Mówi się o kotach, że to one znajdują sobie i wybierają człowieka. I nawet jeśli taki delikwent nie jest kotolubem, to już kot go owinie sobie wokół pazura i tak zamruczy, że z niezależnej jednostki ludzkiej stajemy się kocimi niewolnikami. Wiem coś o tym, bo tak własnie dekadę temu stało się ze mną.

Podobnie jest z książkami. Rzadko, bo rzadko, ale czasem jakaś książka jest mi przeznaczona i w najmniej spodziewanym momencie rzuca mi się przed oczy z okrzykiem: „Mój ci on jest! Czytaj mnie i czytaj, do utraty tchu!”

No i klops. Kilka godzin umyka w przestrachu, pozostawiając przed oczami smugi przeskakujących literek, a umysł pogrążony w głębokim usatysfakcjonowaniu tekstem traci kontakt z światem realnym.

Tak było tym razem, bo niespodziewanie dzięki  Monice „Halmanowej” otrzymałem z wydawnictwa Psychoskok do zrecenzowania e-book autorstwa Ceasara Starlinga „SKYNET – Armia Cieni”.

Inna rzecz, że cały czas się zastanawiam jak określić zjawisko kobiecego czytelnictwa – jeśli ja, czytelnik jestem molem książkowym, to kobieta jest kim? Macie może na to jakąś mądrą odpowiedź?


Uniwersum Terminatora

Trudno ukryć, że uwielbiam świat postapokaliptyczny, ze szczególnym wskazaniem na świat SKYNETu oraz zombiki. Tu oczywiście mamy do czynienia ze SKYNETem i tymi, którzy ocaleli z apokalipsy zafundowanej naszej cywilizacji przez systemy komputerowe zbyt rozmiłowane w destrukcji.

„SKYNET – Armia Cieni” jest na tyle ciekawie napisana, że przeniosła mnie na kilka godzin w świat przyszłości, w którym to nie człowiek okazał się najwyższą formą ewolucji.

Ludzkość

Ludzkość po apokalipsie wciąż ze zmiennym szczęściem tłucze się ze SKYNETem. Obiektywnie patrząc na oficjalny przekaz, to nie jest źle, bo ci co siedzą w Fortach mają dach nad głową, regularne posiłki i gorącą wodę pod prysznicami.

Ludzkość, choć drastycznie przetrzebiona, dzieli się na tych co walczą aktywnie ze SKYNETem, na Eksploratorów, a więc wolnych strzelców, którzy się ze SKYNETem najprawdopodobniej jakoś ułożyli (my wam nie psujemy Terminatorów a wy nam nie zrzucacie bomb na głowę) oraz na Odwróconych, współpracujących z maszynami przeciw ludziom.

Ci pierwsi wciąż są armią, posiadają struktury dowodzenia, jest wywiad, rozpoznanie, ośrodki badawcze, są siły powietrzne i sporo pomysłów na przyszłość – tu miękko lądujemy w samym centrum akcji rozwijającej się w opisywanej książce.

Akcja

-Jest misja do zrobienia.
– A ile można w niej stracić?
-Życie, a może i złudzenia co do tego o co walczymy.

Tak właśnie by mogło brzmieć najbardziej lapidarne streszczenie książki.

Szeregowy Jesse Scott, ze względu na swoje pewne unikalne cechy, otrzymuje propozycję udziału w pewnej bardzo tajemniczej misji. Do tego partner przydzielony Jessemu jest (psst, to tajne!) Terminatorem, któremu wgrano nakładkę na jego standardowe oprogramowanie. Jak to w tego rodzaju książkach bywa, misja już na początku się komplikuje, a Jesse niczego nie może być pewien, bo Terminator jest w pełni świadom swoich nowych ograniczeń a bardzo tęskni za ponownym zespoleniem z siecią SKYNETu. No i kto wie, czy znienacka nie powróci na łono swojej blaszanej procesorowej „rodziny”.

Do tego Jesse podczas swojej zwiadowczej misji odkrywa pewną niepokojącą aktywność maszyn, ale też zasiane zostaje ziarnko sceptycyzmu co do wartości, którymi kierują się prowadzący dalszą walkę żołnierze. Czy ma ona jeszcze sens? Czy nie został wysłany celowo na samobójczą misję?

Technikalia

W kolejnych częściach filmowego Terminatora przyzwyczailiśmy się do dusznych i klaustrofobicznych scen intensywnych walk automatów bojowych z ludźmi. Tu akcja rozwija się na dużej przestrzeni, jest dużo podchodów i unikania czujnego mechanicznego przeciwnika. Taki sposób prowadzenia walk daje jednak czas na dokładną analizę przez przyrządy obserwacyjne kolejnych wersji maszyn bojowych – od tych latających, poprzez maszyny strażnicze, rozmaite wersje Terminatorów, broni i wyposażenia, aż po zupełnie nowe, jeszcze nieodkryte przez Armię Cieni zagrożenia.

Oczywiście bywają momenty, w których przeciwnicy robią użytek z broni, ale nie jest to rozpierducha, taka na miarę produkcji hollywoodzkiej. I całe szczęście.

Czy polecam „SKYNET – Armię Cieni”?

Patrząc na to, jak akcja mnie wciągnęła na kilka godzin (a czytałem dosłownie „do oporu”) to śmiało odpowiadam, że zdecydowanie tak.

Choć na samym początku lektury przebrnięcie przez kilkanaście pierwszych stron było trudne. Nie wiem dlaczego, może przez to, że lubię książki, które zaczynają się na modłę Hitchcocka – trzęsienie ziemi a później napięcie wzrasta.

Tu musiałem się rozpędzić, co miało ten łatwy do przewidzenia skutek – zgodny z zasadą zachowania pędu –  że trudno było mi na końcu wyhamować i odłożyć czytnik po przeczytaniu ostatniej strony. Jedyna krzepiąca wiadomość jest taka, że to pierwsza część cyklu, więc będzie więcej pożywnej lektury. Pytanie tylko kiedy.

Wątpliwości i przemyślenia

No i tu się zaczyna czepianie. Ale gdy się już tyle książek SF przeczytało, to się gust bardzo ukierunkowuje na pewne utarte i przyjęte schematy. Stąd też powrót do świata żywych, niezaczytanych ludzi następuje stopniowo i z pewnym takim ociąganiem, po wielu przemyśleniach.

Otóż brakuje mi w książce wielowątkowości. Czyli płynnych przeskoków pomiędzy wydarzeniami w różnych miejscach i w różnym czasie. Tu są tylko pewne reminiscencje Jessego, ale z chęcią poczytałbym co się działo w bazie podczas trwania opisanych misji. Bądź co w tym czasie robili jego koledzy, którzy bynajmniej nie grali wtedy w zbijaka w fortowej sali rekreacyjnej.

Zastanawia mnie bierność SKYNETu, przy tej wypracowanej przewadze technologicznej i mocy obliczeniowej już dawno powinien był skasować ślady ludzkości z powierzchni ziemi, tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Autor podaje tu pewien możliwy klucz do tej sytuacji, no i nadzieją napawają kolejne planowane części. Niemniej jakoś tak te maszyny są niby mądre, sprytne i mordercze, tylko same o tym zapominają i czekają aż autor kopnie je w ich metalowe leniwe tyłki.

Zastanowił mnie też pewien, znany mi z jednego z opowiadań schemat, wprowadzający w postapokaliptyczny świat nowy model morderczego Terminatora. W pewnym opowiadaniu SF pojawiła się (jeśli dobrze pamiętam) humanoidalna wersja kobieca robota, dziecko z misiem i ranny weteran. Każde z nich nastawione na mordowanie ocalałych miłośników seriali z Frankiem Underwoodem. Dzięki podstępowi jedno z nich dociera do tajnej bazy kosmicznej ludzkości no i historia się kończy. Mam nadzieję, że pewne podobieństwo do tego wątku nie przekalkuje się na karty kolejnych tomów, ale może niesłusznie się obawiam.

Aby lepiej wczuć się w uniwersum polecam Wam króciutką ale bardzo klimatyczną reklamę tego e-booka:


Reasumując, książkę polecam, ale też wielkimi literami ostrzegam, że to straszny złodziej czasu. A do tego zapowiada się dalszy zabór naszych limitowanych zasobów czasowych, gdy pojawią się kolejne części „SKYNETu Armii Cieni”, no jeśli o mnie chodzi to jestem pewien, że po kolejne części sięgnę, licząc na kolejne równie miłe zaczytania.

Dziękuję Wydawnictwu Psychoskok za udostępnienie e-booka.

Logo Psychoskok