Dość tego cukru!


Istnieje pewna unikalna kategoria rzeczowników – rzeczowniki niepoliczalne. Istnieje też pojęcie kumulacji świątecznej, czyli spiętrzenia różnych świąt – urodzin, imienin, rocznic – ogólnie okazji do wręczania prezentów. Jedno z drugim wiąże się w bardzo ponurą całość – bo niespodziewanie, po kilku rodzinnych imprezach nieodlegle w czasie świętowanych, okazuje się, że mamy w domu wręcz niepoliczalną ilość słodyczy. I jest to słodka bomba, która wcześniej czy później wybuchnie, dobitnie udowadniając, że cukier nie krzepi. Tylko psuje zęby i żołądki.

Skąd ten zwyczaj?

Nie wiem skąd się wziął głupi zwyczaj obdarowywania dzieci słodyczami. Może to ma korzenie w głębokim PRLu, gdy faktycznie słodyczy było niewiele. Jakoś pamiętam „krówki”, pamiętam też „michałki” i czekolady Wedla. I rodzynki, za którymi nie przepadałem (wydłubywałem je demonstracyjnie z wypieków). Wtedy, gdy ktoś do domu przychodził, nierzadko przynosił coś słodkiego. Ale słodycze były wtedy dostępne rzeczywiście „od święta”. Coca cola była rarytasem, podobnie jak czekolada. Bo królowały wyroby czekoladopodobne (i sztuczny miód).

Ciasto

Co słodkiego jedzą nasze dzieci?

Jak to wygląda teraz? Dzieci są zasypywane i kuszone pierdyliardami ton wyrobów słodzonych. Od napojów, poprzez izotoniki, po batony, jajka niespodzianki, cukierki, żelki, dropsy, draże, galaretki, budynie, kisiele, ciastka, ciasteczka i tak dalej.

Producenci wskakują na wyżyny swojej pomysłowości, kolorowe etykiety, superbohaterowie, bonusy w postaci naklejek, magnesów, tatuaży zmywalnych, kart kolekcjonerskich. No i zabawek do złożenia (jajka niespodzianki). Wszystko oblane wątpliwej jakości czekoladą, dosłodzone, kolorowe i chrupiące.

I bardzo „zdrowe” i niewątpliwie uzupełniające braki w spustoszonych (zdaniem producentów) zdrową dietą organizmach dzieci – a więc obowiązkowe jogurciki, mleka smakowe (pamiętacie historię z moim polowaniem na karagen?),  pyszne soki „naturalne” i tym podobne ulepszacze humoru i smaku naszych pociech. Ach, jeszcze smakowite dżemiki, konfitury, lody i to, co Kubuś Puchatek lubił najbardziej. Byle w dużym pojemniku.

A wszystkie z niezwykle zdrowym dodatkiem konserwantów, enzymów, polepszaczy, spulchniaczy i nieodkrytego jeszcze składnika o nazwie epnolzayncojjosneofwoarnpie dzięki któremu ponoć możemy dożyć i do naszej słodkiej emerytury.

Jest taka książka „Cukier dzieci nie krzepi”, na którą się ostatnio czaję, opisująca jak odstawić dziecko od cukru. Pewno gdy ją dorwę i przeczytam – pojawi się na blogu recenzja.

cukier dzieci nie krzepi

Cukier czai się wszędzie

Tymczasem wciąż niewiele osób zdaje sobie sprawę, że cukier znajduje się w większości pokarmów. Nawet w owocach czy w warzywach. I jest go wystarczająco dużo w stosunku do naszych potrzeb, już nie trzeba dosładzać sobie życia.

A jednak rąbiemy i ciasteczka i ciasta, nieszczęsne drożdżówki i popijamy to napojami słodzonymi. O, choćby taką herbatą z czterema łyżeczkami cukru.

I tu wracam do początku tekstu – czyli do stosu słodyczy, który  został podarowany w dobrej wierze, no i coś z nim trzeba zrobić. Akurat konsumpcja niekoniecznie wchodzi w grę, bo grozi cukrzycą i rozstrojem żołądka.

Słodycze jako prezent?

Bo bardzo często musimy niespodziewanie kupić prezent. A nie chcemy przyjść „z pustymi rękami”. I kupujemy bombonierkę, paczkę czegoś słodkiego, czekoladę. I obdarowujemy solenizanta, który częstuje nas ciastem czy tortem, który i tak pewno będzie jadł kilka dni. Na imprezę przychodzi kilka innych osób, też część z nich przynosi słodycze. I klops. Kochany solenizant ma w domu składnicę kalorycznego cukru. Jak to później przejeść?

Można przyjąć strategię chomika. Nasza latorośl jest czasem spontanicznie obdarowywana przez sąsiadów słodyczami. Batonik, czekoladka. Był z tym problem, bo dziecko słusznie uważało, że otrzymana słodycz jest jego. Więc ma prawo ją zjeść. Tyle tylko, że taka zachomikowana w głębokiej szufladzie rzecz często miała termin przydatności do spożycia kończący się wiele miesięcy (nawet lat!) wstecz. I co? Ano awantura gotowa. I z miłej niespodzianki robiła się domowa awantura. Dobrze, że dziecko nie wyruszało na skargę do ofiarodawców.

To może dawać żetony?

I na koniec mam taki cudowny, genialny pomysł. Ponoć wręczanie pieniędzy jako podarków dzieciom, to nie jest gustowny pomysł. Otóż fajnie by było wprowadzić specjalne żetony kolekcjonerskie dla dzieci.

Na skalę całego kraju. Żetony mogyłby być realnym środkiem płatniczym w określonych, wybranych miejscach. Chcesz zrobić prezent dziecku? Daj mu taki żeton (albo dwa). I dziecko kupi co będzie chciało (zabawki czy inne artykuły szkolne) lub wsadzi ten żeton do specjalnego wyjątkowego klasera, cukier będzie nadal rósł na polach jako trzcina, buraki cukrowe czy jeszcze coś innego, zęby i żołądek dziecka ocaleją – same korzyści.

A słodycze? Może wy macie pomysły jak je zutylizować? 

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. sieczkarnia pisze:

    Bardzo potrzebuję detoksu od słodyczy, białego pieczywa, chipsów. Wiem doskonale, że mój organizm bardzo by mi za taki właśnie detoks podziękował. Jedynym chyba sposobem na detoks od słodyczy jest po prostu niekupowanie ich i tylko tyle.

  2. sieczkarnia pisze:

    Bardzo potrzebuję detoksu od słodyczy, białego pieczywa, chipsów. Wiem doskonale, że mój organizm bardzo by mi za taki właśnie detoks podziękował. Jedynym chyba sposobem na detoks od słodyczy jest po prostu niekupowanie ich i tylko tyle.

  3. Szymon | pomensku pisze:

    To naprawdę przeraża. Zeszłych świąt policzyłem znajomemu ile w ciągu dnia spożywa jego 3-letnia córka. Spisywałem wszystko co zjadła danego dnia, włącznie z najdrobniejszymi przekąskami typu batonik czy jogurt. Wyszło około 3500 kalorii. Ja, na ostrej masie, facet 185 wzrostu, spożywam mniej niż 3000 :)

  4. halmanowa pisze:

    Żetony, hmmm… bardzo ciekawe i pomysłowe rozwiązanie. Próbowałeś to opatentować? :) A jeśli chodzi o utylizację – ja codziennie „zbawiam” świat, utylizując tony słodyczy ze sklepów :D Utylizuję, utylizuję, a dupa rośnie! Ale czego się nie robi dla dobra ludzkości! :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.