Pamiętacie bajkę o brzydkim kaczątku? Brzydkie kaczątko wersja współczesna to historia o tym jak pokonywać własne niedoskonałości. To nieco zawiła opowieść o pewnej dziewczynie, w którą nigdy, nikt nie wierzył. To bajka, która okazała się prawdziwa. Historia osoby, która nie miała prawa osiągnąć sukcesu, a jednak jej się udało.  W końcu to historia o mnie, o tym jak brzydkie kaczątko (wersja współczesna) zostało judoczką.

Nie będę się tłumaczyła

Bardzo, ale to bardzo nie lubię się tłumaczyć z własnych decyzji i wyborów, ale dla was zrobię wyjątek. Dzisiaj blog Pawła przejęłam ja, Nieidealnaanna. Znana bliżej jako wyrazista blogerka, prawdziwa Matka Polka, Najukochańsza Żona, oraz Wierna Służąca Kociej Pary: Hektora i Hera znaczy się. Paweł gościł już w moich skromnych progach, dlatego tym razem ja postanowiłam wpaść z rewizytą, a że my z Pawłem poza blogowaniem i kotami… mamy wiele wspólnego. Bardzo was proszę usuńcie z głowy te wszystkie sprośne myśli. Nie, nie chodzi o fanatyczne uwielbienie kotów (w senie nie tylko o to chodzi), lubimy książki, filmy i sport. To wszystko powoduje, że dziś na blogu pojawi się moja sportowa historia, która zaczęła się…

Dawno, dawno temu w Polsce B, gdzie niedźwiedzie polarne spacerują ulicami

W tym momencie uświadomiłam sobie, że dobre 18 lat temu zaczęła się moja przygoda z judo. (Moja historia jest już pełnoletnia, czas pomyśleć o fecie?). Byłam najbardziej pokracznym, nieogarniętym i koślawym dzieckiem w okolicy. Na WF-ie jakoś dawałam radę, ale o wybitności naprawdę nie było mowy. Okrągła buzia, waga bazująca na niebezpiecznej granicy, której przekroczenie było jednoznaczne z nadwagą. 11 letnia dziewczynka, która miła i dosyć odważna, jednak nie zauważana pośród tłumu. To byłam ja. Pewnego dnia wpadłam na szalony pomysł zapisania się na judo z moją szkolną przyjaciółką. Mój ojciec wyraził zgodę na tę przygodę, traktując to jak kolejną fanaberię dziecka, które po kilku treningach znudzi się. Jak okaże się później nie znudziło mi się 13 lat treningów w upały, wichury, deszcz, śnieg, weekendy i święta.

Na szarym końcu sekcji

W naszym naborze początkowo było 150 osób. Dajecie wiarę? To był jakiś istny boom na judo. Młode dziewczynki zapisywały się hurtowo. (Śpieszmy się kochać judoczki, tak szybko rezygnują z treningów). Treningi były prowadzone w trzech grupach godzinowych, z prostej przyczyny. Wszystkich nas nie można było pomieścić na jednej macie BKS Hetman Białystok.  Czego by nie mówić o moich późniejszych sukcesach, początkowo byłam najgorsza. Koślawa, nieporadna, bez koordynacji, synchronizacji i jakiejkolwiek zwinności, która jest potrzebna na macie.

O matko i córko, czyli ona nadal tu jest!

Trenerka i trener wielokrotnie próbowali mnie zniechęcić do dalszych treningów. Nie uwzględnienie mnie na liście osób, które jada na letni obóz. Czy to bolało? Przepłakałam w domu kilka nocy. Wyrzucenie mnie z treningu za brak umiejętności? Bardzo często byłam upokarzana i wyśmiewana na tle całej sekcji. Co robiłam? Nie poddawałam się i szłam ćwiczyć to co mi nie wychodziło w pobliskim parku, obok mojego bloku. Prosiłam o 1o lat starszego brata, który w przeszłości również trenował judo, o dodatkowe „treningi”. Zamęczałam mamę, ojca, braci i każdego napotkanego człowieka tym, aby służył mi za Uke (z japońskiego partner do ćwiczeń). Wszyscy mieli dość mnie, mojego judo, ale ja nadal się nie poddawałam i robiłam swoje.

Jesteś cienka jak zupa więzienna

To chyba jedno z najczęstszych epitetów, którymi określał mnie Trener. Kilka pierwszych lat zawodów, przegrywałam wszystko jak leciało. Przewalałam każdą walkę koncertowo. Nie miało znaczenia czy przeciwniczka była lżejsza, cięższa, wyższa, niższa, młodsza, starsza – wszystko jak jeden mąż było przeze mnie przegrane. Chodziłam 4, 5 razy w tygodniu na wieczorne treningi. Byłam najgorsza w sekcji, ale z naszego 150 osobowego naboru do końca wytrwałam tylko ja. Niektóre dziewczyny rezygnowały same. Inne przerywały treningi z powodu kontuzji lub studiów. Ja trenowałam nadal, mimo tego że nie wierzyłam w to, że w moim beznadziejnym przypadku coś się zmieni.

Najwierniejszy pies

W pewnym momencie trenerzy docenili moją lojalność, sumienność i zaangażowanie. Dziewczyna co prawda nie jest wybitna, ale nie opuściła od kilku lat żadnego treningu, daje z siebie wszystko, warto docenić jej postawę. I tym sposobem zaczęłam jeździć na pierwsze obozy sportowe. Okazało się, że nie tylko na macie, ale również w innych dyscyplinach jestem słaba, marna i niczego sobą nie reprezentuję. Zerowe doświadczenie w treningu siłowym. Marna biegaczka. Nie potrafiłam pływać. No może jedynie to, że byłam wytrwała, z niezłą kondycją i dosyć rozciągnięta ratowało moją sytuację?

„Każdy ma plecy”

Czyli typowe powiedzenie w świecie judo. Każdy z nas ma plecy, a to oznacza, że nie ma takiego przeciwnika, który nie może upaść. Pamiętam jak w roku, kiedy zmarł nasz papież Jan Paweł II przygotowywałam się razem z moją przyjaciółką Małgośką do Mistrzostw Polski. Generalnie sytuacja wyglądała tak. Tylko my we dwie z sekcji przeszłyśmy eliminację i miałyśmy kwalifikację do imprezy krajowej. Trener z braku laku przygotowywał nas dwie, ale jak się później okazało, w życiu na mnie stawiał i utarłam mu nosa. Mistrzostwa Polski były w Rybniku. Ze względu na żałobę po Janie Pawle II zawody zostały przełożone na za kilka tygodni.

Czarny Koń, odkrycie roku!

Pojechałyśmy z Gośką na te zawody. Miałyśmy obydwie nadwagę, więc wygłodzone, od rana wybiegane w kilku warstwach dresów „robiłyśmy wagę”. Nie wiem jak to możliwe, ale wcześniej nie miałam takich problemów. Sądząc po poranku, który zaczął się kiepsko nie sadziłam, że własnie następuje przełomowy moment w moim życiu. Losowanie moich walk nie napawało mnie optymizmem. Pierwsza walka, która decyduje o dalszych losach w turnieju miała być z Magdą, która od 2 lat regularnie ,omotała mnie na każdych możliwych zawodach. Dzieliło nas wszystko. 13 cm wzrostu, 4 stopnie uczniowskie, doświadczenie, oraz 2 lata wieku. Magda była wysoką (180 cm wzrostu) judoczką z brązowym pasem (1 Kyu), utytułowaną i starszą ode mnie o 2 lata właśnie.  Ja to bida z Polski B, której nikt nie zna. Niska, krępa, bez wyników z zielonym pasem (który trener wręczył mi tylko, dlatego, że na MP nie można wystartować z niższym stopniem). Nie miałam prawa wygrać. A rozwaliłam ją w 30. sekundzie. Wykonałam ulubiony rzut, dopadłam i dzięki trzymaniu w parterze po kolejnych 25 sekundach byłam wygraną!

 

Dzień byka

W kolejnych walkach zawodów szłam jak burza. Rozwalałam dziewczyny przed czasem. Miałam tę moc. Czułam, że jestem świetnie przygotowana i po raz pierwszy zostałam Mistrzynią Polski w judo. Mój trener, na co dzień człowiek o wrażliwości wojska radzieckiego, płakał ze szczęścia razem ze mną. Pamiętam jak po tej pierwszej wygranej, przełomowej walce w moim życiu, pobiegłam do trenera. Wskoczyłam mu na biodra (ja ponad 70 kilogramowa dziołcha) i cieszyłam się jak dziecko, które pierwszy raz dostanie do spróbowania czekoladę…

Brzydkie kaczątko wersja współczesna, czyli o tym jak zostałam judoczką

W swojej trzynastoletniej karierze zawodowej zdobyłam dwa tytuły Mistrzyni Polski. Byłam Mistrzynią Polski Klubów Gwardyjskich. Reprezentowałam nasz kraj na Mistrzostwach Europy, oraz brałam udział w licznych imprezach na arenie międzynarodowej. Kilkakrotnie byłam reprezentantką Kadry Narodowej. Poznałam słodki smak zwycięstwa, okraszony krwią, bólem i łzami wylanymi na macie. Wielokrotnie przekraczałam swoje wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Dowiedziałam się co oznacza determinacja, prawdziwa pasja, miłość do sportu przedkładałam nad wszystko. Ze świadomością rezygnowałam z rodziny, przyjaciół, chłopaka, imprez i innych rozrywek na rzecz treningów. W ciągu trwania przygody z judo nauczyłam się zasad fair play. Zdobyłam przyjaźnie na całe życie, te które rodziły się przy wspólnym wysiłku są nie do zdarcia, trwają i będą trwały już zawsze. Udowodniłam sobie, że  jestem coś warta. Poznałam siebie, pokonałam bariery fizyczne i umysłowe. Brzydkie kaczątko wyrosło na pięknego łabędzia, który wie, że może osiągnąć wszystko.