Historia pewnego klucza


Godzina 10.00, jestem sam w biurze. Postanawiam wyjść na chwilę do toaletowego przybytku odosobnienia. Na biurku leży telefon, wrzucam go do kieszeni – właściwie nie wiem po co. Odruch. Zgarniam z biurka klucze, automatycznie zamykam drzwi na dolny zamek. To jest biurowiec, jestem w odległym skrzydle budynku, na ostatnim piętrze, na końcu korytarza do tego, wychodzę tylko na chwilkę – ale drzwi trzeba zamknąć. Dziesięć kroków korytarzem, drzwi, urządzenia wodno-kanalizacyjne. Po temacie. Myję ręce, wychodzę z toalety, wyciągam klucze i … staję wryty jak dzik przed instrukcją obsługi leśnego poidła. Przecież to nie są klucze do tych drzwi!


Retrospekcja

W tym momencie z jękiem włączają się dodatkowe banki pamięci w mojej głowie – analizuję co się zdarzyło. Biuro składa się z dwóch pomieszczeń: A i B, po różnych stronach korytarza. Zazwyczaj siedzę w pomieszczeniu B. Dziś pracuję sam, przeniosłem się do pomieszczenia A. Ale wychodząc do toalety automatycznie wziąłem klucz z pomieszczenia B, czerwona przywieszka, po tym rozpoznaję który jest do A, który do B.

Tylko jakim cudem udało mi się zamknąć kluczem z B pomieszczenie A? To przecież niemożliwe. Nie wierzę sam sobie, widocznie wziąłem dwa zestawy kluczy a jeden mi wypadł, więc cofam się do toalety, patrzę na podłogę, umywalkę – nigdzie nie ma leżącego klucza. Przekopuję nieliczne kieszenie – im bardziej szukam, tym bardziej go brak. Próbuję otworzyć drzwi A kluczem z B – nadaremno. Czyli co, ślusarz?

Przed oczyma przewijają mi się schematy pewnej książki.

Podręcznik otwierania zamków

Gdy zaczynałem studia internet był w powijakach. Ale jako student uczelni technicznej miałem do niego dostęp. I jako jeden z pierwszych dokumentów ściągnąłem MIT Guide to Lock Picking, dosyć podstawowe kompendium wiedzy o zamkach i sposobach ich otwierania.

p6a-nt_b

W gruncie rzeczy to prosta sprawa z tym zamykaniem i otwieraniem zamka nieprawidłowym kluczem.Trzeba przechytrzyć zapadki i obrócić bęben. Pod warunkiem, że się ma stosowne umiejętności i sprzęt.

Z ciekawości śledziłem późniejsze różne poradniki, głównie pod kątem „których zamków NIE kupować”.

Na przykład nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że większość zamków (i kłódek) można otworzyć … stukając. Prosty wytrych i lekkie ruchy kluczem, mocniejszy nacisk i … stukanie może – przy oczywiście pewnej wprawie – pozwolić otworzyć zamek. Dlatego bardzo często używa się zamków z poziomym otworem na klucz, a nie pionowym.

Nie wchodzę w szczegóły, możecie o tym poczytać np. tu: http://www.capricorn.org/~akira/home/lockpick/bumping.pdf

Niestety mojego problemu teoria nie rozwiązywała. Nie zamierzałem uszkodzić zamka podczas prób sforsowania go. Rozpacz przypomniała mi poprzednie „ciekawe” wydarzenia z kluczami.

Ten i inne klucze

Jest w mojej rodzinie opowieść z czasów okupacji. Warszawa, granatowy policjant zamyka na chwilę w pewnym pomieszczeniu kobietę, po czym wychodzi, wkrótce ma powrócić i zdecydować o jej dalszym losie. Problem w tym, że upatrzył ją sobie już jakiś czas temu, nie zanosi się na happy end. Kobieta wyciąga pęk kluczy z torebki, nerwowo próbuje w zamku jeden za drugim, zamek nie poddaje się. Upływają cenne minuty, jej ręce coraz bardziej drżą. Jak w filmie – jeden z ostatnich kluczy otwiera drzwi, kobieta ucieka. Jest uratowana.

 Lata osiemdziesiąte. Blokowisko. Ostra zima. Na parkingu rząd zasp śnieżnych, pod nimi ukryte najczęściej fiaty 126p. W mroku zimowego poranka sąsiad pracowicie odśnieża szyby auta. Resztę i tak zdmuchnie pęd powietrza. Błyska płomyk zapalniczki – sąsiad ogrzewa kluczyk, żeby otworzyć zamarznięty zamek. Po chwili wsiada do środka, energicznie trzaskając drzwiami, wywołując kaskadę śniegu z dachu wprost na na odśnieżone szyby. Nie słychać prób odpalenia silnika. Sąsiad wysiada i nerwowo rozgląda się wokół. Zamyka drzwi i … podchodzi do śnieżnego wzgórka obok, odśnieża coś nad tylnym zderzakiem. Sprawdza … rejestrację auta – i kontynuuje odśnieżanie. Okazuje się, że wcześniej odśnieżył…nie swój pojazd, a kluczykiem bez problemu otworzył drzwi, dopiero zatrzymała go stacyjka, którą przekręcało się innym, większym kluczem.

Trzydzieści lat później. Hiszpania. Urlop. Nasze dokumenty, bilety, portfele spoczywają bezpiecznie (?) w kodowanym sejfie, w naszym apartamencie. Jesteśmy już spakowani i gotowi do opuszczenia go. Ośrodek jest duży, piętrowe budynki z apartamentami są rozsiane na sporej powierzchni. Po nas i po bagaże podjedzie niedługo kierowca, żeby nas zawieźć na recepcję, skąd będzie wkrótce nastąpi transfer na lotnisko. Wstukuję kod do sejfu… zamiast oczekiwanego gościnnego BIIIIIIP i zielono mrugającej wesołej diódki widzę czerwony złowróżebny kolor diody. Sejf się zablokował. Nie działa żadna kombinacja. Podnoszę słuchawkę i alarmuję recepcję. Tłumaczę po angielsku sytuację, słyszę uspokajające „natychmiast wysyłamy pracownika to odblokuje sejf”. Siadam zrezygnowany i tworzę kolejne plany awaryjne. Znam Hiszpanów. Oni mają czas. My mamy niedługo transfer i wylot, nie mamy paszportów i pieniędzy. W najgorszym razie wsadzam żonę z dzieckiem do autobusu (2h przejazdu), sam gonię ich z odzyskanymi dokumentami taksówką, lub wynajętym autem. Mija kwadrans, dzwonię na recepcję ponownie. Używam wyuczonego hiszpańskiego zestawu słów, dobrze wiem, że problem przedstawiony w języku innym niż ojczysty jest zazwyczaj problemem marginalnym. „Tak, natychmiast, to sprawa pilna” powtarza recepcjonistka. Odkładam słuchawkę. Słyszę zajeżdżający samochód, chwytam walizki i schodzę po zewnętrznych schodach do kierowcy, zgrzytając zębami, za mną zrezygnowana rodzina. Widzę uśmiechniętego Hiszpana, który pomaga mi pakować walizki do bagażnika. Nigdzie nie ma obiecanego konserwatora do otwarcia sejfu! Wtem słyszę trzeszczącą krótkofalówkę kierowcy i głos recepcjonistki ponaglający kogoś do odblokowania sejfu pod numerem 697, bo pan spieszy się na samolot!  Kierowca powtarza przekomarzając się: „urgente, urgente” – po czym … rzuca krótkie: „idziemy!” i wbiega szybko po schodach.

W apartamencie wyjmuje z kieszeni przedziwnie długi klucz, odsuwa panel sejfu i odblokowuje nim drzwi. Z czeluści złośliwego urządzenia wyciągam „stracone” dokumenty i portfel. Uratowani! Solidny napiwek ląduje w kieszeni kierowcy.

http://1.bp.blogspot.com/-EYXc5T95k9w/U8aTS4RPn4I/AAAAAAAABHQ/40y9WyKso1c/s1600/safe_key_01.jpg

http://1.bp.blogspot.com/-EYXc5T95k9w/U8aTS4RPn4I/AAAAAAAABHQ/40y9WyKso1c/s1600/safe_key_01.jpg


Pewno jesteście ciekawi jak się skończyła moja biurowa przygoda?

Ten ostatni klucz

Komórkę mam w kieszeni, otwieram sobie pomieszczenie B, dzwonię do administratora budynku czy aby mają nasze klucze zapasowe. Po tylu latach wynajmowania pomieszczeń, nie pamiętam czy oddawaliśmy kopie kluczy. Jąkając się przedstawiam sytuację. W słuchawce słyszę zbawienne „nie ma sprawy, zaraz przyniosę”. Widmo wkopywania drzwi do środka oddala się wraz z odgłosem szybkich kroków na schodach biurowca.

„Przyjacielu co się stało”. Opowiadam w krótkich żołnierskich słowach. Widzę, że przyjaciel mi wyraźnie nie wierzy. Pokazuję mu więc, że kluczem nie da się otworzyć drzwi. Wyciąga upragniony klucz zapasowy – szczęk – pomieszczenie A stoi otworem. Pokazuję mu leżące spokojnie na biurku klucze do pomieszczenia A.

Teraz ja widzę jego zaskoczoną minę. Podnoszę i porównuję jeden klucz z kluczem z kieszeni. Są absolutnie różne. Więc jednak udało mi się dokonać niemożliwego. Zamknąłem drzwi nieprawidłowym kluczem – bez żadnego zgrzytu czy przyłożenia niewspółmiernej siły do zamka.  Próbujemy na wszelkie sposoby powtórzyć mój wyczyn. Nie da się. Zgodnie krzyczymy na zamek „zamknij się!” a on nic.

Siadamy na spokojnie z kawą w ręku i wymieniamy się ciekawymi opowieściami o kluczach i zamkach.


A jaka była Wasza najciekawsza przygoda z kluczem? 


Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

42 komentarze

  1. Iza pisze:

    Dwa tygodnie temu wyjeżdżaliśmy na ferie. Mąż podwiózł nas na lotnisko, a sam pojechał do biura aby tam zostawić samochód. Po jakimś czasie odbieram telefon i słyszę pytanie zdenerwowanego Męża: czy ja mam klucze od mieszkania? Nie mam, przecież on zamykał mieszkanie. Nie prawda, Bartek jeszcze wracał do mieszkania. Pytam syna: gdzie są klucze od mieszkania? Bartuś spokojnie – w bocznych drzwiach samochodu. I sytuacja na godzinę przed odlotem wygląda tak: Mąż zamknął już samochód i wyszedł z biurowca. Nie ma klucza od mieszkania, do którego ma dopięty biurowy klucz. Czyli po powrocie z ferii, w sobotę, stanie przed bramą i będzie mógł tylko telepatycznie wyprowadzić samochód z garażu. Skończyło się tak, że Mąż cofnął się jeszcze do biura. Cudem (bo to było późne piątkowe popołudnie) zastał jeszcze kogoś w recepcji. Zjechał go garażu i wydobył klucz z samochodu. Na samolot na szczęście też zdążył, bo i zapas zawsze duży robimy i z bura to tylko kilka minut jazdy tramwajem. Ale nerwy były. :/
    A przy okazji – tutaj w Szwajcarii pierwszy raz się z tym spotkałam, ale mieszkając w bloku, mam jeden klucz do wszystkiego. Otwieram nim drzwi do mieszkania, drzwi do komórki, drzwi do garażu, skrzynkę na listy, ale mieszkania sąsiada nie. Tzn. nigdy nie odważyłam się spróbować i czasami się zastanawiam, czy nie robią nas w konia i jednak do sąsiada też bym drzwi otworzyła. ;)

    • Bookworm pisze:

      Piękna przygoda ale nerwów to nie zazdroszczę…
      Z kluczami pasującymi do całego zestawu zamków coś już mi się o uszy obiło, u nas póki co były zestawy kłódek. Ale pewno i to ułatwienie do nas dotrze, moim zdaniem to całkiem wygodny patent :)

  2. Vandrer Uggle pisze:

    Hmmm… magia. Innego wytłumaczenia nie ma:D

  3. Vandrer Uggle pisze:

    Hmmm… magia. Innego wytłumaczenia nie ma:D

  4. Przygoda niezła i anegdota równie dobra :-)

  5. Z ogromną przyjemnością czytam Twoje wpisy. Moje przygody z kluczami są typowo kobiece. Ciągle gubią mi się w torebce. Nawet w kopertówce.

    • Bookworm pisze:

      Ponoć kobieca torebka jest odpowiednikiem męskich kieszeni :)
      I coś w tym jest. Mam do dyspozycji 11 kieszeni w tym stanie ubioru. Po założeniu kurtki mam ich o 6 więcej. Gdybym nie przyjął jakiejś reguły odkładania kluczy, to przed każdym zamkiem bym spędzał kilka minut na poszukiwaniach :D A tak bywało!

      • A wiesz, że mój mąż ma podobnie;-):-) Ciągle gubi klucze (w kieszeniach, bo ma ich za dużo;-) i co ciekawe, ma swoją ulubioną latarkę-czołówkę i ona zazwyczaj niknie jak kamfora;-)

  6. Socjopatka pisze:

    „rzeczy niemożliwe robię od zaraz” ;) niezła przygoda! Ja nie przypominam sobie żadnych ciekawych opowieści dotyczących kluczy. Oprócz tego, że jako dziecko raz je zgubiłam (zostawiłam przy trzepaku, kiedy robiłam fikołki), a potem zobaczyłam je w sklepiku jak wisiały i bałam się powiedzieć, że to moje :D Poszłam do mamy i mama odebrała zgubę ;) Od tamtej pory nigdy nie gubię żadnych kluczy. (obym teraz nie zadrwiła z losu:P)

    • Bookworm pisze:

      Ja też niby nigdy nie zgubiłem kluczy, ale kilkukrotnie „diabeł ogonem nakrył” i w poszukiwania już prawie zaangażowałem CIA i agenta Muldera. Zazwyczaj się znajdują w tak oczywistym miejscu i tak bardzo widoczne, że pozostaje mi łykać wstyd i tabletki na sklerozę :)

  7. Vars i Sava pisze:

    wiecie, co mnie jeszcze wpienia? uderzające o siebie tik taki i gumy do życia, nigdy nie kupuję takich w dużym pojemniczku, bo słyszę, jak się o siebie obijają. https://uploads.disquscdn.c… kiedyś tak mnie to zdenerwowało, że rozdałam pół opakowania gum ludziom na ulicy :D

  8. Nigdy nie sądziłam, że aż tak zafascynuje mnie historia kluczy i zamków:)
    Nie mam ciekawych przygód związanych z kluczami, ale Ty mógłbyś swoimi chyba pół blogosfery obdzielić ;)

    • Bookworm pisze:

      Wiesz, te małe, stalowe paskudztwa tylko czyhają na moment naszej nieuwagi. Nie daj się zaskoczyć, bo też będziesz miała co opisywać ;)
      No trochę tego było, ale też wiek mój jest już słuszny, to tak z kolejnymi siwymi włosami przybywa :D

  9. halmanmonika pisze:

    Ty to masz przygody… zastanawiam się, czy istnieje jakakolwiek dziedzina życia, w której nie masz doświadczenia :D Były reklamacje, był prąd, teraz klucze. Całe szczęście, że większość Twoich przygód kończy się pozytywnie! Zastanawiam się, czy nie powinieneś zabawić się w takiego Marka Twaina. „Przygody Bardzo Łotra” to z pewnością byłby bestseller, szturmowano by okoliczne księgarnie, żeby zdobyć taką powieść! :D

    • Bookworm pisze:

      Ja to sobie myślę, że wszyscy takie przygody mamy, tylko u mnie się one jakoś kodują. No i potem je odtwarzam :) Jeszcze jedna z kluczami była, ale… To już chyba na inną okazję zostawię. Książki nie napiszę, to nie ten poziom, no co Ty – ale dziękuję za bardzo miłe słowa :D Z tymi historiami to nic, mam znajomego, który opowiada takie historie ze swojego „korpo”, że ja, człek doświadczony życiowo, płaczę ze śmiechu i umieram na bezdechu. Jest genialny a do tego jest świetnym opowiadaczem tych historii. Ja go namawiam na napisanie książki, już nawet jego żonę błagałem, żeby go przekonała. Twardziel. :D

      • halmanmonika pisze:

        No to go jeszcze ponamawiaj, może zmięknie kiedyś… :P A jeśli chodzi o Twoje pisanie, to jestem pewna, że wyszłaby naprawdę fajna lektura, nie wiem, co Ty taki skromny :)

        • Bookworm pisze:

          Bo znam dużo lepszych od siebie, napisać coś zwartego w dłuższej formie i ciekawego, żeby nie było grafomanią, to jest sztuka :) To trzeba dużo ćwiczyć i się uczyć :)

  10. anjanka pisze:

    SzatańskA pora dnia czyli 5.20. Wychodzę do pracy, a tu pilot do auta nie działa. Klik klik a auto ani myśli się otworzyć.
    Mąż jak jeździ z dziećmi to wjeżdża na podwórko, bo łatwiej ogarnąć szkodniki na terenie zamkniętym. Jeśli ja odbieram z placówek tez z nimi wjeżdżam. Rano zawsze odstawia dzieci mąż.
    Tym razem też było, że ja odebrałam. Wieczorem mąż przełożył foteliki z mojego auta do swojego. Zawsze przy tej okazji moje auto wystawiał na ulicę, wjeżdżal na podwórko swoim. Z góry założyłam, że tym razem też tak było. Stąd myśl o awarii pilota. Okazało się, że moje auto nadalna podwórku, a męża na ulicy i stałam przy męża aucie denerwując się, że auto nie reaguje na kluczyk. Cóż blondynka, tyle, że ruda.

    • Bookworm pisze:

      A propos pilotów – zostawiłem auto na parkingu lotniskowym. Kilkudniowa delegacja, wracam – nie działa otwieranie z pilota. Wchodzę do auta, NIC nie działa. Akumulator poszedł. Przewinęło mi się w głowie i nooooo tak. Zostawiłem pojedynczą lampkę we wnętrzu, bo rozsypały mi się drobniaki po przejeździe autostrady na bramkach, chciałem je spokojnie wyzbierać. Konsternacja ale w końcu mnie olśniło – przecież mam assistance! Przyjechali, naładowali, szerokiej drogi życzyli, ufff. A akumulator działał jeszcze rok – w tym podczas zimy. Nawet jakby mu to pomogło :D

      • anjanka pisze:

        uff uff, na szczęście nam się to nigdy nie zdarzyło. Czasami w pracy myślę o tym, czy wyłączyłam światła, ale zaraz sobie przypominam, że mam auto dla blondi i ono samo sobie światła wyłącza. Wszystkie. Tylko muszę pilnować, by nic ładującego się w zapalniczce nie zostawić, bo to działa właśnie do wykopsania akumulatora.
        Assistance też mam. Pełne. Zresztą już raz mnie lawet a z S11 zbierała, jak panę złapałam, a dmuchacz naprawczy nie dał rady, takie wielkie dziursko w oponie miałam. Mąą mi potem biegiem koło zapasowe kupował :)

  11. Vars i Sava pisze:

    Normalnie przepadłam, znakomita historia! A właściwie – historie.
    Mieszkałam kiedyś we Włoszech w starej kamienicy, była tam winda, równie stara, a ja mieszkałam na ostatnim piętrze. Wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że windę można otworzyć jakimkolwiek kluczem, po prostu należało włożyć coś sztywnego do dziurki i przekręcić. Gdy ktoś do mnie przychodził, tłumaczyłam zawczasu, że tak trzeba robić, ale gdzie tam, wszyscy i tak o tym zapominali i wdrapywali się po schodach na szóste piętro. Z jęzorem do pasa dzwonili do drzwi i robili wyrzuty, że nie zjechałam po nich windą. Gdy pokazałam, że windę da się otworzyć kluczem, który mają przy sobie, byli bardzo zaskoczeni i robili kolejne wyrzuty, ze im o tym nie przypomniałam. A oczywiście nie zadzwonili przed wejściem na górę, a domofon był, ale i tak nikt z niego nie korzystał od wieków, więc został odłączony :)
    No i tak to z tym kluczem było.

  12. Vars i Sava pisze:

    Normalnie przepadłam, znakomita historia! A właściwie – historie.
    Mieszkałam kiedyś we Włoszech w starej kamienicy, była tam winda, równie stara, a ja mieszkałam na ostatnim piętrze. Wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że windę można otworzyć jakimkolwiek kluczem, po prostu należało włożyć coś sztywnego do dziurki i przekręcić. Gdy ktoś do mnie przychodził, tłumaczyłam zawczasu, że tak trzeba robić, ale gdzie tam, wszyscy i tak o tym zapominali i wdrapywali się po schodach na szóste piętro. Z jęzorem do pasa dzwonili do drzwi i robili wyrzuty, że nie zjechałam po nich windą. Gdy pokazałam, że windę da się otworzyć kluczem, który mają przy sobie, byli bardzo zaskoczeni i robili kolejne wyrzuty, ze im o tym nie przypomniałam. A oczywiście nie zadzwonili przed wejściem na górę, a domofon był, ale i tak nikt z niego nie korzystał od wieków, więc został odłączony :)
    No i tak to z tym kluczem było.

  13. Artur pisze:

    Ale się zaczytałem :D Świetna historyjka. Doskonale mi się je czytało! :) A która? Wszystkie. Bardzo fajny wpis. Rzadko się zdarza, żebym na blogach znalazł opowiadanie. Po prostu ciekawe i zajmujące opowiadanie. A u Ciebie znalazłem ich całą stertę. Dziękuję Ci za te kilkanaście minut relaksu. Bo do czego innego są blogi? Sensacja? Kontrowersja? Obrazoburstwo? Plotkarstwo? Kreatorstwo? To wszystko nic nie znaczące zapchaj dziury. Nadrzędną funkcja bloga jest przecież zabawa i rozrywka. Spokój i wypoczynek. Z tablecikiem w łapce i kubkiem herbatki w drugiej. Po prostu :D Sam nie mam na myśli żadnej historyjki z kluczem. Raz się włamywałem do samochodu kolegi. Raz ryłem wiertarką w drzwiach sąsiadki (miłość mojego dzieciństwa, a sąsiad w delegacji… skończyło się na uścisku dłoni :). Parę razy zona mnie zamknęła na zamek nieotwieralny od środka i… tyle :) Pozdrawiam Cię serdecznie i więcej takich opowiadań proszę.

  14. Monika Fiszer pisze:

    genialna historia! fenomenalna, Jakbym jakąś książkę sensacyjną czytała. A ta instrukcja obsługi klucza wydaje mi się fascynująca i z chęcią przeczytam. Zawsze mnie ciekawiło jak to robią włamywacze na filmach, nie ci od łomów, tylko ci bardziej wyrafinowani.
    jestem wdzięczna losowi, że poznałam Twój blog :D

  15. BasiaK pisze:

    Dla ludzi o mocnych nerwach to miało być. Wchodzę więc przygotowana, że będzie nerwowo, czytam, czytam, dochodzę do retrospekcji… i dostaję ataku śmiechu, a przy słowach „im bardziej szukam, tym bardziej brak” płaczę. Ze śmiechu. No przepraszam, że nie zachowuję się stosownie do powagi sytuacji. :-D Niestety mój stan rozbawienia trwał do samego końca ( starałam się nie parskać śmiechem) Na szczęście historia skończyła się dobrze, więc na koniec mogłam się rozesmiać legalnie. :-D Nie miałam zbyt dużo przygód z kluczami. Raz w pracy miałam podobną sytuację. Zamki były elektroniczne, wyszłam rano do toalety po wodę, zatrzasnęłam drzwi, a tzw. pikacz został w środku. Wczesne godziny, nikogo nie było, na szczęście za chwilę ktoś z pracowników się pojawił i mi otworzył. Mogłam zrobić kawę. :-) Dziękuję za dawkę dobrego humoru na wieczór. :-D

    • Bookworm pisze:

      No bo to własnie było opowiadanie grozy, ale czy ja potrafię utrzymać powagę pisząc? ;) Zresztą wiesz, że ja lubię wkręcać i podpuszczać, w końcu jestem Bardzo łotr ;)

  16. Anna Choińska pisze:

    Z brakiem klucza, jak cała mokra czekałam ponad godzinę na mamę na klatce. Sąsiedzi się na mnie dziwnie patrzyli, ale jakoś to przeżyłam.
    Jeszcze raz zamek się popsuł w drzwiach i potrzebowałam dobrych 15 minut, żeby je otworzyć. To było jak włamywanie się.

  17. Z brakiem klucza, jak cała mokra czekałam ponad godzinę na mamę na klatce. Sąsiedzi się na mnie dziwnie patrzyli, ale jakoś to przeżyłam.
    Jeszcze raz zamek się popsuł w drzwiach i potrzebowałam dobrych 15 minut, żeby je otworzyć. To było jak włamywanie się.

  18. Piotr Stanek pisze:

    Świetna historia/e :)
    Sam nie kojarzę swoich czy innych przygód z kluczami.
    Za to jak wychodzę pobiegać w dłoni na małym palcu dzierżę kółko z kluczami/kluczem.

    • Bookworm pisze:

      Ja korzystam z kieszonek, choć już raz szukałem klucza literalnie „w gaciach” – całe szczęście, że to okres zimowy, klucz błąkał się w okolicach kolan. Ponoć można też wwiązać w sznurówki :)

      • BasiaK pisze:

        Po tym komentarzu padłam ze śmiechu. :-D

      • Piotr Stanek pisze:

        Hahaha :D
        Ja nie posiadam kieszonek.
        W słynnej kurteczce Kalenji są i jakiś czas wsadzałem klucze do folii po chusteczkach i owijałem gumką. To ostatnie, aby nie brzęczały.
        Teraz mam już nawyk brania w dłoń, tak jak nie biorę zegarka.

        w sznurówki bym się nie bawił.
        A zaletą klucza w dłoni, jest to że można go użyć w razie postawienia komuś oporu fizycznego. Zresztą kobietom klucze są polecane jako odpowiednik kastetu.

        • Bookworm pisze:

          Gdy biegam nocą, to biorę torebkę na pas – w pakiecie startowym Biegu Ogniowego w Żorach była i rewelacyjnie się sprawdza, bo lekka. Do środka wrzucam czołówkę i klucz, najczęściej owinięty w buffa :D – nie ma niczego gorszego niż brzęczące klucze, to fakt :)
          Bliskich spotkań wymagających kastetu (odpukać) jeszcze nie miałem :)

          • Vars i Sava pisze:

            wiecie, co mnie jeszcze wpienia? uderzające o siebie tik taki i gumy do życia, nigdy nie kupuję takich w dużym pojemniczku, bo słyszę, jak się o siebie obijają. https://uploads.disquscdn.com/images/2dfc77e77bcb0b0201ed885a712f982adfb91046a5bc2a4bde9d49f1d6bf806f.jpg kiedyś tak mnie to zdenerwowało, że rozdałam pół opakowania gum ludziom na ulicy :D

          • Bookworm pisze:

            Nooo, tego to sobie nawet nie jestem w stanie wyobrazić!
            Historia sprzed godziny. Melodyjny szczęk tik-taków to nic. Biegałem sobie po moim miasteczku, ćwicząc podbiegi na pewnej ustronnej ulicy. Jest po deszczu, więc towarzyszyło mi soczyste człapanie. W pewnej chwili, na środku podbiegu słyszę zbliżające się … no właśnie, co? Brzmiało jak terkoczący walec, który mnie zaraz pochłonie. Włosy stanęły mi dęba, obracam się (i równocześnie świecę czołówką w intruza) a tam … dwie sarenki (tak z 20m ode mnie) – tak się biedne przestraszyły, że śmignęły komuś przez otwartą bramę na podwórko :)

  19. Ty to masz przygody… Moja najciekawsza historia z kluczem to, hmm… zamknięcie męża w domu… Mieliśmy kiedyś taki „sprytny” zamek gerdy, którym z zewnątrz można było tak zamknąć mieszkanie, że ktoś kto był w środku nie mógł go otworzyć. Potencjalny złodziej. Czasem mąż. Wystarczyło przekręcić go dwa razy zamiast jeden raz. Mąż nie mógł wyjść do pracy, trzeba było wzywać kogoś, żeby stanął pod balkonem, przechwycił rzucony klucz i otworzył drzwi z zewnątrz… Pozdrawiam :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.