Przeczytałem przedwczoraj książkę. Usiadłem, wczytałem się, bzzzzzt, no i ocknąłem się przed północą, gdy przed oczyma pojawiła się czysta, nie skażona drukiem, biel końcowej kartki. Dla mnie to nie jest nic nadzwyczajnego, jestem molem książkowym, uwielbiam zatapiać się w lekturze, podobnie jak nasza kotka lubi zagłębiać się w miękkie wnętrze szafy. Kładzie się gdzieś tam na poskładanych koszulkach biegowych i wtapia się w tło. Może tak leżeć godzinami.

Nie liczę przeczytanych książek

Nie wiem ile książek czytam rocznie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Bywają tygodnie, podczas których nie czytam prawie niczego. Bywają też takie, że domownicy potykają się o pootwierane, równocześnie czytane przeze mnie książki. Jedna na stole kuchenny, druga na stoliku w sypialni, trzecia wędruje wraz ze mną – po prostu czuję głód czytania i już.

Gdyby ktokolwiek nakazał mi wypełnienie ankiety o czytelnictwie, wprawiłby mnie w nieliche zakłopotanie. Bo czym jest „przeczytanie książki”? Czy przeczytanie liczy się wtedy, gdy nie przeskoczę żadnej strony opisu? (a przeskakuję zazwyczaj i to sporo). Czy liczy się przeczytanie, gdy przeczytam po raz kolejny tę samą książkę (bo tak po prostu lubię). Jak więc to jest?

Statystyki i Światowy Dzień Książki

Rokrocznie, gdy w kalendarzu nieubłaganie zbliża się „Światowy Dzień Książki”, pojawiają się w mediach traumatyczne opisy stanu naszego, polskiego czytelnictwa. Kilkadziesiąt procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku żadnej książki, spory odsetek nie przeczytał żadnego tekstu dłuższego niż trzy strony.

Ponoć są trzy rodzaje kłamstwa: małe kłamstwo, duże kłamstwo i statystyka.

Według jakich kryteriów są te przeczytane książki liczone? Według wagi? Liczby stron? Znaków? Arkuszy drukarskich? A może są wyspecjalizowane kryteria, które w zależności od sławy autora waloryzują nam przeliczniki, niczym górnikowi dołowemu dniówki przepracowane w trudnych warunkach?

Czy naprawdę to, że statystycznie ja nie wypijam w roku kilku litrów napojów alkoholowych coś zmienia? Jak również czy z tego, że w ubiegłym roku bywały miesiące, w których statystycznie przebiegałem dziennie 10 kilometrów cokolwiek znaczyło w skali naszej słabo biegającej populacji?

Nawet jeśli czytamy, to czytamy „nie to”

Mamy tendencję do straszenia wszystkich wszystkim. Zamiast skupić się na promowaniu zalet czytania książek, straszymy negatywnymi stronami braku czytelnictwa. Nie będziemy czytali, to tak nam słownictwo zubożeje, że pozostaną nam do czytania tylko tabloidy i piktogramy. Ewentualnie komiksy. O właśnie. Kolejny ciekawy temat.

Jeśli już ktoś sięgnie na półkę w księgarni (czy bibliotece) i nie daj Boże ściągnie coś z lektur łatwych, lekkich i przyjemnych (ot wyszydzany Grey w odcieniach seksualnej szarości czy inny Harlequin, bywa że i jakiś komiks) – grono szyderców wyskakuje zza regału i krzyczy „pobite gary, pobite gary – nie liczy się!”  zniechęcając niedoszłego czytelnika do dalszych eksperymentów z czytaniem na zawsze. O tak, bo liczy się tylko, gdy poczytamy coś z klasyki, wierszem, możliwie nudnego i absolutnie już nieżyciowego.

Już chyba wolę akcję „z jajem” czyli „nie czytasz – nie idę z tobą do łóżka”. Choć tu złośliwi twierdzą, że ostatnie ujemne tąpnięcie demograficzne mogło być spowodowane również tą akcją.

Popuśćmy wodze fantazji

Tak więc może ustalimy jakieś specjalne cywilne odznaczenia za liczbę przeczytanych książek. Po przeczytaniu książki o określonej liczbie wyrazów będzie przechodziło się specjalistyczny test, udowadniający ten fakt. A przeczytanie (potwierdzone!) odpowiedniej liczby książek pozwoli nam na przypięcie odznaczenia odpowiedniej rangi.
No dobra, tu trochę przesadziłem, ale może choć na Facebooku będzie można nałożyć odpowiedni obrazek dodający +30 do szacunku (i rabat 10 zł w księgarni)?

Albo też wyposażmy dziatwę w odpowiednie liczniki przeczytanej treści.

Ot, połknie taka dziecina Instrukcję obsługi smartfona oraz którąś z książek  ze znanej i lubianej serii „Poczytaj mi mamo!”, zakąsi to wszystko myślami wybranymi Ministra Edukacji – rodzic wyciągnie czytnik kodu paskowego, KLIK, a urządzenie wskaże o tak:

Gdy dziecko odrobinę odpocznie i przeczyta jeszcze, powiedzmy, „Potop”, KLIK, wskaźnik radośnie zabulgocze niczym napełniany winem baniak i…

Stan wskaźnika będzie powodem do dumy dla rodziców, przyczynkiem do wyższego stopnia z zachowania oraz, no sam nie wiem, większego dropu Pokemonów podczas najbliższego tygodnia.

Na sam koniec edukacji w podstawówce, gdy dziecię podrośnie, zamkniemy je w pokoiku bez internetu i wrzucimy ze dwa kilogramy z metra ciętych nowelek pozytywistycznych, wspomnienia jednego z polityków oraz instrukcje obsługi popularnych urządzeń RTV/AGD. Zielony wskaźnik zapełni ostatnie kreseczki, Minister Edukacji uzyska odpowiednie rubryczki świecące się na zielono, a my odetchniemy z ulgą, że polskie czytelnictwo wcale nie leży (i nie kwiczy), wręcz przeciwnie – jest w rozkwicie.

Tylko czy o to w tym wszystkim chodzi?

Z drugiej strony ja to wielkiej nadziei nie widzę na to, że będzie lepiej. Zerknąłem sobie na lektury, które wg nowego rozdania mają pojawić się w szkołach i miałem bardzo głębokie déjà vu. Rozumiem, że jakiś kanon literatury trzeba znać kończąc podstawówkę. Ale czy naprawdę nie można przemycić choć odrobinę literatury współczesnej, czegoś fajnego do poczytania?