Przed startem XRUN Pani Mogiła

Niedziela 25 marca, godzina 7:30. Jadę właśnie z Rabki-Zdroju, gdzie wynająłem nocleg do Jurkowa koło Limanowej.  Mam wziąć udział w trzecim tej zimy biegu górskim. Po Zimowym JanosikuGórskiej Pętli UBS 12:12 tym razem wybrałem się w Beskid Wyspowy, by wystartować w bardzo ciekawie zapowiadającej się imprezie organizowanej przez XRUN o intrygującej nazwie Pani Mogiła.

Dystans średniowymagający 32 km, ale różnica wzniesień około 1790m plus zimowe warunki zapowiadają, że będzie z czym powalczyć. Pogoda podobnie jak na Janosiku piękna, tyle że już cieplej. Niestety podobnie jak wtedy jadę mocno przeziębiony. Dwa zjedzone rano gripexy i płukanie zatok :-) Ale przecież startu nie odpuszczę !

Bez problemu dojeżdżam pod szkołę w Jurkowie, auto zostawiam nieopodal pod kościołem.

Obsługa w biurze zawodów miła i sprawna. Nie sposób też przejść obojętnie obok wypasionego bufetu. Odbieram pakiet z numerem startowym i udaję się ponownie pod kościół, tym razem na miejsce startu. Przed rozpoczynającą się o 8:50 odprawą zdążę jeszcze zrobić rozgrzewkę.

Nie bardzo wiem jak się ubrać. Niby ciepło, ale wciąż mam w pamięci to, jak bardzo zmarzłem w Brennej. Ubieram więc jedną warstwę więcej niż zrobiłbym zazwyczaj, spróbuję wypocić wirusa :-)

Zaczyna się odprawa, organizatorzy omawiają trasę, sympatyczna Pani Sołtys wita nas w Jurkowie i życzy powodzenia na trasie. Chwilę po 9:00 ruszamy !


Wspinaczka na Mogielicę

Kilkaset metrów po asfalcie i zaczynamy się piąć w górę na szczyt o bardzo interesującej historii – Mogielicę.  Pogoda bajkowa, już wiem, że ubrałem się za ciepło, póki co śniegu jeszcze mało.

Całość podejścia na szczyt to około 5,5 km z różnicą wzniesień wg mojego zegarka około 650 m. Sam nie wiem, czego się spodziewać po sobie tego dnia. Pilnuję tętna, żeby nie wychodzić ponad 160 ud/min.

Im dalej tym więcej śniegu. Pod nim czasem lód. W pewnym momencie nogi odjeżdżają w tył, a ja z gracją padam na kolana przed…. Panią Mogiłą :-)

Po 55 minutach docieram na szczyt. Wieża widokowa, urokliwe kapliczki i piękne górskie widoki. Wiem, pewnie powinienem pilnować czasu, ale jak tu się nie zatrzymać, nie obejrzeć, nie zrobić pamiątkowego zdjęcia? W końcu jestem tu pierwszy raz!


Raz w dół, raz w górę

Za szczytem zaczyna się zbieg, uważam na lód, ale staram się biec jak najszybciej. Aż do momentu gdy dech zapiera mi widok z Tatrami w tle! Znów chwila zastanowienia,  biegnę ? Robię fotkę ? Po chwili już wiem, ścigać „w trupa” będę się wkrótce na maratonach szosowych. Tam gdzie nawet 30 sekund na siku to strata i nerwy. Tu w górach jest inaczej, magiczna atmosfera, przyroda i jakiś spokój, który nakazuje na chwilę przystanąć. To nic, że kilka osób mnie wyprzedzi.

Dalej biegniemy grzbietem, świetne miejsce dla fotografów, którym zawdzięczam poniższe zdjęcia.

fot. Marek Oberwan

fot. Robert Zabel

fot. Magdalena Bogdan

Docieram do pierwszego punktu kontrolnego na 8 km z czasem około 1:12. Połykając banana zaczynam walkę z ubiorem. Muszę zrzucić jedną wewnętrzną warstwę, bo jest mi stanowczo za ciepło. Niestety tracę znów kilka minut. Zdążę za to napić się coli i pochłonąć jakieś ciasteczko. Zaraz zaczyna się kolejne podejście.

Śniegu znów jakby więcej. Na dodatek dość ciężki. Za to trasa wspaniale oznaczona. Biało-czerwone taśmy co kilkadziesiąt metrów i pomarańczowe znaki na śniegu. A czasem też jakiś zabawny i motywujący napis !

Gdy przebiegamy na bardziej nasłonecznioną część trasy od razu robi się bardziej wiosennie.

Od 12 km rozpoczyna się kolejne dłuższe podejście. Już wiem, że fizycznie to nie jest mój dzień. Ale gdy z czasem około 2:28 docieram na szczyt Kutrzycy znów mam na twarzy wielki uśmiech ! Co za widok i jaki urok tego miejsca :-)

Teraz znów zbieg, do drugiego punku kontrolnego na 18 km.

fot. Magdalena Bogdan

Na tym punkcie jestem z czasem 2:50, w głowie świta mi, że fajnie było by się zmieścić w czasie 4,5 godziny. Pokrzepiony tą myślą znów ruszam w górę.

fot. Marek Oberwan

Niestety przestaje chyba działać gripex i męczy mnie coraz silniejszy ból głowy. Na zbiegach o nim zapominam, na podejściach on wygrywa.

fot. Ewa Kącka-Cichy

Z czasem 3:30 melduję się na trzecim i ostatnim punkcie kontrolnym. Pytam chłopaków ze służby medycznej czy nie mają czegoś przeciwbólowego, ale słusznie odpowiadają, że nie podają leków. Ok, za to są pyszne pierniczki w czekoladzie i… kolejne podejście w górę :-)

Jeszcze ta ostatnia górka i zaczyna się zbieg. Im dalej w dół, tym mniej śniegu. Za to miejscami błotko.

Śledzę czas na zegarku i wiem, że zabraknie mi paru minut do 4,5 h które sobie wymyśliłem jako cel. Ale nie psuje mi o zabawy. Ostatnio coraz bardziej lubię zbieganie i z radością wyprzedzam kilku zawodników. Jeszcze 1 – 2 zakręty i dobiegam do Jurkowa. Uprzejmi strażacy wskazują drogę, mijam kościół i chodnikiem biegnę w kierunku szkoły, gdzie znajduje się meta.

fot. Robert Zabel

Zrywam się do finiszu, spiker czyta moje nazwisko i po chwili mam już na szyi pamiątkowy medal. Czas 4:35:29. Siadam na schodach przed szkołą z pochwyconą z bufetu pajdą chleba ze smalcem i  prostuję zmęczone i lekko obite kolana :-)


Podsumowanie

To był pierwszy bieg XRUN w jakim miałem przyjemność wziąć udział. I już wiem, że nie ostatni. W tym roku plany mam już tak bogate w starty, że więcej już upchnąć nie dam rady, ale za rok zarezerwuję sobie co najmniej 2 starty z tego cyklu.

Co mi się podobało ? Świetna atmosfera, organizacja, której nic nie da się zarzucić i zaangażowanie organizatorów, które było widać na każdym kroku. Bardzo im oraz wszystkim wolontariuszom dziękuję za uśmiech i wsparcie. Dobrze było pobiec u Was w tych pięknych górach ! No i jeszcze wielkie dzięki za wspaniałe pamiątkowe zdjęcia dla niezastąpionych fotografów!

Ja teraz żegnam się na chwilę z górami. Schodzę na szosę by zmierzyć się z maratońskim dystansem we Wiedniu i w Rydze. Ale w od czerwca powrót na górskie trasy. Może kogoś, kto biegł Panią Mogiłę spotkam na biegu Visegrad Ultra, na Chudym Wawrzyńcu lub na biegu 7 Dolin 64 km ?