Bieganie, Opowieści pogodne

Alfabet maratońskiej wyprawy do Wenecji


A oto wesołe podsumowanie naszej przygody maratońskiej, w formie alfabetu.

Całą historię możecie znaleźć klikając w to wspaniałe włoskie miasto: WENECJA . Przygotowania jak i trzy części relacji. To one wprowadzą Was w to, co się działo przed moim pierwszym maratońskim startem – jak i tym, co przeżywał Tomasz. Gotowi?


 A 

Aura. Pojęcie przed biegiem kojarzące się mgr. inż Aniołowi z niewidzialnym polem energetycznym. Po biegu wie już, że może to być również zjawisko bardzo niemiłe, odczuwane przez Bookworma, gdy tenże ma globusa (tak staropolska arystokracja nazywała migrenę).

Azzurro. Błękity, lazurowy, niebieski. Kolor Włoch. Można go zobaczyć na niebie, bądź posłuchać. Nam ten błękit towarzyszył całą przedstartową sobotę, pozwalając delektować się cudowną Wenecją oraz nadmorską plażą w Lido.

 B 

Bavaria Beer. Procentowy izotoniczny napój wspomagający regenerację po biegu, zapodany w pakiecie startowym przez organizatorów. Świetny, zwłaszcza w połączeniu z opisanym pod literą „K” środkiem znieczulającym.

20161031_223402

 C 

Certificat Medical. Wymagane przez organizatorów (na mocy włoskich przepisów – dotyczy biegów dłuższych niż 15km) zaświadczenie o stanie zdrowia biegacza, podpisane przez lekarza, dopuszczające do startu w maratonie. cert

Przez kilka miesięcy był to obiekt marzeń Bookworma astmatyka, który bezskutecznie starał się osiągnąć odpowiednie wskaźniki spirometryczne. Z zaświadczeń zwolnieni są biegacze posiadający licencję lekkoatletyczną. I mgr inż. Anioł – z wiadomych względów.

Ciastka. Obowiązkowy element dalszych wypraw biegowych, oczywiście w wersji owsianej, na miodzie, z orzechami z własnej działki.

Ciastka owsiane

Czajnik. To takie sprytne urządzenie AGD, które za pomocą grzałki gotuje wodę. Czajnik był (z honorami) wieziony z Polski aż do Mestre (jedyne 1000km). Mieliśmy przeczucie, że Włosi herbaty nie używają. Było to słuszne przeczucie, czajnik bardzo się przydał. Podobnie jak przedłużacz. Ale ten drugi jest na „P”.

 D 

Drzewo. Obowiązkowe wyposażenie maratonu, za linią mety, w najbliższym parku. W końcu gdzieś, pod czymś wypadałoby się położyć i udawać zmęczonego, nieprawdaż?

 E 

Endorfiny. Skrótowiec od „endogenne morfiny” – grupa hormonów peptydowych, które wywołują dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie oraz generalnie wywołują wszelkie inne stany euforyczne (tzw. hormony szczęścia). Tłumią odczuwanie drętwienia i bólu. Są endogennymi opioidami. Przypuszcza się, że przedłużony intensywny wysiłek powoduje wzmożone wydzielanie endorfin, objawiające się euforią biegacza.”  Tako rzecze definicja. Etam „przypuszcza” się! My to wiemy! (Choć Bookworm zawsze stwierdza, że on jest przypadkiem wybitnie opóźnionym co do endorfin, ale uśmiech na jego twarzy, po ukończeniu biegu, świadczy o czymś wręcz przeciwnym!).

 F 

Filmy. Mgr inż. Anioł stał się prawdziwym mistrzem w tej domenie, kto wie, może i maraton w Wenecji doczeka się swojej wersji filmowej, podobnie jak wiślańska „Górska przygoda” oraz bieg 1/2 Sky Marathon Babia Góra?

Folia metalizowana. Służy do akumulacji ciepła, po rozgrzewce biegacza, izoluje takowego od niesprzyjających warunków atmosferycznych. Gorzej, gdy bieg jest w nocy. Może również służyć jako okrycie wierzchnie „proroka” – jak na fotce poniżej. Dwóch kapłanów „biegactwa”. Za linią mety dostaliśmy śmieszniejszą „owijkę” – jak z kwiaciarni do przystrojenia kwiatów. Przypuszczamy, iż to z racji przebywania przez nas obecnie w kwiecie wieku.

to-my

 G 

Gąbka. Występuje w odmianie naturalnej podwodnej, jako łazienkowa, tudzież jako Baltazar lub Spongebob. Może być jednak używana również przez biegaczy jako chłodzony wodą radiator, w sytuacji przegrzewającego się procesora podczas biegu maratońskiego. Bookworm gąbki używał, mgr inż. Anioł nie. Wam pozostawiamy do oceny czy pierwszy tak dużo po drodze myślał i czy ten drugi nie musiał, bo miał wszystko lepiej zaplanowane?

sponge

 H 

Hymoving. Preparat dostarczony przez organizatorów w pakiecie startowym. Legalny doping dodający energii mięśniom, w który trudno uwierzyć. Czy starczy nam odwagi by użyć go w jednych z kolejnych zawodów ?

 I 

Italia. Bella Italia, Forza Italia i w ogóle! Wspaniały kraj, pełen spontanicznych i serdecznych ludzi, znających się na kuchni. Bookworm odwiedził to miejsce po raz pierwszy podczas weneckiego maratonu i odgraża się, że wróci! (Ach biedni ci Włosi i Włoszki…).

 J 

Jajecznica. Autorstwa mgr. inż Anioła. Jedno jajko, drugie jajko, trzecie… I tak dalej. Wcześniej cebulka i pomidory. Na końcu zgrzyt zębów o patelnię – nie ma, skończyło się jedzonko, zbyt szybko i zbyt niespodziewane.

 K 

Kamień. Historia oczywiście trudna do uwierzenia. Bo Tomek wcisnął tak sprytnie w podeszwę buta spory kamień, że ten skomplikowany układ Tomasz-but-kamień wytrwali wespół w zespół, stukając donośnie, przez wszystkie 42.195m maratonu. On oczywiście twierdzi, że to przypadkowo i niczego o tym nie wiedział. Ale sami powiedzcie czy to jest możliwe?

Ketonal. A nawet forte. Środek wspomagający upór, przeciwdziałający depresji u tych, którzy stojąc na starcie obawiają się, że nie wystartują. Stosujący nie polecają innym, chyba, że na własną odpowiedzialność.

Kibic. W celu zapewnienia legalnego dopingu najlepiej przywieźć własnego kibica. My tak uczyniliśmy, dzięki czemu na 26 km mieliśmy najmocniejszy doping z wszystkich biegnących Polaków, do tego w języku polskim, w łopocie flag oraz w błysku flesza.

20161023_103812

Klimatyzacja. Nasz apartament w Mestre był wyposażony w klimatyzację. Wieczorny chłód był dojmujący do momentu, w którym mgr inż. Anioł odkrył, że klima może też grzać. I grzała!

Komarzyca. Pierwsza i jedyna ofiara maratonu. Zginęła podczas próby wyssania krwi jednemu z nas. W jaki sposób? A Karate Kid oglądaliście? Mniej więcej tak to było.

 L 

Lido di Jesolo. Niespodziewana i spontaniczna wyprawa do tej nadmorskiej miejscowości skutkująca spacerami po plaży, zbieraniem muszli, pływaniem w morzu przez co drugiego z dwóch maratończyków oraz zakończona pysznymi włoskimi lodami.

venice14

 M 

Marroni. Pod tą nazwą sprzedawano na weneckich ulicach gorące pieczone kasztany, które okazały się świetną przekąską po biegu. Niestety sprzedawca nie bardzo kojarzył pytanie o „J23” oraz o Zuzannę. A Wy?

marroni

Most pontonowy. Zbudowany w Wenecji, specjalnie dla biegaczy takich jak my – w wigilię maratonu.

most

Muppety. Wszelkie podobieństwo do nas – przypadkowe. Muppety odnaleźliśmy w oknie wystawowym Grazu. Jeśli dotrwamy emerytury, to tak właśnie sobie będziemy przy kawce siedzieć i wspominać czasy, gdy biegaliśmy maratony. W Wenecji!

 N 

Narkotyki. Zdaniem właściciela apartamentu w Mestre w mieście królują dealerzy, którzy są łapani przez policję i wypuszczani po zrobieniu im fotek (pewno na specjalnej ściance). Nie wierzyliśmy, aż nie ujrzeliśmy pana wdychającego coś nosem przez rurkę z papierka. Pan na nasz widok oddalił się z wyraźnym przestrachem. Serio!

Numer startowy. Zawierał wszystkie niezbędne informacje – imię delikwenta, jego strefę startową, narodowość a nawet numer ciężarówki transferującej dobytek ze startu na linię mety. Oraz chip, dzięki któremu można było śledzić nasze postępy na trasie w czasie rzeczywistym. Tego jednak dokonał tylko niezawodny Andrzej, dzięki któremu poznałem za linią mety swój czas netto.

numer startowy bib Venice Marathon

 O 

Odciski po biegu – brak. Aż trudno w to uwierzyć, ale obaj tak dobraliśmy obuwie i skarpetki, że stopy nie wymagały pobiegowej naprawy. Choć w okolicach 30 km był taki punkt sponsorowany przez firmę produkującą plastry na odciski.

Orkiestra dęta. Zespół muzyczny składający się z członków dmących-niebiegających, mający jako cel wlanie otuchy w serca maratończyków. Obowiązkowym wyposażeniem orkiestrantów są uniformy i piórka lub wręcz pióropusze. Pod spodem w wersji weneckiej i śląskiej.

orkiestrydwie

 P 

Pizza. Zawsze zgodnie z zasadą – jeden maraton, jedna pizza. Wobec tego zjedliśmy jedną przed i jedną po maratonie.

prawdziwa włoska pizza

Planowanie. Domena mgr. inż. Anioła, w której ten piekielnik (?) jest nieziemsko (!) dobry. Zaplanował wyjazd z Polski na godzinę 6.00 i przyjazd na godzinę 16.00. Trasę 1000km pokonaliśmy wzorcowo i bez zbędnego pośpiechu (z niezbędnymi przerwami na tankowanie, kawę, zakup winiet i na obiad. Zaparkowaliśmy na ulicy pod apartamentem o godzinie 16.00. Klucze odebraliśmy o godzinie 16.03.

Prześcieradła. Dwa na każdego śpiącego. Z pierwszym to nie problem, bo leżało grzecznie na materacu. Ale drugie – pełniące formę poszwy – próbowało jednego z nas w nocy udusić. Francuzów ponoć uczymy jeść widelcem, Anglikom montujemy zbiorcze krany – Włochów więc nauczymy czym jest poszwa na kołdrę.

 R 

Relacja. Zjawisko występujące po biegu u maratończyków blogujących. Wspomaga pamięć, wyostrza zmysły, pozwala jeszcze raz przeżyć przygodę, której dotyczy.

Rowery. Jeden stał w Mestre, drugi w Grazu. Obie wersje zrobiły na mnie takie wrażenie, że musiałem im zrobić zdjęcie. Ale bardziej intrygujący jest ten z Mestre.

 S 

Spaghetti. Również autorstwa niezawodnego Anioła. Skład skomponowany z wirtuozerią mistrza patelni. Niebo w gębie i byt leżący na talerzu przez kilka milisekund. Zdjęć brak, bo tu była walka o każdą, pojedynczą nitkę makaronu. Nie było czasu na fotki.

Start. To takie miejsce, w którym każdy bieg się zaczyna. Po odśpiewaniu hymnu włoskiego.

Szafa. Podczas nocnej wędrówki w mrokach apartamentu – w miejsce, gdzie nawet król chodzi piechotą – mgr. inż Anioł napotkał na swej drodze przeszkodę, z którą stoczył krótką i cichą walkę. Dopiero pytanie zadane przez Pawła : „Dlaczego próbujesz wejść do szafy?” rozwiązało problem, wyjaśniając, że właściwe drzwi są nieopodal.

Sztuka. Słoneczna Italia to ponoć kolebka sztuki i kultury. Za każdym rogiem atakowały nas jeśli nie rzymskie wille patrycjuszy, to renesansowe pozostałości instalacji wod-kan (ichniejsze toi-toie). Ale były też rzeźby współczesne, ze znanego i lubianego cyklu: „ja nie dam rady grilla unieść stopami stojąc do góry nogami? Szwagier, weź potrzymaj mi piwo, zaraz pokażę!”

sztuka

 Ś 

Ścianka. Turyści wychodząc w góry wpisują się w księdze wyjść schroniska. Maratończycy zostawiają po sobie ślad na ściance. By w razie czego było wiadomo gdzie ich szukać.

20161021_180731

Świętego Marka Plac. Czy to miejsce w Wenecji już na zawsze pozostanie tym, z którego będziemy chcieli jak najszybciej uciekać?

 T 

Trofea. Zastępują poroża łosia lub jelenia, tudzież wypchany łeb dzika. Zajmują mniej miejsca niż wspomniane wyżej zdobycze. Nie powodują irytacji wśród obrońców przyrody. Na fotografii wersja maratońska mgr. inż. Anioła.

20161031_230518

 U 

Upór. Niezbędna część maratończyka. Potrzebny tak samo jak nogi. Bez niego nie uda się przekonać samego siebie, że czasem trzeba zrobić coś mimo wszystko i akurat wtedy, gdy wydaje się, że właśnie tego robić nie należy.

 V 

Vaporetto czyli tramwaj wodny w Wenecji. Mieliśmy nim płynąć, niestety względy ekonomiczne (cena 7,5E) przeważyły i miasto zwiedziliśmy tradycyjnie – pieszo.

vaporetto

 W 

Walka. O coś, lub z czymś. O wynik, o miejsce, o satysfakcję. Z własną słabością, z bólem, ze współzawodnikami. Nabiera kolorytu wraz z kolejnymi przebiegniętymi kilometrami.

Woda. Podawana w dowolnych ilościach w niewielkich buteleczkach. Rozwiązanie idealne i warte naśladowania.

 Z 

Zdjęcia. Na trasie zajęła się nimi profesjonalna firma – maratonphoto.com.  Niestety koszt pakietu zdjęć to 50E. Obeszliśmy się smakiem. Możemy oczywiście korzystać z wersji opisanej „marathonFOTO”, ale jak toto wygląda, no jak?

marathonfoto

 Ż 

Żele. A nawet „hydrożele” czyli takie saszetki z 67ml tego, co biegaczowi w biegu potrzebne. Podczas maratonu Bookworm wypił cztery nabierając awersji do pokarmów w płynie. Dlatego z tym punktem tak bardzo łączy się litera „P” jak „pizza”!


 

6 Comments

  1. Ż jak żal że alfabet taki krótki, bo podejrzewam, że pomysłów w Waszych głowach byłoby na kolejny. Tak głowa pełna pomysłów to chyba uboczny skutek biegania. :) Ps. Poluję na kasztany, znaczy takie jadalne. Już nawet wiem gdzie są. Najlepsze kasztany są na placu…Wilsona w Warszawie. :) To znaczy były. Jesienią. Bo wtedy Zuzanna lubi je najbardziej. Chyba tam muszę pojechać, może przyśle jeszcze jedną partię? :)

    • Dzwoń od razu do Z jak Zuzanny! Ona musi znać dobre źródło, w końcu jeszcze jesień… Pora, gdy lubi je najbardziej…

  2. Fajnie to sobie wymyśliłeś, ja bym się skusiła na kasztanki jednak..nigdy nie jadłam. Muppety, sztuka, pia moje kliamty :P

  3. Te ostatnie zdjęcie…:DDD Alfabet świetny – co dwie głowy, to nie jedna, i proszę jakie efekty od razu wychodzą;) Ja też się odgrażam, że wrócę do Włoch. W zasadzie to bym tam mieszkać mogła.

    • mgr inż. Anioł

      Dla mnie też to jeden z ulubionych krajów :) fajni ludzie i świetne jedzenie :)

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén