Prezent Marzeń — strzelnica


Z respektem zerkam na stolik, na którym leży czeski pistolet maszynowy. Jest piękny w swoim mechanicznym uroku, w czerni, w tej dokładności, która za chwilę umożliwi precyzyjne posyłanie kolejnych kul w tarczę.

Przed chwilą ładowałem do magazynka naboje 9mm luger. Za chwilę pewnie ujmę uchwyt broni, odbezpieczę ją, rozkładaną kolbę oprę o ramię, czerwone kółeczko kolimatora najedzie na cel, a ja płynnym ruchem ściągnę spust, posyłając kolejne pociski w cel, za każdym zgięciem palca czując lekkie szarpnięcie broni.

Tak, to definitywnie prezent marzeń — dla mnie oraz dla syna. Prezent marzeń zawsze dobrze realizować wspólnie, radość wtedy jest podwójna.

Zaznaczę tylko, że jest to wpis dla osób, które lubią urządzenia precyzyjne miotające z lufy dym, huk i… ołów.

Strzelnica — mój pierwszy raz

Jako Bookworm od zawsze z upodobaniem pochłaniam książki wojenne. Od wszystkiego, co jest związane z II Wojną Światową czy to lotniczo, czy okrętowo, poprzez Kompanię Braci czy wszelkie książki, w których jest obecna broń palna.

Niestety, nigdy nie miałem jeszcze okazji strzelać z prawdziwej (niepneumatycznej) broni. Zawsze coś stawało na przeszkodzie i to do tego stopnia, że gdy kiedyś już byłem w budynku strzelnicy, to musiałem ją opuścić, bo… wyłączono prąd. Inna rzecz, że najbliższa dobrze wyposażona strzelnica znajduje się ode mnie godzinę jazdy samochodem i choć jest to żadna odległość dla tych, co chcą zrealizować swoje marzenie, to jednak ta godzina stanowiła skuteczną zaporę.

Może głównie dlatego, że gdy już bym pojawił się w takim miejscu, to chciałbym spróbować wszystkiego i w dużych ilościach, a jako człek pragmatyczny, nie lubię przemieniać budżetu domowego w dziurki w tarczach.

Aż do czasu, gdy otrzymałem Prezent Marzeń.

Prezent Marzeń

Idea Prezentu Marzeń jest tak urocza i sprytna w swej prostocie, że zredukowała moje obawy puszczenia z prochowym dymem budżetu domowego. Otrzymany voucher umożliwia pewien limitowany zakres strzelania, który można sobie co prawda rozszerzyć, ale przy pewnej dozie skupienia wystarczy na ten „pierwszy raz z bronią”.

Są tu różne pakiety do wykorzystania na strzelnicy, ja wybrałem „Strzelanie dla dwóch osób” (jest też opcja ekstremalna oraz rewolwerowa).

À propos pakietów, vouchery prezentowe są pięknie opakowane, są już choćby z wizualnego punktu widzenia wyjątkowym prezentem. Nasza kotka bardzo, bardzo doceniła vouchery i smycze, choć same opakowania jakby nie do końca zaspokoiło kocie potrzeby.

Sophie pragnie przekazać, że Prezent Marzeń pakowany jest w stanowczo zbyt małe opakowania.

Tak więc pewnego wesołego dnia udaliśmy się rodzinnie na gościnny teren chorzowskiej strzelnicy EMJot w celu powąchania prochu i podziurawienia kilku tarcz strzeleckich.

Jak jest na strzelnicy?

Jak jest na strzelnicy? Otóż jest GŁOŚNO, stąd pierwsze, w co zostaliśmy wyposażeni, to słuchawki ochronne. To na tyle ciekawy sprzęt, że umożliwia komunikację głosową, redukując jednocześnie huk wystrzałów do znośnego poziomu.

To, co na strzelnicy rzuca się nie tyle w oczy, ile w nos, to zapach. Nie jest to zapach napalmu o poranku, ale blisko — wystrzały generują nie tylko huk, ale też błysk i dym, ten ostatni bardzo, bardzo ładnie pachnie, z mojego punktu wąchania, rzecz jasna. Tam więc od wejścia inhalowaliśmy się miłym zapachem (i chrzęstem łusek).

Przed przybyciem przestudiowałem regulamin strzelnicy, aby być pewnym, że Junior będzie też mógł zakosztować w zgodzie z prawem przyjemności strzeleckiej. Mógł. Po wypełnieniu przeze mnie stosownych druczków, po wyrażeniu pisemnej zgody, po okazaniu dowodów tożsamości (również dziecka) i… po przepytaniu Juniora przez instruktora kim są ci dorośli, którzy z nim przybyli.

Zbrojownia oddzielona jest od strzelnicy drzwiami i bardzo groźnym napisem. Bardzo groźnym.

I tu pojawiło się znaczące pytanie: od czego zacząć naszą przygodę? Nie mieliśmy wielkich ambicji snajperskich, ot, chcieliśmy trochę postrzelać.

5,6mm, czyli .22LR

Na początek otrzymaliśmy stabilną broń — karabinek Brno z celownikiem optycznym zasilany z niewielkiego magazynka amunicją 5,6mm.

Z wielką przyjemnością zabraliśmy się za ładowanie metalowego magazynka niewielkimi nabojami.

Stanowczo prościej ładować naboje małymi palcami, te większe jakby oczekiwały większego kalibru.

Każdemu strzałowi towarzyszyło „pyknięcie”. Przy takim kalibrze broń nie kopie strzelca w ramię, z racji wagi karabinka (4kg) strzelanie odbywa się płynnie, bez odrzutu. Choć trzeba przyznać, że po wystrzeleniu kilkudziesięciu naboi ręka czuje wagę broni.

Odległość niewielka, optyka nie daje szans tarczy

Broń tego typu wymaga przeładowania po każdym strzale, są to cztery takty; żeby postrzelać, trzeba sobie trochę „pomachać”, wprowadzając kolejne naboje do komory.

Gdy już obaj podziurawiliśmy nasze tarcze na śmierć, przyszła pora na zmianę broni.

Scorpion Evo 9mm luger

Instruktor przyniósł nam nowe tarcze i kolejne czeskie cacko — tym razem był to pistolet maszynowy Scorpion Evo, zasilany nabojami 9mm luger, z celownikiem kolimatorowym.

Mechaniczne piękno z dyskretnymi złotymi „kosztownymi drobiazgami”

I tu dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa w strzelanie. Każde naciśnięcie spustu to strzał, aż do opróżnienia magazynka. Po każdym ściągnięciu spustu broń podskakiwała, a łuska była wyrzucana z dużą siłą na bok. Junior szybko (i całkiem celnie) przepuścił przez lufę swoją porcję amunicji, jak i część mojego „przydziału”, zostawiając mi tylko kilkanaście sztuk.

Temu panu już podziękujemy

Niemniej moja tarcza została również podziurawiona na śmierć!

Zastrzelony na śmierć

Bardzo trudno było odejść od stanowiska strzeleckiego, oddać broń i rozstać się z sympatycznym instruktorem.

Pożegnaliśmy się z uśmiechem, mówiąc: „do zobaczenia”, obaj dobrze wiedzieliśmy, że strzelanie nie może się nie spodobać i że wcześniej czy później powrócę na strzelnicę po raz kolejny wdychać zapach prochu i dziurkując kolejne tarcze.


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.