Mroki miasta. Po czesku


Śmigaliście kiedyś w charakterze drogowego NOLu czyli Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego po nocnych ulicach obcego miasta? Ale takiego obcego-obcego, a nie po czterech ulicach miejscowości obok, z której nadal był widoczny dach waszego kościoła parafialnego? Słyszeliście też złośliwe tik-tak coraz szybciej uciekającego czasu, gdy musicie zdążyć w nieznane miejsce?

A wiecie co to „false friend”? Jakich słów absolutnie nie powinno się w sąsiedzkim języku używać, choć brzmią swojsko i na pozór zrozumiale?


Czesi za miedzą

Mieszkam niedaleko granicy z Czechami. Raptem 20km jazdy, w linii prostej to będzie może z 12km. Nocą telefon komórkowy potrafi bezszelestnie przełączyć się na sieć czeską, choć literalnie „śpię pod polską stacją bazową”.  Taki urok inwestycji w polską infrastrukturę. Kto nie był wystarczająco czujny, to nieraz odebrał poranny telefon w roamingu. Słyszałem też o takich, co pozostawili nieblokowaną transmisję danych w „R”. A przy okazji sporą część wypłaty na rzecz czeskiego operatora.

Radia też słucham czeskiego i nie jest to mój wybór. Niestety nadajniki, ze skutecznością dyplomowanego egzorcysty, wyganiają z moich urządzeń odbiorczych polskie sieci radiowe. Jak to miło, że nadawcy mają tak głęboko w pompce radiosłuchaczy Polski południowej. Nawet samochodowy kikucik antenki postawiony moimi czułymi rękoma na sztorc nie gwarantuje czystego sygnału stereo.

Wychowałem się za to na czeskiej telewizji NOVA. To tam emitowano najnowsze filmy amerykańskie, co prawda z czeskim dubbingiem, ale co się naoglądałem, to moje. Niejeden wieczór rozpoczynaliśmy od „tańca godowego z kawałkiem drutu” w celu zagonienia czeskich fal radiowych do telewizora. A potem „ciary” na plecach, gdy Mel Gibson w kolejnej części „Zabójczej broni” niszczył wrogów wygłaszając kwestie w języku wojaka Szwejka.

Dzięki temu pojawiała się pewna znajomość języka czeskiego. Bierna. W większość pamiętało się obelgi i wyzwiska. Do dziś pamiętam najstraszliwszą obelgę, którą bohater obraził przeciwnika. Nie, nie napiszę jej, bo się zapłaczecie ze śmiechu. Nawet mnie nie namawiajcie!

Tyle przydługiego wstępu, teraz już będzie szybko, choć przepisowo.

Cel: apteka w Karvinie

Piątkowe popołudnie. Zapalenie gardła u syna, pogranicze antybiotyku, lekarka nie chce go jeszcze dawać, żeby nie osłabić sił obronnych organizmu. Ale weekend za pasem.  Trudna sprawa.

„A może pan pojechać do Czech po lek”?

U nas ten lek wycofano, nie ma zamiennika, ale gdyby podjechać do jakiejś czeskiej apteki, to sprzedadzą. Antybiotyk w aerozolu. Działanie miejscowe. Lek bezpieczny nawet dla kobiet w ciąży. Receptę polską przyjmą.

No to OK, jadę. Rzucam okiem na maps google, jest jakaś apteka przy Tesco w Karvinie. 45 minut jazdy, jeśli nie zabłądzę. Do godziny zamknięcia (Z) 1h15 minut. Sprawdzam jak nazywa się apteka po czesku. Lékárna. Niestety, nie mam nawigacji na Czechy, roaming na dane to jakieś chore pieniądze, muszę radzić sobie tradycyjnymi metodami, wydrukiem z internetu.

Wskakuję do auta, do granicy dojeżdżam w 20 minut (55min do Z).

Do Karviny wjeżdżam równie szybko (25 minut do Z) ale niestety wydrukowana mapa zawodzi, nie jest uaktualniona o nowe unijne drogi i skrzyżowania, po których krążę z uporem godnym konesera talerza lokalnych knedlików. Udaje mi się osiągnąć południowy kraniec miasta, zawracam (20 minut do Z). Rozglądam się pilnie, zapadł zmrok, niestety Czesi nie podświetlają reklam sklepów, w końcu wiedzą gdzie te sklepy się znajdują. Pragmatyzm na każdym kroku.

Śmieszne, ale nawet dziś gdy przypominam sobie tę sytuację widzę mijane wtedy brudne, zamazane i nieoświetlone reklamy sklepów. Tylko reklam Tesco brak. Znaczku apteki też brak. Niedobrze.

Ponowny, powolny przejazd przez centrum. Halogenowe światła omiatają ciemne, wymarłe ulice, po których hula zimny wiatr. Nie ma przechodniów. Jadę w przeciwnym kierunku, znowu przejeżdżam całkiem nowymi drogami, wiaduktem, obok dworca PKP. Żywego ducha. Brak drogowskazu. Czas mija nieubłaganie. (15 min. do Z) Zostały mi dwa kierunki do eksploracji. No nie zdążę. Wycieczka krajoznawcza, psiakrew. Wstyd do domu wracać.

Wtem widzę kobietę wyprowadzającą psa na spacer, delikatnie zwalniam (żeby nie spłoszyć), włączam światła awaryjne i otwieram szybę od strony pasażera, staram się wyglądać miło, sympatycznie i kulturalnie, wspinam się na wyżyny znajomości języka czeskiego (TV NOVA dziękuję ci!)  używając najważniejszego dla mnie w tej chwili słowa:

Hledam lekarnu!

Jeden… dwa. Znaczy się dwóch słów. I tu króciutki opis retardacyjny.

Słowa pułapki i …

False friend. Wygląda tak samo, ale to nie jest to samo.

W języku czeskim się „nie szuka” tylko „hleda”. To znaczy też się „szuka” ale znaczenie jest krańcowo odmienne od naszego „poszukiwania”.

Tu macie genialny artykuł o tym przypadku (i nie tylko): Porucha na ruchadle, czyli polsko-czeskie nieporozumienia językowe.

To już wiecie czemu pani nie zagadnąłem o „šukanie”?

Nagle okazało się, że pani mnie świetnie zrozumiała, ona (i jej pies pewno też) wiedzą gdzie jest apteka, ale jest to dokładnie po drugiej stronie miasta. Tyle zrozumiałem, bo język czeski nagle przestał być miły, śmieszny i przyjazny. W potoku mowy zgubiłem się po trzeciej kombinacji  „odbočit vpravo” . 

Ale zrozumiałem …

kolejne dwa czeskie słowa,

które wtłoczyły mi do mózgu nadzieję.

Pięknie podziękowałem (velice vám děkuji!) i pognałem na znajome już skrzyżowanie, śmigając w lewo.

nie zdążysz !

Podpowiadała mi intuicja (8 minut do Z).

Przefrunąłem przez miasto nieledwie muskając krawężniki. Czułem w skroniach ucisk strachu, ale podkorowe odruchy nabyte podczas niezliczonych treningów, utrzymywały pojazd w ramach czeskiego kodeksu drogowego (+10km/h dozwolona prędkość). Tik-tak… tik-tak mijały sekundy, ronda i skrzyżowania.

Wyświetlacz wskazywał 19:57 gdy zobaczyłem pewien budynek.

Stacja Benzynowa

Čerpací stanice czyli stacji benzynowej, naprzeciw której ukryty był parking i samo Tesco. To te dwa słowa zrozumiałem w potoku mowy uczynnej Czeszki. Przez rondo przejeżdżałem tego wieczoru dwa razy, widząc stację benzynową, nie wiedząc, że niedaleko jest Tesco z apteką. Bo nie było widocznej reklamy. Zaparkowałem, w biegu dobywając portfel z receptą. 

237420-logo-lekarna-300x295

Wbiegłem do wyludnionego przed zamknięciem marketu, nie było osoby, która by się nie obróciła patrząc na wariata z obłędem w oczach hledającego apteki. Na końcu budynku – w trzech skokach dobiegłem! Panie właśnie wypinały kasetki z pieniędzmi z kas.

Uwierzycie, że zdążyłem na minutę przed zamknięciem sklepu??? Kolejna z historii, która powoduje u czytelników grymas: „ale wymyślił”. Tylko po prostu tak było – nawet przez pewien czas miałem wydruk z tej transakcji, z godziną zapłaty za lek.

Co się okazało? Pani farmaceutka z uśmiechem oddała mi receptę, bo u nich lek jest „bez recepty”. Zapłaciłem czeskimi koronami (znacie jakiegoś Ślązaka z okolic przygranicznych, który NIE MA koron czeskich w szufladzie?).

Gdy wychodziłem prawie słyszałem chóry anielskie nucące:

„ma lekarstwo, ma lekarstwo”

Do domu wróciłem, jak po sznurku, w 40 minut. Lek zadziałał znakomicie.

Przy najbliższej okazji kupiłem nawigację z „dożywotnią aktualizacją map w Europie”. Dożywotnią dla urządzenia a nie dla Bookworma, kto by tam się detalami przejmował. Ja zamierzam żyć 100 lat, chyba że komórka egzekucyjna ZUS zbierze wystarczającą armię, żeby spróbować moje życie skrócić.

Ale to już zupełnie inna historia, bo…

…gdzie ja ich wszystkich pochowam…

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

31 komentarzy

  1. Pamiętam jak w Pradze doskonale rozumieli k…a mać, ale koleś nie potrafił zrozumieć, że jak dalej będzie mnie próbował orżnąć na 100 koron to mocno na tym ucierpi przyjaźń polsko-czeska. Angielskiego tez ponoć nie znał, ale „f**k you too” jakoś mi nie wygląda na tradycyjne czeskie pożegnanie :)

  2. Gratulacje :) Czeski to szalony język :)

  3. Julia Szram pisze:

    Najważniejsze, że udało :) historia trzymająca w napięciu do ostatnich słów!
    Swego czasu zapoznałam się z kilkoma słowami czeskimi za sprawą jednego z moich lubieńszych rockowych zespołów czeskiego Mandrage :)

  4. Julia Szram pisze:

    Najważniejsze, że udało :) historia trzymająca w napięciu do ostatnich słów!
    Swego czasu zapoznałam się z kilkoma słowami czeskimi za sprawą jednego z moich lubieńszych rockowych zespołów czeskiego Mandrage :)

  5. BasiaK pisze:

    velice vám děkuji za te emocje: zdąży – nie zdąży. :) A może warto się nauczyć czeskiego? Ciekawe czy to trudny język do nauki? Bo że śmieszny to wiadomo. :)

  6. gin pisze:

    Hura! Udało się! Gratulacje :)
    Nie znam czeskiego, na szczęście Czesi są mili i dość dobrze rozumieją polski :)

  7. gin pisze:

    Hura! Udało się! Gratulacje :)
    Nie znam czeskiego, na szczęście Czesi są mili i dość dobrze rozumieją polski :)

  8. LIFESTYLERKA pisze:

    Ja mam podobna sytuację, tylko że mieszkam 10 km i od niemieckiej granicy:). Jednak jeśli chodzi o Niemców i śmieszne sytuacje, to ciężko będzie, chociaż ich bardzo cenię, ponieważ są mega zorganizowani, porządni, czyści i grzeczni. A z czeskim językiem miałam kontakt kiedy jeździłam na kolonie i mogę potwierdzić, że jest śmieszny:) Na przejazdach kolejowych wiszą tabliczki: pozor vlak, w upał można sobie kupić zmarzlinkę, a na obiad zjeść brambory lub rewelacyjne knedliki:).

    • Bookworm pisze:

      Z Czechami to jest tak, że nacje zachodnie uważają ich za „środkowowschodnich Niemców”. A nas, Polaków za… „środkowowschodnich Hiszpanów” :D Tak w każdym razie słyszałem ;)

  9. anjanka pisze:

    sytuacja była średnio wesoła, ale cóż… muszę przyznać, że się uśmiałam czytając :)

  10. No to Ci się wycieczka krajoznawcza trafiła. Ale fakt, jak przychodzi czegoś poszukać po czeskiej stronie, szczególnie w mniejszych miejscowościach, to można się nieźle napocić.

    Ale… odczuwam dziki niedosyt i dopraszam się tak, jak @Hai Le byś nas oświecił, jak brzmiała ta obelga. Po całym tygodniu pracy człowiek potrzebuje napadu śmiechu. ;)

  11. Hai Le pisze:

    A ja jednak namawiam! Namawiam! Jaka była ta najgorsza obelga? No, napisz!, napisz! (skandował tłum krasnali)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.