Stare przysłowie ludowe mówi, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. Podobnie jest z książkami. Dzielę je w bardzo podobny sposób na te, do których jeszcze z pewnością (i ze smakiem) wrócę oraz na te, które już nigdy nie zabłądzą do mojej biblioteki.

Z książkami jest też o tyle prościej, że nadgryzienie książki toksycznej niczym szczególnym nam nie grozi. W najgorszym przypadku zapamiętamy autora i wydawnictwo i będziemy je omijać szerokim łukiem.

W przypadku „Milczenia owiec” odniesienie się do konsumpcji jest zamierzonym działaniem. Ku czci jednego z najbardziej znanych literaturze (i kinematografii) smakosza – doktora Hannibala Lectera.


„Milczenie owiec” Thomasa Harrisa to klasyka, na podstawie której został nakręcony jeden z najwspanialszych filmów, które zna światowe kino. Jak to bardzo często bywa, film różni się od książki na tyle, że nawet znając film i jego zakończenie śmiało możemy zagłębić się w lekturze. Tylko ostrzegam – przywołując tu ponownie grzybową analogię.

Będziecie czytać tak długo, aż nie schrupiecie potrawy  do ostatniego śladu smaku na patelni, na której smażyliście Wasze ulubione grzyby. A każdy, kto ośmieli się przerwać ucztę ryzykuje życiem – bo może stać się deserem.


„Milczenie owiec” po raz pierwszy czytałem kilka lat temu. Nawet nie wiedziałem, że film był na podstawie książki. Przeczytałem je jednym tchem. Gdy teraz, w ramach wspólnej blogerskiej akcji 6 na 1 (sześć recenzji tej samej książki), przeczytałem książkę jeszcze raz, miałem pewne obawy. I co?

Domownicy zostali spacyfikowani, noc w zagadkowy sposób przekręciła wskazówki do przodu kradnąc mi w wyjątkowo niegodziwy i podstępny sposób kilka godzin snu. Połknąłem „Milczenie owiec” na jednym oddechu.

Więc lojalnie uprzedzam – ta książka wciąga i nie wypuści Cię drogi czytelniku ze swoich szponów, aż nie dotrzesz do jej finału.


„Milczenie owiec” to czystej wody thriller psychologiczny. Konstrukcja jest prosta niczym szkolenie przyszłego agenta federalnego. FBI stara się znaleźć psychopatycznego mordercę Buffalo Billa, który morduje i obdziera ze skóry złapane kobiety. Do poszukiwań zostaje włączona całkiem zielona agentka Clarice Starling, która spotyka się z uwięzionym psychopatą doktorem Hannibalem Lecterem, który wie coś więcej o poszukiwanym mordercy.

Tu zaczyna się arcyciekawa gra. Stopniowo poznajemy przerażający geniusz doktora Lectera, który osacza swoimi pytaniami niedoświadczoną agentkę Starling. Żąda od niej informacji o jej życiu, dawkując bardzo skąpo informacje o mordercy. Agentka Starling wydaje się nie mieć najmniejszych szans na wyciągnięcie z doktora wskazówek, które umożliwiłyby złapanie mordercy. Ot, prosta dziewczyna, która dzięki wyjątkowemu uporowi trafiła do Akademii i dzięki wytrwałej pracy coś tam osiągnęła – ale brak w niej tej iskry czy też geniuszu, który uczyniłby z niej równorzędną przeciwniczkę dla doktora Lectera.

Hannibal Lecter jest postacią budzącą grozę, w całej książce jest chyba tylko jeden moment, w którym doktor wydaje się być bezradny. Przez pozostały czas przeczuwamy (i słusznie!), że już za chwilę wydarzy się coś bardzo, bardzo niedobrego. Lecter jest mistrzem planowania, przewidywania, wnioskowania i intrygi. I jest diablo cierpliwy.


Akcja nabiera tempa, gdy jedną z uprowadzonych kobiet zostaje Catherine Martin córka senator stanu Tennessee. Doktor Lecter otrzymuje bardzo kuszącą propozycję, która może zmienić jego beznadziejne położenie. Wydaje się, że to grzebie szanse agentki Starling na złapanie mordercy.

Intryga rozwija się bardzo szybko, bo czas nagli, a każda z bardzo ciekawie nakreślonych postaci chce coś wygrać dla siebie.

Czy córka senator zginie? Czy agentka Starling uzyska wystarczającą dozę informacji od doktora Lectera aby ruszyć na poszukiwanie mordercy? No i co się stanie z samym doktorem Lecterem?

Zostawię Was z tymi pytaniami, zachęcając do sięgnięcia po „Milczenie owiec”.


Bo przecież musicie odkryć skąd się wzięły tytułowe zwierzęta w „Milczeniu owiec”. I dobrze Wam radzę. Zarezerwujcie sobie kilka godzin na lekturę, bo jest taka cienka linia dzieląca rzeczywistość od książkowego świata. Podobnie jak normalność od gwałtownych czynów. Gdy ktoś uniemożliwia nam pozostanie w świecie literackiej fikcji, gotowi jesteśmy na wszystko, by pozostać w magicznym świecie książki. A żaden sąd nie uzna czytania jako okoliczności łagodzącej dla ostrego narzędzia w plecach osoby, która ośmieliła się nam zasugerować przerwę w lekturze, nieprawdaż?


Tekst powstał w ramach projektu „6 na 1”, czyli recenzja jednej książki jest tworzona przez sześć różnych osobowości. Linki do pozostałych pięciu wpisów pojawią się poniżej.

  1. Pan Czyta (mózg i herszt akcji 6#1).
  2. Ewa Bookmoment.pl.
  3. Tak sobie czytam.
  4. Jacek czyli Diznajnuch. (tekst pojawi się 6. lipca, gdy zegar na ratuszu wybije południe).