Mamy swoje ulubione smaki. W codziennej pogoni za sprawami doczesnymi nie zadajemy sobie pytania skąd te nasze upodobanie smakowe się wzięły, kiedy zostały wykształcone.

Na śniadanie coś tam naprędce klecimy, by to zjeść zapijając kawą. Wpadamy do domu na obiad, który połykamy ciesząc się, że znika uczucie głodu – wieczór kończymy buszowaniem w okolicach lodówki, przy której stosujemy typową metodę partyzantów. Atak, odskok, konsumpcja łupów, przegrupowanie i kolejny atak, aż do wyczerpania zgromadzonych w lodówce zasobów.

Zatrzymujemy się jednak czasem, pełni zdziwienia, gdy coś nas bardzo raptownie z codziennego rytmu wybije. Dla mnie takim impulsem była wizyta w bibliotece. Otóż pożyczyłem książkę Mateusza Gesslera „Smaki dzieciństwa”. Otwarłem ją i  powróciły wspomnienia z dzieciństwa.

Smaki dzieciństwa

Byłem niejadkiem. Abym grzecznie jadł śniadanka cierpliwie opowiadano mi bajki. Łyżeczka kaszki tu, łyżeczka kaszki tam. Jadłem niewiele, po prostu jakoś nie odczuwałem potrzeby jedzenia.

A dorastałem otoczony smakołykami. Poranne kaszki na mleku w różnych formach, porządne obiady, kolacyjne kanapki. Do tego ciasta o rozmaitej zawartości, z których zawsze wydłubywałem rodzynki.

Gdy wszedłem w cudowny okres dorastania, przerzuciłem się na tryb pochłaniania wszystkiego w ilościach hurtowych. Pamiętam cudowne świąteczne pracochłonne potrawy, którymi objadałem się tak, że przypominałem Kubusia Puchatka. Choć to nie Kubuś wciągał małe pszenne bułeczki ze sztucznym miodem (!), rosół z makaronem, kotlety mielone z cebulką, grube plastry pasztetu z chrzanem, risotto, wigilijny barszcz, ale też plastry żółtego sera posmarowane musztardą, faszerowane papryczki, gołąbki. Tak bym mógł wymieniać długo. Bardzo długo. A okrągłości Kubusia znikały szybko, bo przecież rosłem dalej do góry coraz wyżej i wyżej. Aż osiągnąłem swoje maksimum czyli jakieś sześć stóp wzrostu.

Dwie książki kucharskie

Książka kucharska Mateusza Gesslera jest przepięknie wydana, kolorowa, pełna fotografii, które oddziałują na mnie w taki sposób, że chcę gnać do kuchni i gotować te cudne specjały. Tu mnie ratuje tylko to, że składniki potraw są dość wymyślne. I tak szybko bym ich nie zgromadził.

Tu jeszcze maleńki powrót do przeszłości. Gdy byłem dziecięciem jadłem posiłki przekładając karty książki kucharskiej, która chyba była w każdym PRLowskim domu. „Kuchnia polska” bo prawdziwe kompendium wiedzy kulinarnej, bardzo wątle niestety ilustrowanej zdjęciami. Ale za to kolorowymi zdjęciami, które kiedyś w książkach były rarytasami, dzięki czemu pamiętam je do dziś.

Jaka jest różnica w jakości zdjęć, widać poniżej:

kuchnia z lat siedemdziesiątych i obecnie

Po prawej jak kuchnia wyglądała kiedyś (dobrze wyposażona i umeblowana!), po lewej nowoczesność

Zestawiłem sobie obok siebie obie książki kucharskie, przepaść jakościowa jest olbrzymia. Ale jednak „Kuchnia polska” z ubiegłego wieku ma tę przewagę, że przenosi mnie w przeszłość, do czasów dziecięcych posiłków, moich posiłków. I tak się zastanawiam, może za kilkanaście lat książka Mateusza Gesslera właśnie też tak będzie odbierana?

buraczki wczoraj i dziś

Buraczki i barszcz dziś (po lewej) i wczoraj (po prawej)

Świetlica Opiekuńcza Gniazdo

Tu znowu maleńka dygresja o autorze „Smaków dzieciństwa”. Mateusz Gessler pojawił się kiedyś (niespodziewanie) w mojej niewielkiej miejscowości, na zaproszenie Świetlicy Opiekuńczej Gniazdo. On, osoba medialna ba – celebryta!

O jego wizycie możecie poczytać o tu. Najpiękniejsze jest to, że nie była to jego jedyna akcja pomocowa na rzecz dzieciaków – dzięki niemu i jego znajomym podopieczni Świetlicy mogli pojechać do Warszawy, gdzie czekała na nie masa atrakcji, w tym posiłek w restauracji Mateusza Gesslera. I nie, nie towarzyszyła im kamera żadnej wiodącej telewizji „robiącej pozytywny PR” Mateuszowi. To po prostu było spotkanie przyjaciół. Zdjęcia pojawiły się tylko w relacjach lokalnych gazet i na stronie Świetlicy. Chapeau bas Mateuszu!

Przepis na ciasto do pierogów

A co znajdziemy w książce Mateusza? Wśród dziesiątków przepisów ubarwionych świetnie skadrowanymi fotografiami, znalazłem perełkę, mojego Świętego Graala.

Smaki dzieciństwa pierogi

Po prawej zdjęcie pierogów z „Kuchni polskiej”. Po lewej „Smaki dzieciństwa” u Mateusza Gesslera

Pamiętacie pewno moje poszukiwania ciasta idealnego na pierogi? Pal licho farsz, który zawsze można ciekawie skomponować, mocno doprawić i będzie jadalne. Ale szukałem (i dotychczas nie znalazłem) takiego ciasta pierogowego, które by odpowiadało moim marzeniom. I znalazłem je właśnie w książce kucharskiej Mateusza Gesslera. A oto ono. Tak proste i tak smaczne (i sympatyczne w przygotowaniu).

500 g mąki pszennej
150 ml mleka
100 ml letniej wody
łyżka masła
szczypta soli

Do miski wsyp 300 g mąki i sól. Wlej wodę z mlekiem i stopionym masłem. Wszystkie składniki dokładnie połącz i przełóż na stolnicę. dodaj pozostałą część mąki i zagniataj ciasto przez 5 min. Odłóż ciasto na 30 minut.

I to wszystko. Ciasto zagniotłem, ciesząc się już podczas wyrabiania ciasta jego nadzwyczajną miękkością. Dałem mu odpocząć 30 minut. Rozwałkowałem i stworzyłem po raz kolejny kilkadziesiąt pierogów z mięsem, które pochłanialiśmy z lubością przez dwa dni.


Cieszy mnie przebywanie w kuchni i przygotowywanie prostych potraw. Na ile się da, wciągam w te przygotowania syna. Im bardziej kuchnia przypomina po gotowaniu pobojowisko, tym lepiej, bo to jest swoisty miernik naszego zaangażowania w przygotowanie posiłku. Czy uda mi się stworzyć smak, który kiedyś synowi przypomni dzieciństwo? Który stanie się smakiem, który będzie za nim chodził? Tego się być może nie dowiem nigdy. Póki co cieszę się, że przygotowane pierogi znikają szybko. A ja podziwiam fotografie w książce kucharskiej Mateusza Gesslera, coś tam w tle przegryzając.

ciastka cynamonowe z przepisu Gesslera

To „coś tam” to akurat są ciasteczka cynamonowe z jego przepisu, ale to już zupełnie inna historia.