Opowieści pogodne, Wakacje!

O klęciu również słów kilka


Ten wpis będzie zupełnie inny. Bo spokojnie się na blogu zrobiło, mało nowych wpisów, a jeśli są – to tak jakoś o bieganiu, zupełnie jakbym był na urlopie, albo biegał, a nie pisał.

Na usprawiedliwienie mam właśnie to, że byłem na urlopie no i biegam (a nie piszę). Zaskoczę Was w tym miesiącu liczbą wybieganych kilometrów, siebie pewno też. Wpis będzie również wakacyjny – pełen chlapiącej wody i niespodziewanych przeżyć. A wszystko dlatego, że spodobał mi się wpis Teresy z maratime.pl dotyczący używania wyrazów powszechnie uznanych za wulgarne – a może bardziej unikaniu ich? Sam unikam „rzucania mięsem” ale czasem… No właśnie. Poczytajcie.


Historia będzie wielopiętrowa. Jeśli się zgubicie – zróbcie to, co jest nagminne w grach planszowych dla dzieci – cofnijcie się kilka linijek wyżej. Używając słów, które lubicie aby podkreślały zniecierpliwienie. Swoją drogą czy może być w grze gorsza kara, niż stracenie wypracowanej w wielu rzutach przewagi nad ojcem i powrót na linię startu? Wcale nie dziwię się okrzykom, dziecięcym łzom i przelatującym nisko pluszakom. Wcale. Producenci gier to sadyści. I podejrzewam, że to może być zmowa psychoanalityków z producentami – odcisk od pionka i sześciennej kostki pojawia się nie tylko na dziecięcej dłoni. I leczy się go długimi i kosztownymi spotkaniami. Po latach. I bez wątpienia nie refundowanymi przez NFZ.

Na obczyźnie się nie liczy

Temat brzydkich wyrazów podczas mojej edukacji właściwie nie istniał. Pojawił się przy nauce obcych języków – lektorki z reguły stoją na stanowisku, że trzeba te słowa znać, żebyśmy mogli bronić honoru naszych kobiet i naszego. A w każdym razie, żebyśmy rozpoznawali gdy nas obce nacje lżą. Choć jak praktyka dowiodła, Francuzi i Anglicy potrafią podrzucić obelgę tak sprytnie zawiniętą w ”watę słowną”, że do ostatniej chwili nie wiemy czy zostaliśmy tak poniżeni, że powinniśmy oddalić się w samotne zapomnienie, czy wyróżniono nas uskrzydlającym pochlebstwem najwyższych zagranicznych lotów w Pierwszej Klasie. Że przytoczę dość prostą (jak na Francuza) konstrukcję zdaniową skierowaną do Polaka – autorstwa : Jacquesa Chiraca: otóż „straciliśmy okazję, by siedzieć cicho”.

Pozamiatał tą frazą, prawda?

Z Francuzami to śmieszna sprawa, bo jedno z ich brzydkich słów – czasownik „foutre” jest równie znanym i powszechnie stosowanym „słowem na F”, co pewne angielskie słowo również na „F”. Podczas francuskiego lektoratu przez krótki czas nasze polskie rozmowy kręciły się tylko wokół zwierząt futerkowych – co wyraźnie powodowało ból uszu u przemiłego Francuza. Dopiero gdy go polubiliśmy, zaczęliśmy się zachowywać jak ludzie cywilizowani – bez futerkowych wyprzedaży.

Tu gładko przejdę do używaniu słów już nie na „F” ale na „K” zagranicą. W krajowych warunkach użycie obcego przekleństwa jest prawie niezauważalne. Bo zupełnie obce. Podobnie z polskimi przekleństwami zagranicą. Podczas rozmaitych wyjazdów studenckich zauważyłem, że będąc zagranicą są osoby, które klną po polsku z wyraźnie rozwijanym zamiłowaniem i totalną bezkarnością. „Bo i tak nikt tego nie rozumie”. Do czasu.

Z jednej z księgarń w Nancy wyszliśmy gwałtownie i z wielkim wstydem, całą studencką grupą po tym, gdy kolega soczyście podsumował wyrazami na „K” cenę pewnego słownika. Niespodziewane echo odpowiedziało: „ooooo, Polacy!”.  Może nie tyle wyszliśmy, co kolegę wyprowadziliśmy.

Ale dość tego przynudzania i rozważania, czas na odkrycie mojej prawdy o wulgaryzmach.

Klnę w locie

Podczas urlopu wybraliśmy się rodzinnie do pewnego parku wodnej rozrywki składającego się z licznych dzikich i dzikszych ramp i zjeżdżalń. 11 lat temu byłem w podobnym miejscu, niedaleko zresztą, korzystając z wszystkich dostępnych „przyjemności”, z których najmilej wspominam rampę „kamikaze”. Wrażenie w moim przypadku potęgował brak okularów korekcyjnych (bo nie wolno z niej było zjeżdżać w okularach), nie do końca wiedziałem czy jeszcze lecę z pasją dosyć kulistej jaskółki, zgodnie z przewidywaniami konstruktora zjeżdżalni, czy też już lecę swój ostatni lot, w którym lądowanie będzie bardzo bolesne i ostateczne.

Jak zjazd wyglądał? Najpierw należało położyć się na plecach, skrzyżować nogi i ręce i …

Podczas jazdy byłem zajęty modlitwą o pomyślne lądowanie na dole rampy. O klęciu i zaklęciach nic  mi nie wiadomo. Wiem natomiast, że wiele pań, które nie skrzyżowały ramion podczas zjazdu, krzyżowały je podczas wychodzenia z basenu hamującego, rozpaczliwie szukając utraconej w locie góry kostiumu kąpielowego.

W tym roku, w hiszpańskim Siam Parku atrakcji było co niemiara. Przed ruszeniem „w teren” Małżonka przypomniała mi, że teraz jestem ojcem rodziny i że mamy syna na utrzymaniu, więc uprasza się, żebym nie szarżował, jak to zwykłem robić. No bo to też w moim wieku nie wypada. Poszedłem więc na najniewinniejszą z wszystkich rozrywek – omijając tę najgroźniejszą Tower of Power (z najdłuższą kolejką). Jak wyglądał z niej zjazd? O tak: https://youtu.be/K7PHRsGvVJw. Ale to ominąłem.

Ja tymczasem oczekiwałem w kilkunastominutowej kolejce z piankowymi „sankami” w dłoniach. Po kwadransie stanąłem, wraz z innymi straceńcami, na szczycie zjazdu. Ot, tak sobie to groźne jest –  stwierdziłem.

Racer

(fot. Siam Park)

Na sygnał dany przez ratownika rzuciłem się na wspomnianej piance na brzuchu w dół.

To wyglądało bardzo podobnie jak na filmiku:

Też od razu napiszę, że coś wreszcie z tych doznań miałem widzieć, bo na gałki oczne zainstalowałem szkła kontaktowe.

Choć znam te parkowe wynalazki od dawna (nie ze mną te numery!), to pierwsza „hopa” wywołała przerażenie, że przy mojej masie (razy prędkość) wyląduję gdzieś w kaktusach. No i poleciało w eter staropolskie zawołanie:

„O quuuuuuuuuuuuuuurwaaaaaaaaaaaaaaaa”

lekko tylko stłumione przez rozbryzgi. Druga „hopa” wywołała podobny efekt, bo prędkość wyraźnie wzrosła (a moja masa nie spadła). Z bocznych torów odgłosy były podobne acz różnojęzyczne.

Ostatecznie śmignąłem jeszcze ostro przez odcinek hamujący, budząc przerażenie ratownika na dole (być rozjechanym przez polskiego turystę, to okrutny wpis na kamieniu nagrobnym, nieprawdaż?). Zebrałem „zabawki” i … poszedłem zjechać z tego samego jeszcze raz. Żeby sprawdzić czy jestem wystarczająco głupi na powtarzanie bezsensownej (ale elektryzującej) zabawy. Mrugałem przy tym mocno, bo chlapiąca woda prawie wymyła mi soczewki kontaktowe z oczu.

Wstyd się przyznać, ale tę rampę ochrzciłem stopniem trudności „na dwie o k… mać”…

Później porwałem takie dmuchane zjazdowe kółeczko i pozwoliłem się sponiewierać w kolejnej „rurze”, w której miałem ulotne wrażenie, że przeciążenia urwą mi głowę, albo coś mnie przemieli i wypluje doczesne resztki na dole, ku uciesze oblizujących się w nieodległym akwarium rekinów.

Natomiast godzinkę później stałem w kolejce do czteroosobowych pontonów.

Tu było o tyle wesoło, że należało dobrać sobie do zjazdu kompanów. Przepuściłem przed siebie zorganizowaną grupę wytatuowanych Hiszpanów i Hiszpanek, nie kumających ani słowa po angielsku, zjechałem w przemiłym towarzystwie Anglików, którzy piękną oksfordzką angielszczyzną zapytali czy uczyniłbym im ten zaszczyt i dołączył do ich kompanii. YEZ AW KORS! wycedziłem ze szkockim akcentem, poprawiając kilt. Czasem to sam się zadziwiam językowo.

We czworo zgodnie podczas lotu darliśmy się:

ooooooo fffffaaaaaaaaaaaaaaaaaaaakkkkk, ooooooooooo dżizaaaaaaaas!!!!

Pełna kulturka. Film tego nie pokazuje, ale nasz ponton się obracał i spadanie będąc tyłem do kierunku jazdy wprowadzało nową jakość przeżyć.

I tak mile spędziłem kilka godzin, ciesząc się jak dziecko z wspomnianych atrakcji. Również i Wy możecie przez kilka minut być uczestnikami dzikich zjazdów w mokrych rurach. Tak tam było, potwierdzam. Większość zjazdów odradzane jest dzieciom, niektóre odradzane przy chorobach kręgosłupa, jeszcze inne – tym, którzy są po operacjach na sercu.

A propos dziecka. Junior, w tak zwanym międzyczasie,zapuszczał korzenie w „Lost Town”

Town

(fot. Siam Park)

– takim wodnym miasteczku, gdzie główną atrakcją był „kubeł zimnej wody na głowę” w dość specyficznym wydaniu…

Dziś dla ochłody prysznic :) #splash #water #aquapark #costaadeje #siampark #fun #Spain #Tenerife #siam

Film zamieszczony przez użytkownika Paweł ♑ (@bookworm_on_the_run)

Z tego miasteczka większość dzieci była wyprowadzana „na siłę”, nierzadko po uprzednim skrępowaniu i przygłuszeniu okrzyków protestu. My tylko smarowaliśmy olejkami do opalania i dbaliśmy o odpowiednie nawodnienie dziecka, które szybko zawierało nowe znajomości. I które to zresztą samo wyłapało angielski komunikat o tym, że za 15 minut park będzie zamykany – wprawiając nas tym w osłupienie.

– Skąd ty synu wiesz, że to co powiedzieli znaczy to co powiedzieli?

Zapytałem (z wrodzoną inteligencją).

– A w jednej z gier na tablet, na serwerze taki komunikat był, to zrozumiałem .

Odpowiedziała rezolutna latorośl.


Zakończę tekst stwierdzeniem, że aczkolwiek nie popieram używania wulgaryzmów, to bywają sytuacje, miejsca i ludzie, które wymuszają wręcz użycie słów powszechnie uznawanych przez osoby kulturalne za obraźliwe. Jeśli to robić to skutecznie i w słusznym celu.


31 Comments

  1. Chyba nie miałabym odwagi na taką piankową zjeżdżalnię, a jeśli już, to pewnie tylko raz, tak dla dzieci, jakby bardzo skomlały, aby mama tez coś od życia zabawnego miała, choćby taką przygodę. ;) Raz dla córki zdecydowałam się na diabelski młyn, okazało się, że moja znajomość łaciny znacznie wykracza poza licealne lekcje tego przedmiotu. ;)
    Bookendorfina

  2. Lekko poruszasz się po dwóch tematach ;) aquapark fajny ale ten rozpoznawalny znak Polaka już troszkę mniej. Ale fakt jest taki że jeśli gdzies w świecie usłyszymy Polaków to zwykle słyszalne są przede wszystkim wulgaryzmy

  3. Justyna Kukułka

    Fajny wpis. Nie jestem fanką aquaparków, ale ten wygląda klasycznie :D

  4. Fajny wpis. Nie jestem fanką aquaparków, ale ten wygląda klasycznie :D

  5. Mega aquapark! Nie do porównania z tym, który otworzyli w moim mieście w grudniu.

  6. Magdalena Bodnari

    KOCHAM! Jak wakacje na południu Europy, to zawsze z planami na aqua park!

  7. Vandrer Uggle

    Norwedzy mają jedno przekleństwo i kilka delikatniejszych słówek, więc czasem brakuje mi naszej polskiej soczystości językowej, że tak to ujmę:)

  8. Norwedzy mają jedno przekleństwo i kilka delikatniejszych słówek, więc czasem brakuje mi naszej polskiej soczystości językowej, że tak to ujmę:)

  9. Iza

    My raz na jakiś czas jeździmy z chłopcami do Europa Parku i nie powiem Ci ze 100% pewnością, czy robię to w głos czy tylko pod nosem, ale z całą pewnością rzucam wtedy mięsem i zawsze się zastanawiam „co ja tutaj robię i po jaką cholerę dałam się wsadzić w to urządzenie”. ;) Najszczęśliwsza zawsze jestem już po zaliczeniu atrakcji i gdy wracamy do domu. A najdziwniejsze jest to, że już w drodze powrotnej myślę „a może przywiozę tu chłopców w kolejny weekend?” ;)

  10. Iza

    My raz na jakiś czas jeździmy z chłopcami do Europa Parku i nie powiem Ci ze 100% pewnością, czy robię to w głos czy tylko pod nosem, ale z całą pewnością rzucam wtedy mięsem i zawsze się zastanawiam „co ja tutaj robię i po jaką cholerę dałam się wsadzić w to urządzenie”. ;) Najszczęśliwsza zawsze jestem już po zaliczeniu atrakcji i gdy wracamy do domu. A najdziwniejsze jest to, że już w drodze powrotnej myślę „a może przywiozę tu chłopców w kolejny weekend?” ;)

    • Ale fajnie, że masz taki parki blisko Ciebie :) Może napiszesz jakąś relację? :D

      • Iza

        Relację piszę Jacek (dizajnuch.pl) :D Ja w takich miejscach właściwie nie robię zdjęć, jestem cykorem ;) i jak już daję się namówić na tego typu atrakcje, to cykanie fotek jest ostatnią rzeczą, o której mogę myśleć. ;)

  11. Nie wiem czym bym klęła, czy raczej trzeba by było mnie zbierać po takich wodnych przygodach…. Mam małe doświadczenie w tym zakresie, ale takie zjeżdżalnie al’a cebula mi wystarczą. Mogę skakac, wspinać się itp. ale woda to moja pięta achillesowa. Umiem pływać, ale np. nurkować się boję. A co do mięcha, to rzucam nim jak mówię o teściowej :D

  12. O nie. Wolałabym skoczyć ze spadochronem (co ciągle jest w czołówce listy moich marzeń) niż zjechać na czymś takim. Chyba wolę powietrze od wody. :-) A co do przeklinania, raczej unikam i nie przeklinam. Jeśli jednak przebywam dużo w towarzystwie przeklinajacych, trochę mi się udziela . :-)

    • A mnie się wydaje, że toto bezpieczniejsze od spadochronu :) Jakoś wolę wodę od powietrza ;)

      • Wiesz, ja najpierw to powinnam się w ogóle samolotem przelecieć. :-D Ale na liście marzeń mam, bo kto mi zabroni. :-P

  13. bueheeh! Worm- Ty jesteś Wariat! :DD Ja bym zeszła na zawał- zwłaszcza na piankach:P

    • Nie zeszłabyś, skoro nawet ja przeżyłem :) Polecam, bo to śmieszna rozrywka, w locie modlisz się o dobicie, po „lądowaniu” śmigasz, żeby się przejechać jeszcze raz…

  14. Hahaha!
    Przeboskie! Nareszcie się doczekałam i udało mi się doczytać do końca.
    Ale jazda!
    I tak, potwierdzam! Klnijmy w słusznej sprawie :)
    Kłaniam się za zostanie klnącą inspiracją dla tego wpisu :)

  15. Kochany czasami człowiek musi rzucić mięsem… no musi bo inaczej się udusi ;). Brakowało mi tego Twojego humoru ;).

    • Wiesz, masz rację, tak sobie myślę, że używanie brzydszych wyrazów jest swoistym miernikiem skali naszych przeżyć – im bardziej zaskakująco, im intensywniej – tym częściej coś się może wymknąć :) I ma swój unikalny urok… Dziękuję, coś więc jeszcze wkrótce wrzucę – przyprawione odrobinką „witaminy H” :)

  16. Gender Gosposia

    Rozbiły mnie zwierzęta futerkowe, bez wyprzedaży. W temacie rur, zjazdów i przeklinania polecam zjazd z takiego cuda jak numero uno. Kiedy nagle siada prąd i woda pod pupą, plecami w rurce nie już płynie.

    Na szczęście urządzenie projektowali znani niemieccy konstruktorzy torów do testowania torped. Basen hamujący był pełnowymiarowym stawem rybnym. Na końcu zjazd-rurki była jakby wyrzutnia. Dzięki temu lądowało się pleckami w chłodnej wodzie. Hamowanie plecami na suchym plastiku mogło by okazać się niekorzystne dla blacej Europejskiej cery.

  17. Rozbiły mnie zwierzęta futerkowe, bez wyprzedaży. W temacie rur, zjazdów i przeklinania polecam zjazd z takiego cuda jak numero uno. Kiedy nagle siada prąd i woda pod pupą, plecami w rurce nie już płynie.

    Na szczęście urządzenie projektowali znani niemieccy konstruktorzy torów do testowania torped. Basen hamujący był pełnowymiarowym stawem rybnym. Na końcu zjazd-rurki była jakby wyrzutnia. Dzięki temu lądowało się pleckami w chłodnej wodzie. Hamowanie plecami na suchym plastiku mogło by okazać się niekorzystne dla blacej Europejskiej cery.

    • No to ja jednak rozważę czy moje życie nie byłoby zbytnio zagrożone w razie odcięcia energii elektrycznej :)

  18. Hmmm… Ja raczej sporo klnę, choć mój facet tego nie lubi (co oznacza, że staram się ograniczyć tego typu słownictwo, przynajmniej w jego obecności :-D), ale też uważam, że są sytuacje, które wymagają rzucenia …rwą, lub czymś w tym rodzaju :-) Zresztą, w niektórych chwilach to jest po prostu oczyszczające :-) Choć z drugiej strony, to nasze staropolskie zawołanie to jest naprawdę szeroko znane… Mam wrażenie, że przynajmniej co drugi Niemiec zna to słówko, a po mojej obecności w tym kraju, to jeszcze więcej :-D

    A swoją drogą, ostatnio byłam na basenie z takimi rurami (to znaczy no, nie TAKIMI), ale jakoś tak wyszło, że straciłam do nich odwagę i nie spróbowałam. Ale po filmikach, które dorzuciłeś, przypomniałam sobie, że choć wody się boję, to z takiej rury bym sobie zjechała :-)

    • Czasem zakląć trzeba i szlus. I jest to prawdziwe i coś takiego akceptuję :)
      Z basenem napiszę Ci – spróbuj. Znam osoby, które za nic w świecie nie powtórzą „błędu” i nie wejdą do takiej rury – ja wychodzę z prostego założenia: skoro to ktoś zbudował, to musi to być w miarę bezpieczne. Pozostaje więc poddać się niespodziewanym doznaniom. Najwyżej nabieram powietrza i blokuję oddech, żeby się nie podtopić, no i gdzieś kiedyś na końcu wypływam :)

      • Hihi, ja uważam, że lepiej rzucać mięsem niż przedmiotami :-D

        Ja się przede wszystkim nie czuję zbyt pewnie w wodzie, ale odkąd kupiłam sobie okulary do pływania, jest lepiej. Także mój problem tkwił chyba w tym, że nie mogłam patrzeć, jak mi woda chlapała w twarz :-D Ale tak poważnie, muszę mieć po prostu grunt pod nogami. W przypadku rury grunt ma się całkiem długo, choć może nie pod nogami :-D

  19. Haha moim teraz największym przekleństwem jest „o mamo” niestety dziecięce uszy słyszą doskonale, ale mózg nie łapie, że nie należy powtarzać wszędzie tego, co się usłyszało :)
    A z takich zabaw chętnie bym skorzystała :)

    • Dzieci dokładnie wiedzą, które słowa są brzydkie i które, po powtórzeniu, powodują konsternację wśród rodziców :D

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén