Są takie miejsca na świecie, przy których Mordor jawi się słoneczną, rajską polaną, po której spacerują pod rękę obiecane przez proroka hurysy z czipendejlsami – obiecanymi przez jakiegoś innego, nowocześniejszego boga.

W takim okropnym, pełnym grozy miejscu, czyli w poczekalni u weterynarza, spotkałem wczoraj po raz pierwszy psa marki Chihuahua [czyt. cziłała].  I tak jak nie przepadam za małymi pieseczkami, tak ten wzbudził mój podziw.

Są tacy, którzy pewno wysuną zarzut, że jako starszy czyściciel kocich kuwet i niezawodny dostawca kocich chrupek nie powinienem poruszać psich tematów, ale mam nadzieję, że poniższy tekst ich udobrucha.

Wizyta u weterynarza

Kto nie posiada w domu zwierząt, ten nie wie jak ekstremalnym przeżyciem dla naszych futrzaków jest taka wizyta. Do takowej należy się więc dobrze przygotować (naszego pupila również).

Przygotowania

Obserwacja naszych domowych kotów dowodzi, że koty instynktownie przeczuwają, że coś w powietrzu wisi i wypadałoby się ukryć pod łóżkiem, lub zniknąć za szafą, w imię uniknięcia wizyty.

Dlatego dobrze wiemy, że wyprawa musi być wcześniej przygotowana, kota trzeba przechytrzyć a wszelkie niezbędne rekwizyty (książeczka zdrowia, kocyk, transporter) przygotować wcześniej.

Więc gdy przynoszę ze strychu transporterek, to już zazwyczaj na ucieczkę kota jest zbyt późno – drzwi do pokojów pozamykane, a my z błyskiem desperacji w oku zbliżamy się, żeby złapać i wpakować kota do zakratowanego środka transportu. Brrr!

Co prawda z punktu widzenia kota można jeszcze próbować rozkładać łapy przy wlocie do transporterka – na wzór Rejtana – ale grawitacja ma tę uporczywą cechę, że w końcu łamie każdy opór. I ostatecznie kot, z groźnym burczeniem, lokuje się na kocyku w środku transporterka.

Droga do weterynarza

…trwa kilkanaście minut. Jest to czas wokalnych popisów; wszystkie znane mi koty podczas tej krótkiej jazdy wydobywają z siebie niskie, pełne żalu i wzbudzające litość zawodzenia. Im mniejszy kot, tym dziwniejsze i głębsze basowe odgłosy. To są tak mocno podprogowo kodowane przekazy, że nawet najbardziej zatwardziałego polityka doprowadziłyby do powiedzenia prawdy, byle tylko kot ucichł.

Po kwadransie czuję się winny zbrodni uprowadzenia kota, rękawem ocieram łzy smutku, a na parkingu przed lecznicą z ulgą opuszczamy wraz z kotem pojazd i pojawiamy się w poczekalni.

Tu zaczyna się właściwa historia

Usiedliśmy w poczekalni u weterynarza, przed nami w kolejce były dwa psy, wraz ze swoją ludzką obsługą:  jeden nerwowo poszczekujący i skamlący, drugi w zaciętym milczeniu ponawiający próby wyciągnięcia właścicieli na zewnątrz, wraz z krzesełkami. W powietrzu wisiał charakterystyczny zapach zwierzęcego strachu i odkażających chemikaliów. Siedziała też kobieta z królikiem w koszyku, ale królik ewidentnie wysiłkiem umysłu teleportował się mentalnie na rajską łąkę wspomnianą na początku tekstu – poruszał rytmicznie pyszczkiem przeżuwając wirtualne źdźbła trawy.

I wtedy do poczekalni wszedł mężczyzna z synkiem i małym „czymś” na rękach. Jego wejście zbiegło się w czasie z wymianą zawartości gabinetu: sporej wielkości pies wyprysnął poślizgiem zza drzwi, za nim w podskokach wyskoczył pan w kraciastej koszuli, hamujący intensywnie piętami. Pies w przelocie spróbował pożreć tego najbardziej nerwowego w poczekalni psa. Prawie mu się udało, w ostatniej chwili właściciel mniejszego psa zasłonił go ciałem.

Tymczasem pies nr trzy, ten od prób ucieczki, rozłożył wszystkie cztery łapy w poprzek drzwi wejściowych do gabinetu, niczym poseł opozycji na widok prezesa wiodącej partii. Łapy zostały jednak z wprawą odhaczone przez stażystkę w białym kitlu, no i biedak został wessany do gabinetu (pies, nie prezes).

I wtedy nasza uwaga skupiła się na niepozornym zawiniątku, które okazało się jedenastotygodniowym psiakiem cziłała, o wysokości trzech czwartych kota dachowca, które zeskoczyło z kolan właściciela, obeszło z dumą wszystkie kąty, zameldowało się pod drzwiami gabinetu, poczekało, poniuchało śmiesznie przekrzywiając uszy i znowu wykonało rundkę po podłodze, wdychając z lubością zapach strachu poprzedników.

chihuahua

(fot. Pixabay)

Widok był abstrakcyjny, bo tak u weterynarza nie zachowuje się żadne zwierzę, wszystkie czują zbliżającą się grozę, mierzenie termometrem temperatury pod ogonkiem, słyszą szczęk igieł szczepionek i wiedzą, po prostu wiedzą, że za drzwiami poczekalni czekają na nie piekielne katusze. Tu nawet królik był pod wrażeniem i z aprobatą marszczył nochal.

Tymczasem cziłała wyraźnie bawił się dobrze, przyjacielsko łypiąc w kierunku gekonów w akwarium.


Sprawdziłem później na Wikipedii – okazuje się, że te psy tak mają.

Nie daje się zastraszyć przez inne psy bez względu na ich rozmiary.

(Wikipedia)


I tak jak nie lubię psów, na widok których kot przybiera szyderczy uśmiech („pacnę łapą i w locie psinko z głodu umrzesz”), tak twierdzę, że cziłały to debeściaki. Serio.
Zdjęcia nie wrzucam, bo rozmazało się, za szybko toto małe się przemieszczało, choć uśmiechniętą mordkę wciąż mam przed oczami.

Jest to kolejny wpis o małych psach na tym blogu, miłośników („miłośników” również) zapraszam na tekst: pudel czyli kałuża.

Pudel czyli kaluza, bwotr.pl

Naprawdę trudno zakończyć ten tekst inaczej, niż tą piosenką pokazującą jaka Chihuahua jest w rzeczywistości: