Wesołe jest życie emeryta


Na poranną rozgrzewkę, taka historyjka, „na przełamanie monopolu smogu”. Który właśnie przekroczył w Rybniku 2000% górnego poziomu I jest to stan literalnie zapierający dech. Bo wesołe jest życie. Również emeryta.

Rybnik smog pm10

Niech pan wezwie karetkę!

Kilka miesięcy temu opisywałem na Facebooku historyjkę, jak to wzywałem karetkę do człowieka leżącego na trawniku, pod blokiem. Osoba, która wstępnie się leżącym człowiekiem zajmowała, szybko się ulotniła (bo wiem pan, spieszę się do matki ale ten pan mówił, żeby wezwać pogotowie).

Nie wiem po czym to ta kobieta poznała, bo facet bełkotał w sobie znanym narzeczu, choć faktycznie niektóre okrzyki mogły przypominać słowo POBILI. Rzucał się intensywnie, więc miałem wybór – diecezjalny egzorcysta, albo pogotowie.
Z racji, iż był lekko pokrwawiony – zawezwałem pogotowie. Pani dyspozytorka pytała czy leżąca w trawie osoba nie jest pijana – cóż, alkoholu ja nie czułem, jak i sąsiad, który po chwili pojawił się i również próbował nawiązać kontakt z uziemionym i wyraźnie skrzywdzonym przez grawitację człowiekiem.

W każdym razie ratownicy przyjechali i po dwudziestominutowym postoju ostatecznie zabrali miłego choć lekko pokrwawionego staruszka na pogotowie.
Staruszka zapamiętałem, tak samo jak oddaloną o 20 metrów ławeczkę, pełną komentujących emerytów (tylko cholera braw brakowało za moją interwencję – albo gwizdów). Uprzedzę pytania – usta-usta nie robiłem, bo facet oddychał.
Swoją drogą zrozumiałem wtedy jak bardzo ogranicza się pole widzenia do obserwowanego obiektu. Bo i ławeczkę, i emerytów dojrzałem dopiero gdy przekazałem starszego pana w ręce wyrozumiałych ratowników.

 Wesołe jest życie emeryta

Emeryta spotkałem miesiąc temu, wiem już gdzie mieszka, tym razem pomagałem mu, wraz z inną miłosierną Samarytanką, wpełznąć do klatki schodowej. W której niestety poręcze są zamocowane na zbyt wysokim poziomie, bo w przypadku jego stanu upojenia, powinny być niczym szyny kolejowe. Z żelaznym uporem mogłyby go naprowadzać od baru, aż do gościnnego wnętrza klatki schodowej i na drzwi jego dziupli na parterze.

Wczoraj wracam z garażu i widzę, że znane mi indywiduum jest odprowadzane przez panią z psem. Kilka metrów przed wejściem do klatki schodowej gość tradycyjnie przyglebia no i wstać nie potrafi.

Taaak, zgadliście. Znowu mu pomagam wejść do klatki schodowej, rozmawiając z panią z psem, która – okazuje się – miłosiernie pomogła mu dojść do domu, bo pierwsze lądowanie miał jakieś 400m dalej, pod barem. Pierwszy raz ona i jej pies go widzą na oczy, ale jednak zdecydowała się pomóc. Wbrew woli psa, bo ten szalał na smyczy.

Zwierzęta nie lubią osób będących pod wpływem, tym się jednak różnią od ludzi, że ludzie czasem takich muszą tolerować. A pies, jak to pies. Ma paszczę, to szczeka. Ma zęby, to nimi kłapie. I warczy.

Nazajutrz, gdy szedłem po auto do garażu, mijałem wczorajszego miłośnika stanów alkoholowej upadłości, gdy raźnym krokiem zmierzał do matecznika, pewno zastosuje metodę klina klinem. I pewno wieczorem znowu ktoś go do domu odholuje.

Życie pisze kolejny akapit

Napisałem powyżej „znowu ktoś”. Tym „ktosiem” okazałem się dziś ja. Odprowadzałem wieczorem auto do garażu, na ostatnim zakręcie osiedlowej drogi reflektory samochodu omiotły ciemny, nieoświetlony latarnią kąt pod jednym z bloków. W którym leżał stos szmat. Szmat? Nie. To leżał wspomniany osobnik. Odprowadziłem spokojnie auto do garażu. Zdeponowałem zakupy po drodze u teściowej, poszliśmy te 50 metrów dalej zbierać z trawy tego amatora mocnych trunków. Który już nie bełkotał, całkiem zrozumiale pytał dokąd go prowadzimy. Obiecując, że „zaraz będzie rzigać”. Odprowadziliśmy go pod same drzwi mieszkania. Życzyliśmy dobrej nocy. Pytał jak ma nam dziękować. Nijak. Bo co można odpowiedzieć?

W nocy ma być mróz. Obok tego starszego człowieka przechodziły chwilkę przed nami grupki młodzieży. Przejeżdżały samochody. Nikt go nie zauważał. Ale co tam.

Wesołe jest życie emeryta, co nie?


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

21 komentarzy

  1. Bookworm pisze:

    Coraz bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że jednak sporo osób reaguje, wiele osób potrzebuje też pomocy. Patrz, każdy z nas gdzieś z czymś takim się zetknął.

  2. Bookworm pisze:

    Uśmiałem się z tej ostatniej przygody. Może powinien mieć kartkę „ja tylko śpię, nie budzić?” ;)
    A gdy jadę z juniorem to omijam wszystkie przygody drogowe, też ostatnio miałem takiego samobójcę, co koniecznie chciał się na stopa zabrać na środku drogi. Ale nie wyglądał na poszkodowanego przez życie, więc ominąłem ;)

  3. Bookworm pisze:

    Masz rację. Wszystko sprowadza się do ostatniego Twojego zdania – sumienie i wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka.

  4. Bookworm pisze:

    On ostatnio mnie prześladuje, każdego ranka, gdy idę do garażu, mijam go. Idzie i liczy jakieś moniaki, przeliczając je pewno na kieliszki. Wieczorem zygzakuje. Ma chłop zdrowie.

  5. Blogierka pisze:

    No ma facet zdrowie! ;)

  6. halmanowa pisze:

    Ja mam straszną awersję do pijanych osób, ale mimo wszystko widząc człowieka leżącego na chodniku czy trawie, przełamuję swoją niechęć i próbuję pomóc. Zazwyczaj. Jeśli jest ciemno, wokół nie ma nikogo, to raczej sama nie podchodzę. Próbuję znaleźć kogoś do pomocy. Nie przypominam sobie sytuacji, abym obojętnie minęła kogokolwiek wymagającego pomocy. To dla mnie nie do pomyślenia, nawet jeżeli to największy żul na dzielni…

    A dlaczego? Bo kiedyś mój mąż miał problemy z błędnikiem i nie mógł praktycznie się poruszać, a gdy to robił, zataczał się jak rasowy pijak. W szpitalu z ust lekarza jako pierwsze padło pytanie czy pił albo coś brał. Zaprzeczył. Powiedział, że w ogóle nie pije alkoholu. A lekarz i tak mu w karcie wpisał, że pije sporadycznie. Patrzyli na niego podejrzliwie. Dopiero jak się okazało, że ma perlaka w uchu, który zżera mu ucho środkowe (kosteczki słuchowe były niemal doszczętnie zniszczone), to uwierzyli, że nie ma to nic wspólnego z alkoholem.

    Innym razem znajomą ze stwardnieniem rozsianym wyzywali od pijaczek… Łatwo oceniać po pozorach, prawda? Od tamtych wydarzeń nie patrzę na objawy, ale na swoje sumienie, które gryzłoby mnie do końca życia, gdybym nie wyciągnęła ręki do drugiego człowieka.

  7. PigOut pisze:

    + 50 do karmy ;)

  8. Iza pisze:

    Ja tutaj nie widuję takich obrazków. Zapewne również dlatego, że nie mieszkamy w mieście. Ale miałam kiedyś taką przygodę, że gdy jechałam z dzieckiem samochodem, przed maskę wszedł mi starszy pan. Przede mną jechało kilka samochodów, on zatrzymywał każdy, ale wszyscy go wymijali. Padało. Byłam jedyną osobą, która uchyliła szybę i zapytała o co chodzi. Okazało się, że pan prosił o podwiezienie do sąsiedniej wioski. Chociaż śpieszyłam się w inne miejsce i wcale nie było to dla mnie tak bardzo po drodze, to zabrałam tego pana. Historia okazała się później dłuższa, skończyła się wzywaniem rodziny z telefonu tego pana i przyznam, że miejscami zastanawiałam się, czy było to roztropne, bo ja miałam dziecko w samochodzie, a tego pana w dziwne miejsca podwoziłam (wskazywane przez niego). I wolę nie myśleć, co by się mogło tam wydarzyć. No, ale ja już tak mam, że wydaje mi się, że nie można odwracać głowy. Zbyt dużo ludzi to robi. Ale dla odmiany mam inną historyjkę. Jechałam z mężem samochodem, w Polsce. Zatrzymaliśmy się na światłach na skrzyżowaniu i widzę, że pod drzewem leży mężczyzna. Już chciałam mężowi powiedzieć, że trzeba się zatrzymać, sprawdzić. Ale widzę, że siostra zakonna przejeżdża na rowerze, zatrzymała się (jako jedyna z mijających osób) i potrząsa facetem, zagaduje i nagle słyszymy faceta „ludzie, czego wy chcecie, nawet w spokoju wyspać się nie dadzą!”. Czyli jednak ktoś wcześniej już biedakiem się zainteresował. :)

    • Bookworm pisze:

      Uśmiałem się z tej ostatniej przygody. Może powinien mieć kartkę „ja tylko śpię, nie budzić?” ;)
      A gdy jadę z juniorem to omijam wszystkie przygody drogowe, też ostatnio miałem takiego samobójcę, co koniecznie chciał się na stopa zabrać na środku drogi. Ale nie wyglądał na poszkodowanego przez życie, więc ominąłem ;)

  9. Monika Dudzik pisze:

    Jakiś czas temu zdarzyło mi się wzywać pogotowie do starszego człowieka leżącego na chodniku. Ludzie przechodzili udając, że go nie widzą i jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by się zainteresować. Pan pijany nie był, niefortunnie upadł (nomen omen, dreptał do lekarza) i sobie głowę rozwalił. Nie wyglądał raczej na amatora trunków, nie widziałałm go już po tym zdarzeniu.

    • Bookworm pisze:

      Coraz bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że jednak sporo osób reaguje, wiele osób potrzebuje też pomocy. Patrz, każdy z nas gdzieś z czymś takim się zetknął.

  10. Bookworm pisze:

    Sam Twój komentarz to połowa dobrego tekstu na kolejny wpis :)

  11. Bookworm pisze:

    Właśnie o to chodzi, że gdzieś w życiu przychodzi moment, gdy człowiek dorośleje na tyle, że patrzy własnymi oczyma i ocenia przyczyny i skutki pewnych zdarzeń. I przewiduje. Łatwo się przechodzi obok, trudniej się podejmuje działanie i spotyka ze skutkami działań :(

  12. Mr. Kaffeino pisze:

    Miałem podobną historię. Kiedy ją opowiedziałem, okazało się, że kolesia wczoraj inna ekipa holowała do domu. I jak to młodzież mówi „mieli ze mnie bekę” a ja do dziś naiwny się dziwię – dlaczego? Przecież było zimno? Któregoś dnia by zamarzł i śmiechu by nie było.

    • Bookworm pisze:

      Właśnie o to chodzi, że gdzieś w życiu przychodzi moment, gdy człowiek dorośleje na tyle, że patrzy własnymi oczyma i ocenia przyczyny i skutki pewnych zdarzeń. I przewiduje. Łatwo się przechodzi obok, trudniej się podejmuje działanie i spotyka ze skutkami działań :(

  13. Szymon | pomensku pisze:

    Jakiś czas temu, idąc na siłownię, spotkałem podobną personę, z tym, że w wieku znacznie przedemerytalnym. Jegomość leżał na boku, krwawił obficie i do czasu przyjazdu karetki towarzyszyliśmy mu z dwiema uroczymi paniami w średnim wieku.

    Na drugi dzień, dziełem przypadku, spotkałem go w dokładnie tym samym miejscu. Mimo iż kac męczył okrutnie, co było wypisane w jego oczach, powoli łapał kontakt z otoczeniem. Spojrzałem na niego i mówię (wszak wieleśmy razem przeżyli, nie?):
    – Nieźle żeś tej krwi spuścił, nie? – tutaj wskazuję na zaschniętą plamę krwi wielkości dywanika.
    – Noo, nieźle się pierdolłem! – odpowiada wyraźnie uradowany.
    – A pomyśl ile w niej było jeszcze alkoholu!
    – Ojojojoj, no tak…

    Takiego smutku nie widziałem dawno :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.