„Chłopaki z Marsa. GROM — historia przyjaźni” — Naval


Trudno w to uwierzyć, ale pierwszy raz książkę Navala „Przetrwać Belize” miałem w rękach prawie pieć lat temu. Choć może niekoniecznie książkę, ale e-book, czego żałuję do dziś, bo co, mam teraz czytnik e-booków postawić obok czterech pozycji jego autorstwa? A autograf na „Chłopakach z Marsa” na czym uzyskam, na odwrocie czytnika czy też na chmurze, która stacjonuje gdzieś ponad Belize?

Kim jest Naval wie już chyba każdy miłośnik dobrej książki spod znaku oddziałów specjalnych, ja odrobinę szerzej o nim pisałem w poprzednich recenzjach jego książek: „Ostatnich gryzą psy” oraz „Zatoka – GROM na wodach Zatoki Perskiej„.

Na okładce „Chłopaków z Marsa” znalazłem następujące słowa:

„GROM to nie jest logo, nazwa obiektu, muru czy uzbrojenia. GROM tworzą ludzie — ludzie z ogromną pasją.”

Naval

Naval pisze rewelacyjnie, z każdego zdania czujemy tę pasję, która towarzyszyła jego każdej godzinie spędzonej pośród „chłopaków z Marsa”, którym poświęcona jest ta książka. Mało tu pisze o sobie, jeśli już, to tradycyjnie — w prześmiewczy sposób, z ogromnym dystansem do siebie i humorem.


„Chłopaki z Marsa” – historia przyjaźni

Powyższy tytuł został świetnie dobrany. Bo właśnie o niej jest ta książka.

W kolejnych rozdziałach przedstawia swoich przyjaciół, wśród nich: Kaśka, Żuku, Michał, Stary, Cygan… Historia przyjaźni, historia przejścia selekcji, różne historie mniej lub bardziej pikantne. Każdy rozdział niby łączy się z poprzednim, ale jest krótkim opowiadaniem, które można przeczytać w wolnej chwili bez konieczności przypominania sobie całej akcji.

Jest też oczywiście Drago, Polak w szeregach Navy Seals, którzy też dla polskich operatorów GROM byli niczym bracia.


Jako jeden z niewielu byłych operatorów Naval opowiada również o kobietach w GROM.

Nieustannie bawią mnie określenia Navala stosowane wobec generalicji i służbowego, wojskowego betonu. To trzeba po prostu przeczytać. Szkoda tylko, że z tych słów za każdym razem przebija żal i świadomość, że od głupich decyzji przemądrzałych, brzuchatych sztabowców zależał los tak profesjonalnej jednostki, którą jest GROM. W każdej książce ze stajni Navala buduje się obraz naszej armii, w której niestety wciąż prościej być „politykiem BMW”, biernym, miernym, wiernym, a będzie się pięło w górę, z każdym dniem ciesząc oko bardziej okazałymi defiladami i liczniejszymi salutami „à la Misiewicz”.

W „Chłopakach z Marsa” znajdziemy wiele opisów wspólnych akcji GROM z Navy Seals oraz Marines. Wszystkie teksty są tak lekkie, składne i płynne, że trudno nam sobie wyobrazić fakt, że każda z tych akcji, gdyby nie była tak drobiazgowo przygotowana, zaplanowana i przeprowadzana przez zawodowców, mogłaby trafić na czołówki wiadomości z informacją o daninie żołnierskiej krwi…

„Chłopaki z Marsa” dobre na depresję

Naval ma tę unikalną zdolność przedstawiania wydarzeń od pozytywnej strony, pisze „ku pokrzepieniu serc”, kartki jego wspomnień powinny być przekazywane przez lekarzy jako lek antydepresyjny. Rozbawił mnie rozdział poświęcony PTSD, mam nieodparte wrażenie, że Navalowi ktoś podrzucił pomysł napisania czegoś na ten temat, „oczywiście” Navalowi to pisanie wyszło zupełnie nie na temat.

Po czym korektor w wydawnictwie Bellona znalazł jedynego odważnego (Chucka Norrisa?), który wymusił na Navalu napisanie… no właśnie. Kupcie książkę, to też się uśmiejecie z objętości tego tekstu o PTSD.

Jedyny rozdział rozpamiętujący negatywną zawieruchę wokół GROM to „Gorzkie żale” i w moim uznaniu, ten rozdział powinno się niektórym politykom wkleić do czytania przed lekturą porannych sondaży. Ewentualnie przeczytać i wyjaśnić, bo część z nich obawiam się, że czytanie ze zrozumieniem osiąga jedynie przy bankomacie, gdy otrzymują wypłatę.


Czy warto kupić „Chłopaków z Marsa”?

Naval jest już autorską firmą, przykładem, że marzenia się spełniają, tylko trzeba być upartym, cierpliwym, a i mieć krzepę nie zaszkodzi, jak i pobieganie również jest świetnym pomysłem. Pięć lat temu wzdychałem i marzyłem, żeby sobie cosik jeszcze spod pióra tego autora poczytać, no i proszę, biblioteczka rozrasta się (tylko nie piszcie nic o tym Belize i czytniku, ok?).

Gdyby ktoś zadał pytanie czy warto jego kolejną książkę kupić, zmusiłbym go do wspólnego biegu do najbliższej księgarni i tam przekonał sprzedawcę do udzielenia godnego rabatu na wszystkie dotychczas napisane przez Navala pozycje.

Na koniec jeszcze jeden akcent humorystyczny — podobnie jak przy „Zatoce” Navala zwróciłem uwagę na pewien detal okładki. Otóż poprzednie cztery książki mają „Navala” na tym samym poziomie, co bardzo ładnie komponuje się na półce. Najkowsza książka poziom wyraźnie podnosi…

Chlopaki-z-Marsa-Historia-Przyjazni-Naval

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.