Zawsze traktowałem pomysł Andrzeja Tucholskiego z Share Weekiem jako dobrą zabawę blogerów. Fajna idea – blogerzy nominują blogerów – nie trzeba wysyłać SMSów, kupować chińskich „lubisiów” na portalach społecznościowych czy „żebrolajków” we wszystkich możliwych miejscach i od wszystkich znajomych-nieznajomych. I brałem udział w zabawie w roku 2015 i 2016 też. Bo to duża przyjemność polecać fajne miejsca w sieci. Ale takie rzeczywiście fajne, a nie tak jak to często poleca się znajomym kafelkarza. Zgodnie z polską zasadą: dlaczego tylko ja mam mieć tak spapraną łazienkę, a oni nie, nieprawdaż?

Korelacja i zła karma

W tym roku z animuszem (i pewnymi izotonikami na bazie chmielu) przystąpiłem do dzieła, sprawnie wytypowałem moją listę nominatów. Tak po prawdzie miałem ją gotową od dawna. Dumny byłem, jak nie przymierzając Mojżesz, jeszcze przed stłuczeniem trzeciej tablicy z przykazaniami. Gdy radośnie wklepywałem przygotowany tekst doznałem niestety olśnienia na skutek pewnej retrospekcji. Przypomniał mi się zaskakujący splot zdarzeń, z bardzo ponurym zakończeniem. Dotarła do mnie bardzo ponura prawda. Wyciągnąłem z kieszeni kalkulator, wprowadziłem dane, obliczyłem współczynnik korelacji.

współczynnik korelacji

Cholera. To jednak jest prawda, to jednak jest moja wina!

Bo jeden z blogów nominowanych przeze mnie zniknął z blogosfery

Blog SavonaCrumbs of Boredom chwaliłem u mnie na blogu średnio raz na tydzień. Stąd naturalnym dla mnie było polecenie go w ramach jednego z oprzednich Share weeków. I co się stało? Pewnego dnia, zamiast cotygodniowego przeglądu różności, zastałem w internecie czarną dziurę, w miejscu w którym zazwyczaj był jego blog! Krater jeszcze dymił, widać było resztki co lepszych wpisów, pourywane zdania, rozrzucone przecinki. Koniec.

Mało tego, Savon prowadził w internecie miejsce zwane „Rozbudzacze”, w którym składał hołdy pięknu kobiecego ciała. To urocze miejsce pełne nieprzysłoniętym zbędnymi materiałami kobiecych atutów też zniknęło, pozostawiając w bólu i w żalu ścisłe grono koneserów, którzy w tym jednym okrutnym mgnieniu oka blogosfery, stracili gigabajty inspiracji i marzeń.

Niemcy twierdzą, że „einmal ist keinmal”. Czyli że jedna wojna światowa to zbyt mało, żeby móc być oskarżanym o próbę zdemolowania cywilizowanego świata. Zrobili więc drugą, dowodząc chwilowej wyższości niemieckiej pancernej motoryzacji nad włoską.

Z moimi nominacjami (podpisanymi wyrokami na złą blogową karmę) było podobnie. Nominowałem również Marka z bloga Droga do Tokio. I co się stało? Ano koniec świata. W tym roku został wylosowany do udziału w kolejnym, niesłychanie prestiżowym maratonie – w Nowym Jorku. I co on biedak pocznie? I wcale nie chodzi o przebiegnięcie przez niego tych oklepanych 42 km i 195metrów.  Wcale nie chodzi o koszt przelotu czy pytania o wizę. Chodzi o bloga. Czy zmieni jego nazwę? (Droga do NY?). Założy nowy? Co on biedny sam w tej Ameryce zrobi, szczególnie gdy okaże się, że na trasie powyprzedzał niepolitycznie bardzo iluś Afroamerykanów wyznania islamskiego? Mea culpa – wybacz mi bracie… Jak i pewno Allah mi kiedyś to wybaczy.

Ale jakby tego było mało, zamilkł inny blog prowadzony przez znanego podróżnika i blogera – Nagato. Ubóstwiałem relacje Nagato z podróży po Japonii, jego perfekcyjne filmy z całego świata – gdy obecni blogerzy jeszcze uczyli się raczkować  – on już robił więcej pompek na środkowym palcu, niż Chuck Norris zrobił kiedykolwiek na obu dłoniach.

I Savona i Nagato spotkałem w zeszłym roku w Poznaniu. W nocy czasem mi się śnią ich spojrzenia pełne wyrzutu… A wszystko przez Share week i moje nominacje. W tym roku więc postanowiłem ocalić blogosferę i nie nominować nikogo. Prawie nikogo…

To te blogi ocaliłem!

Znacie to miłe uczucie, gdy podkładacie komuś nogę, kto zamierza się moherkiem pranym w wodzie święconej w Licheniu, w kierunku zaczytanego miłośnika Gazety Wyborczej. Albo gdy dociskacie głębiej gwóźdź orzący lakier Maybacha proboszcza właściwego dla waszego toruńskiego miejsca zamieszkania. Lub gdy ratujecie zdrowie znanemu politykowi, odłączając klemy iskrownika z elektrod wbitych pod paznokcie?

Poniżej lista blogerek i blogerów, które uratowałem. Bo ich (tym razem) nie nominowałem, nie niszcząc ich uniwersum. Jak to mówi junior:

Nie musicie mi dziękować!

Ewa z Przygody Yvette i Artur z Powoli po prostu. Biegające małżeństwo. Tak sympatyczni, tak wiarygodni w swoich pasjach, tak porywający w swoich przykładach. Dzięki Ewie poznałem scrapbooking. Tak tyci, ciut. I spodobało mi się. Dzięki Arturowi znam przepis na magiczne cantucci, które niejeden raz przywróciło domową równowagę swym niezrównanym migdałowym smakiem. Nie kochani, nie zrobię Wam tego – biegajcie, róbcie dobre uczynki, twórzcie piękno – miecz „szerłika” Was nie dotknie.

Agnieszka czyli Blogierka – co prawda ostatnio zapomnieli o niej szejkowie arabscy i nie kuszą jej zdjęciami w 3D ich rasowych wielbłądów, ale ja tam pilnie czytam kolejne odcinki telenoweli o Krystynie i Stefanie. Boję się tylko, kiedy któreś z nich zginie w kartonach, wtedy pozostanie mi już tylko czytanie fanpage Blogierki. Ale może to i lepiej, bo tam nie ma serialowych dekoracji a bywają zdecydowane ostre dyskusje i to co lubię najbardziej – krytyczne spojrzenie na codzienność.

Anna „Nieidealna” – matka dwóch córek, żona swojego męża i niestrudzona  w rzucaniu kawy na ławę albo prawdy prosto w oczy. Jej dojo domena to judo parenting – normalnie to bez mrugnięcia okiem bym rzucił ją (Ippon Seoi Nage!) na pastwę „szerłików”, bo parenting to nie mój ulubiony temat ale… No właśnie. Ona tak dobrze i mądrze (całkiem jak na Nieidealną blisko ideału) pisze, że jej zniknięcie z blogosfery wywołałoby trzęsienie ziemi w tylu miejscach kupujących jej unikalne teksty (i tych, które bezprawnie jej teksty kopiują)… Że stchórzyłem. Tym razem Aniu ocalejesz.

Barbara z Pociągu do życia. Jej teksty są tak pełne pogody ducha i życzliwości dla ludzi, że działają terapeutycznie nawet na moje napady złośliwości stosowanej. Gdyby zgraję rosyjskich trolli internetowych, takich zahartowanych w bojach z lewicowymi lemingami, napuścić na blog Basi, po godzince czytania by żwawo z nią dyskutowali o czasie trzymania kajzerek w piekarniku i tym czy warto biegać w zimie, czy mądrzej jest zjeżdżać na sankach.

Monika z Mojej Sztukoteki. Tak, tu się zawahałem. Bo Monika ma tak dobry warsztat pisarski i pisze tak zajmująco o tematach, na których się nie znam zupełnie, że powinienem ją z czystej zawiści „zaszerłikować” i mieć spokój z zastanawianiem się: „jak do cholery ona to robi”. Ale potem przyszło otrzeźwienie. Jeśli nie ona, to kto będzie starannie odmierzonymi porcjami dawkował mi wiedzę o zapachach, kształtach z masy solnej, o serialach i potrawach? I kotach? Zmiękło mi serce. Kolejna ocalona!

Od razu wtedy pomyślałem o Witku. Który jest Zdolny ale leniwy. Mistrz krótkiej formy tekstowej. Ale jest podstępny niczym Mort w Pingwinach z Madagaskaru. Po przeczytaniu jego tekstu zawsze mam dłuższe chwile przemyśleń. W moim wieku to jest niebezpieczne, takie aktywowanie organów nieużywanych.  Więc może na niego rzucić klątwę „szerłika”? Nie. Bo jeśli przeze mnie rzuci blogowanie, to moje szare komórki umrą w zapomnieniu. Nieużywane. Zresztą, to biegacz. Braterstwo zobowiązuje, nie mogę mu zrobić tego, co spotkało Marka z Drogi do Tokio.

A potem lista zaczęła się zatrważająco kurczyć. Dola z Podróży na Księżyc wreszcie znalazła w sobie pokłady optymizmu – to jakże ją dołować „szerłikiem”? Justek z Justekmakemesmile coś podejrzanie ostatnio stroni od bloga, cosik chyba knuje, to nie będę jej planów burzył moją nominacją – zobaczę co wyniknie z tego czekania. Teresa z blogu „O w morelę” może wreszcie reaktywuje cykl moich ulubionych Meneli. Doczekać się nie mogę – ale ta moja nadzieja tym razem ją ocaliła przed brylowaniem na salonach, wraz z Andrzejem Tucholskim. Podobny fart z Moniką Halmanową, której blog jest powiewem świeżości, optymizmu i rozświetla blogosferę. I tu się znalazłem w kropce prawdę pisząc. Ale nie poddałem się! Gwardia umiera (ale płaci podatki)!

Wiem! Powinienem nominować wg szowinistycznego klucza męskiego! Bo wtedy taki Marcin z Komary rypią, przejdźmy do środka nie dokończy nigdy Kroniki Długosza czyli jedynej i odkłamanej historii Polski, za którą (wiem to z dobrego źródła!) zyskałby dozgonny „szacun blogosfery i MENu”. Tyle tylko, że ja wiem, że on wie, że ja się boję wspomnianego na początku tekstu Nagato. A znają się skubańcy i kiedyś dowiem się (niech żyją iskrowniki i klemy!) wszystkiego na temat ich ukrytych powiązań i grupy trzymającej władzę.

No i tak oto, dowiodłem wam, że miewam pewne ludzkie odruchy, dzięki którym pewno wkrótce Marvel dopisze kolejne kadry komiksu z Bookwormem ratującym świat w roli głównej, a jeśli nie, to pewno dostanę jakieś biskupstwo czy choć wzmiankę w toruńskim radiu od wdzięcznego kleru (santo subito!).

Nominuję!

Przechodzę wreszcie do meritum. Postanowiłem ostatecznie poczuć ten miły każdemu psychopacie dreszczyk, gdy kolejni konkurenci do tytułu „sadysta roku”, przypadkowo giną pod gąsienicami ratraka, podczas rajskiego wypadu na Kajmany. I zniszczę nominacjami nie jeden i nie dwa, ale aż trzy fajne blogi, nominując je do Share week 2017.

Skazuję je niniejszym na sławę i na te wszystkie konsekwencje przewidziane dla tego typu wyróżnionych i nagradzanych przypadków. Tak więc nominacje „szerłikowe” goes to …

Dizajnuch

Tak kochani. Przy lekturze każdego z jego tekstów łzy bezsilności rwą po moich policzkach, niczym tajska rzeka w porze deszczowej. Gdzie on się tak nauczył pisać! Pisze i o książkach, i o kobietach, i o podróżach. Nawet o klientach! To mój ulubiony cykl, tak nawiasem pisząc. Rzucić Jacka w „szerłiki” to tak jak zaprosić rekina do basenu sejmowego pełnego okrąglutkich, wypasionych państwową mamoną polityków. „Ryba w wodzie” nabierze nowego, bardzo krwistego ale jakże zajmującego dla widzów znaczenia. Tak, niech tak będzie, Dizajnuch nominowany za cholernie dobre pióro. Niech idzie w… zaszczyty, będzie więcej miejsca w blogosferze o tu, bliżej dna,  dla takich tłuściutkich glonojadów jak ja! (Fajny kolorek mu dobrałem, tak nawiasem pisząc, prawda?).

PigOut

Logo bloga pigout.plTylko nie piszcie, że go nie znacie. Chuck Norris blogowania. Skąd on się cholera w tej blogosferze wziął? Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że on jest alter ego Dizajnucha? Taki Dr Jekyll i Mr Hyde. Kwadrans po nieparzystej, w każdy piątek rzucają monetą i komu stanie moneta pionowo (moneta, nie coś innego!), ten pisze kolejny świetny tekst. Odkrywam również i te starsze teksty Pigouta, ryję w nich za przeproszeniem, jak katowicka straż miejska w popielnikach tych, co spalają w piecach myśli wybrane prezesów wiodących partii, i wykopuję za każdym razem coraz to nowe, trzymające poziom blogowe perełki.
A przy tym Pigout jest kimś takim, że gdybym musiał kiedyś dać komuś do potrzymania otwarte piwo, żeby szwagrowi pokazać jak się klaszcze piętami, stojąc na lewej ręce i rzucając do wygłodniałych kocich paszcz chrupkami – to Pigoutowi bym bez wahania to piwo powierzył. Niech nawet cholera je wypije, niech mu będzie na zdrowie. Tak jak i moja nominacja (jaki kolorek mógłby mu bardziej pasować, no jaki?).

Zaniczka

Nie tak dawno do mojej skrzynki blogowej wpadła anonimowa petycja, żebym wreszcie przestał polecać na blogu jej teksty i koty.

Petycja Zaniczka

Rozbawiło mnie to żądanie, ale nie kochani. Śmiechy śmiechami, ta nominacja jest bardzo poważna.

Logo blog Zaniczka.plRenata swoimi tekstami rozbudza w ludziach wrażliwość na drugiego człowieka. Rzuca kładkę pomiędzy światem osób niepełnosprawnych a światem osób nieświadomych. Ten most pozwala osobom wrażliwym przejść ponad murem wygodnej obojętności, ponad kanionem codziennej bezmyślności i braku empatii. Tylko ja wiem ile skorzystałem na jej blogowaniu. Wiem, że to co robi, jest unikalne i dlatego ją polecam do Share Weeku 2017. Niech jej uśmiech jest dalej tak zaraźliwy (a jej koty dalej latają z łysymi kuprami, ku uciesze gawiedzi).


Tak kochani wyglądają moje nominacje. Ocaliłem wiele blogów, te trzy w bezkompromisowy sposób poświęciłem na ołtarzu sławy i postawiłem w blasku reflektorów social mediów. Sam pozostanę w cieniu, u stóp pomników, bo tak między nami, bieganie na wysokościach jest dużo bardziej męczące, niż po płaskich, słabiej oświetlonych i zdecydowanie bardziej bagnistych biegowych ścieżkach.