłem w tym biegu po raz piąty, choć po raz pierwszy bez Tomasza — mojego anioła stróża biegowego. W roku 2014 zadebiutowałem na tej dość trudnej trasie z wynikiem 54:58. A jak było teraz? Poczytajcie!

Wyruszamy!

Z Pszowa do Rybnika wyjechaliśmy w mocnym składzie. Za kierownicą zasiadł Sebastian, który właśnie rok temu debiutował w Rybniku — to były jego pierwsze zawody biegowe. Za nim usiadł Maciej Rogala, dobry duch biegania ultra i szef grupy biegowej YnoUltra, który też miał mieć tu swój debiut — w roli pacemakera na 50 minut. Ci dwaj mogli toczyć ze sobą nieustające dyskusje o ubiorze i wyposażeniu biegacza, od plecaków, poprzez kijki biegowe, aż po rodzaje satelitów, które są namierzane przez konkurencyjne modele zegarków biegowych. Ja mam ten komfort, że mój zegarek podczas zawodów pokazuje tylko dwa parametry: tętno oraz średnie tempo na ostatnim kilometrze, no ale ja nie biegam po górach, ani (yno) ultra. 

Za mną siedział Wiesiek, dla którego start w Rybniku był zmierzeniem się z „szybką dychą”. Debiutował na dystansie półmaratonu podczas Wizzair Half Marathon w Katowicach, później pobiegł bardzo szybko Górską Przygodę. Rybnicka Barbórka jest biegiem szybkim i asfaltowym, byłem ciekaw, jak sobie tu poradzi — na swojej debiutanckiej „dyszce”. 

I tak sobie siedziałem na miejscu pasażera i z przyjemnością włączałem się w dyskusję na tematy biegowe i niebiegowe,  od biura zawodów dzieliło nas może dwadzieścia minut jazdy, śmiało napiszę, że nie było czasu na odgadanie się!

W biurze zawodów

Tradycją Biegu Barbórkowego jest świetna organizacja, widoczna na każdym kroku. Przez tych czternaście edycji był czas na szlifowanie detali organizacyjnych i rozgryzienie potrzeb biegaczy — tak więc bieg ten jest perfekcyjnie dograny, do najdrobniejszego detalu. Już od bramy szkoły witał nas karny rządek toi-toiów. Przed bramą był rozkładany sprzęt nagłaśniający i pomiarowy, kilometry i tablice informacyjne o biegu były przygotowane z wyprzedzeniem. Do dyspozycji biegaczy była cała szkoła, zaplecze sanitarne, masaże, depozyt i wiele miejsc, w których można było oczekiwać na start. 

Biuro zawodów Bieg Barbórkowy
Biuro zawodów 

W sali nie było jeszcze wielu biegaczy, gwar i rozgardiasz miał zacząć się za pół godziny. Sprawdziłem swój numer startowy i ustawiłem się do jednoosobowej kolejki po pakiet. W pakiecie garść informacji plastikowy kubek „imprezowy” – ten, który już miałem z Półmaratonu Księżycowego oraz zgrabny „wór barbórkowy”. Oczywiście w pakiecie bezzwrotny numer startowy i agrafki. 

Spotkania

Już od momentu wejścia rozpoczęła się najmilsza część zawodów: spotkania i pogaduchy. Pierwsza pojawiła się Magda z YnoUltra, która pomimo tego, że nie startowała w zawodach, przyszła rzec dobre słowo znajomym bliższym i dalszym.

Ona już zrobiła poranny trening, zajrzała do nas, a jeszcze znalazła czas, żeby wrzucić fotkę na Instagram. 

Sebastian, Magda, Maciej

A później sala zawirowała od zielonych koszulek Radlinioków w Biegu, którzy zaczęli uczestnictwo mocnym akcentem, oficjalnie sobie wręczając jakieś tajemnicze medale! Ha, oni zawsze potrafią coś twórczego wymyślić. Brawo Sylwia i Darek!

Medale Radlinioki w biegu
To jest coś przyjechać na imprezę z własnymi medalami ;) 

Kolejnych spotkań nie zliczę, jakbym nie chciał opisać wszystkich, to i tak kogoś pominę… Z tłumu wyróżniał się Ryszard, który tradycyjnie przybrał się w roboczy, górniczy uniform (z kaskiem!), energią promieniował Krystian współtwórca znanego i lubianego Ultramaratonu 40 Rozbójników Rond Rybnickich, który w niedzielne południe był pacemakerem dla grupy biegnącej na 55 minut. 

Ryszard tradycyjnie w uniformie górniczym

Obok przemknął Piotr, szybko biegający wiceprezydent Rybnika,  na schodach dorwałem w obiektywie mojego chimerycznego telefonu, któremu było zimno, Edytę i Grzegorza (czyli „Połomscy Team”), moment wcześniej przybiłem piątkę z Wojtkiem z Czerwionki. Na tego człowieka to ja muszę uważać, bo wzajemnie możemy zagadać się na śmierć — o bieganiu i nie tylko.  

Szybko przebrałem się w strój biegowy, ciepłe ciuchy oddałem do depozytu w ręce miłych pań, które spotykam co środę w Centrum Rekreacji Bushido, w ramach zajęć Fizjofunk. 

Gdy wychodziłem na rozgrzewkę, pod wodzą trenera Kamila, jeszcze kilka mgnień oka porozmawiałem z Magdą, która delektowała się naprędce upolowanym śniadaniem, obok przechodził Adam. 

Ewa Muszyńska, Ty też możesz jej pomóc

I tu się na chwilę zatrzymajmy. Bieg Barbórkowy to okazja do pomocy Ewie Muszyńskiej, biegaczce, która doznała udaru mózgu i która wraca do życia dzięki intensywnej, ale kosztownej, rehabilitacji.

Niezawodna Rybnicka Grupa Biegowa kwestowała podczas zawodów, jak również dzięki hojnym sponsorom przeprowadziła loterię fantową przed rozdaniem nagród.  

Marek Podeszwa świetnie prowadził konferansjerkę w biurze zawodów przed i po biegu, a dziewczyny z RGB zachęcały uczestników do wspierania Ewy. 

Marek Podeszwa i Ryszard Run

I Wy możecie to uczynić za pomocą Fundacji „Się Pomaga”. To realna i wymierna pomoc, każda złotówka jest wciąż bardzo ważna. 

Rozgrzewka 

Trener Kamil, który był chyba mocniej przejęty startami swoich podopiecznych, niż my sami, każdemu z osobna przypominał o dobrej i mocnej rozgrzewce, jak i o założeniach startowych. Dla mnie ustawił tempo biegu na 4:35 min/km z kategorycznym nakazem wyhamowania na pierwszych dwóch kilometrach z górki i nakazem powalczenie od siódmego kilometra. Kto zna profil biegu, ten wie, że pierwsze dwa kilometry bardzo kuszą do wykorzystania zbiegu, tyle tylko, że później, podczas krótkiego podbiegu przed Rynkiem no i na długości ulicy Zebrzydowickiej tak wesoło nie jest.

Kto chce powalczyć, powinien odrobinę „wstrzymać konie”, za to od piątego kilometra to już tylko „hulaj dusza, piekła (i tlenu w płucach) nie ma…”. 

Sprawdził też, jak na trenera przystało, czy jego podopieczni nie ubrali się zbyt grubo. Przy inspekcji mojej wersji ubioru:  T-shirt i bluza skrzywił się, że będzie mi zbyt ciepło. Z braku alternatyw ubioru pozostałem jednak przy moim wyborze. Podobnie ubieram się każdego roku, nawet nie mam po co eksperymentować z lżejszym ubiorem. Pogoda była śmieszna, wiało cały czas, gdy świeciło słońce, było zbyt ciepło. Ale czy cały bieg będzie w słońcu? Ot, zagadka…

Przed schodami szkoły rozstawiła się właśnie ekipa telewizji regionalnej, dzięki której miałem unikalną okazję rozgrzania języka, udzielając wywiadu (który i tak nie został wyemitowany). Dlatego skupmy się na reniferze-pilocie biegu.

Pilot Renifer
Czerwony nos miał chyba Rudolf, prawda?

A później już tylko wytrwale cwałowałem w te i we wte przed linią startową, nabierając temperatury i ducha bojowego. Przy mnie truchtał Sebastian (zwany ostatnio „białym Kenijczykiem” dzięki swoim rezultatom), rozgrzewała się też Kasia, jedna z najmocniej finiszujących dziewczyn, które znam. Pozostaje z szacunkiem pokręcić głową, gdy Kasia stara się wrócić do świata żywych po minięciu linii finiszu… Dzięki Tomkowi udało też mi się załapać na wspólną fotkę z Rybnicką Grupą Biegową.  

RGB Rybnicka Grupa Biegowa
RGB Rybnicka Grupa Biegowa i przyjaciele

Jeszcze kilka migawek sprzed startu. 

Pacemakerzy
Dzielna i nieustraszona ekipa Pacemakerów
Ratownik górniczy i górnik
Ratownik górniczy i górnik
orkiestra górnicza
A oto orkiestra górnicza

Start!

A właśnie, że nie… Terefere!

Otóż nic nie było takie, jak się nam wydawało. Z przyczyn od organizatora niezależnych start został podzielony na dwie nierówne części. Tę tępą  oraz ostrą. Ta pierwsza miała 300 metrów i polegała na przemarszu za orkiestrą górniczą do linii startu ostrego.

w drodze na start ostry
idziemy na start ostry (param pam pam)

Po przybyciu na miejsce orkiestra nadal dzielnie grała, zagłuszając wszystkie zdania wygłaszane przez spikera, do biegaczy docierały jedynie końcówki wyrazów: …ić … an …ont, jedynie dzięki chóralnemu odliczaniu wiedziałem, kiedy wystartować. 

Biegłem w parze z Damianem, mocno pilnując tempa, aby nie pobiec zbyt szybko. Zgodnie z planem Kamila mieliśmy do piątego kilometra nie biec szybciej niż 4:35 min/km, kluczowe były dwa pierwsze kilometry. Mój kochany Polar M400 podawał przedziwne odczyty, dobrze, że Damian miał na ręku Polara V800, który reagował dużo stateczniej na zakręty trasy. 

Po trzech kilometrach Damian dużo lepiej utrzymywał tempo niż ja, przy czwartym, na podbiegu pod ulicę Zebrzydowicką, zaczął przyspieszać, czego ja już nie byłem w stanie osiągnąć. Stanowił dla mnie idealną motywację, poprzedzając mnie o około 50-100 metrów, ale nie miałem wystarczającej mocy, aby go doścignąć. 

Od piątego kilometra walczyłem o przyspieszenie, aby dorwać „baloniki”, czyli pacemakerów biegnących na równe 45 minut na mecie. Oddychałem coraz ciężej, nogi mnie niosły, niestety byłem na granicy możliwości oddechowych. To była ta część biegu, którą po prostu trzeba przetrwać. 

I szczerze pisząc, niewiele z drugiej części trasy pamiętam. Stosowałem wszystkie możliwe techniki zajmujące głowę i odwracające uwagę od wysiłku. Pilnowałem wyprostowanej sylwetki, pracy mięśni, równej pracy rąk, oddechu, podziwiania krajobrazu, wszystko po to, aby nie dać głowie przeliczać czasów, a nade wszystko — odległości do mety, która nadal była daleko. Było ją co prawda słychać, ale przecież po drodze jeszcze dwa podbiegi… 

Ostatni mocniejszy podbieg pod osiedle Nowiny wbiegłem automatycznie, na granicy oddychania, ale nie tak rozpaczliwie, jak rok temu, gdy już tylko rzęziłem. Po podbiegu w twarz wiał porywisty wiatr, miałem wrażenie, że stoję w miejscu i przebieram tylko nogami, jak jakaś postać z kreskówek. Gdzieś tam przede mną pofrunął w drzewa oderwany balonik pacemakerów — ale już nie miałem jak ich dognać. Przed podbiegiem jeden z nich zatrzymał się i gestami zachęcał biegaczy do przyspieszenia i wykręcenia życiówek, ale to bym musiał biec po 3 min/km, żeby znaleźć się o te dziesiątki metrów przed moją bieżącą lokalizacją. 

Finisz!

Zostało do mety może pół kilometra — zmuszałem mięśnie do szybszej pracy, w końcu przebieranie nogami nie boli, a oddech… no tak, oddech się wyrówna za linią mety.

A tak gnałem na finiszu (Fot. Arek Biernat)

Wiem, że biegłem, największym problemem do rozstrzygnięcia był ten czy mogę zamknąć oczy i tak biec, czy jednak gdzieś się potknę i nie dobiegnę. A po co zamykać oczy? Żeby nie widzieć jeszcze tej odległości do pokonania — to była ostatnia logiczna myśl, z którą pokonałem ostatni zakręt przed metą. Na wyświetlaczu przy starcie upływała właśnie 45. minuta — z uczuciem kosmicznej ulgi minąłem finisz i zahamowałem. 

45:26! 

Dostałem fajowy medal oraz gratulacje od trenera!

Medal Bieg Barbórkowy
A fajowy medal wygląda tak

I po finiszu

Na metę wpadali kolejni strudzeni biegacze — Tomasz, Kasia, Mirek i inni. Finisz dał wszystkim popalić, ale to też była ogromna satysfakcja skończyć ten bieg, gnając na maksimum swojej formy, mając już przed oczyma nadchodzący grudniowy wypoczynek. 

Swoich podopiecznych doprowadzili pacemakerzy — Maciej na 50 minut oraz Krystian na minut 55. 

Czas był najwyższy pozbyć się mokrych ubrań, odwiedziłem depozyt i przebrałem się w cywilne ciuchy. Jeszcze chwilka na szybkie połknięcie posiłku dla biegaczy, odstanie kolejki do termosu z herbatą (całkiem fajny pomysł z tymi ekologicznymi kubkami wielorazowego użycia, gorzej z dystrybucją herbaty, której brakowało).

Baloniki Pacemakerzy
Strudzone baloniki Krystiana

Obok mnie posilały się strudzone baloniki Krystiana, dobrze, że tak troskliwie się nimi zajął. Mimo usilnych prób nie wyciągnąłem z niego, jakie przygotował przebranie na kultowy bieg po Moczkę i Makówki, cóż, muszę wytrzymać jeszcze te dwa tygodnie… 

Jeszcze chwilka spędzona w biurze zawodów, w oczekiwaniu na niewylosowanie w loterii i możemy wracać! W samochodzie tym razem zasiedli dwaj posiadacze nowych życiówek na 10 km, czyli Sebastian i Wiesiek, jeden spełniony pacemaker Maciej oraz ja. 


Bieg Barbórkowy ukończyło 855 biegaczy, na metę pierwszy przybiegł Mateusz Mrówka (31:33), który wyprzedził ubiegłorocznego zwycięzcę Dawida Malinę (32:07). Trzeci na mecie był Paweł Olinyk (32:19). 

Na pierwszym stopniu podium w kategorii kobiet była Ewa Kucharska (38:59), druga to Magdalena Pasek (39:42), a trzecia — Elżbieta Lewicka (40:16).  

Pełne wyniki możecie poznać na stronie Datasportu

I tu jeszcze maleńka, ale bardzo słodziutka wisienka na torcie. Otóż nie każdy wie, że można pobawić się filtrami na stronie Datasportu, sortując wyniki według przeróżnych kategorii. I patrzcie. Mam moje upragnione podium! Otóż jestem trzeci w kategorii mieszkańców Pszowa startujących w Rybniku. Fajnie, prawda? 

I zrobię wszystko, by za rok być choć o oczko wyżej!

I jeszcze raz serdecznie dziękuję organizatorom za kolejną edycję Biegu Barbórkowego. 10 kilometrów tego, co biegacze lubią najbardziej, gościnne biuro zawodów, sprawna organizacja, setki zdjęć — kłaniam się nisko i do zobaczenia za rok.


5 Comments

  1. Ewa

    Dziękuję

  2. Anonim

    Dziękuję

  3. Sylwia

    Mówiłam, że fajnie wszystko opiszesz :)
    Nasze tajemnicze medale były z biegu 11 listopada, na którym dla nas ich zabrakło. Dostaliśmy je właśnie na „barbórkowym” :)

    • Dziękuję :)
      Ha, no i się wszystko wyjaśniło :) A że do twarzy Wam w nich było, to oczywista oczywistość :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén