Prądem go!


Dziś, zainspirowany przez Blogierkę i Artura z bloga Powoli. Po prostu. dołączę do tych, co się samoumartwiają swoimi „epickimi działaniami”, nad którymi winna być zaciągnięta zasłona milczenia. Na chwilę uniosę ją – a Wy się pośmiejcie. Tylko nie zdradzajcie innym, że ja aż tak zdolny jestem, co?

Pamiętacie wiersz Tuwima „Pstryk”? Kończył się tak:

(…) Któż to jest ten mały pstryk?
Może świetlik? Może ognik?
Jak tam dostał się i skąd?
To nie ognik. To przewodnik.
Taki drut, a w drucie PRĄD.
Robisz pstryk i włączasz PRĄD!
Elektryczny bystry PRRRRĄD!
I stąd światło?
Właśnie stąd!

Jak się domyślacie, tematem tego odcinka będzie prąd. Elektryczny.


Dawno, dawno temu

Ponoć prąd to nic innego niż uporządkowany ruch elektronów. Do ruchu – podobnie jak takiego lenia jak ja – trzeba je w jakiś sposób zmotywować, poprzez przyłożenie źródła prądu. Latają wtedy jak głupie – niby teoretycznie fizycy opisali całą masę praw rządzących ich przepływem. Ja tego niestety nigdy na oczy nie widziałem, ale podlegałem wielokrotnie jego wpływowi.

Ponoć gdy przychodziłem na ten świat gdzieś uderzył piorun. Komuś również przepalił się w tym momencie bezpiecznik a jeszcze komuś innemu wybuchł telewizor. Niemniej pierwsze lata żywota spędziłem sielsko i spokojnie. Nie licząc skoku na główkę z wózka oraz regularnego plucia kaszką na mleku na swoich zacnych rodziców.

Później kojarzę, że uwielbiałem bawić się elektrycznymi zabawkami. Mało ich było, ale ja należałem do grona szczęśliwców jeżdżących rosyjskim Łunochodem (na gąsienicach!) i kolejką H0. Już wtedy z lubością wdychałem swąd palących się przeciążonych silniczków elektrycznych i burczenie transformatora.

http://archiwum.allegro.pl/oferta/stara-zabawka-lunochod-na-czesci-i5551675713.html

http://archiwum.allegro.pl/oferta/stara-zabawka-lunochod-na-czesci-i5551675713.html

Pilnie też obserwowałem, przytykając do języka bateryjki 9V,  profesjonalizm kolegi, który wyginał kabel (izolowany) w łuk, zakładał ojcowską rękawiczkę i … robił tym kablem zwarcie w gniazdku. Łał!

Pewna wakacyjna wyprawa maluszkiem została przerwana po … wybuchu akumulatora! Który w miejscu docelowym został sklejony i jeszcze długo nam służył. Ale to wszystko nic.

Pralka

W niewielkiej łazience naszego mieszkania stała sobie pralka Polaru P565. Pewnego dnia, kąpałem się, jak to zwykłem co pewien czas czynić. Gdy wychodziłem z wanny oparłem się ręką o pralkę. Jakaś nieznana siła wrzuciła mnie na powrót do wody. Narobiłem wrzasku. Zobaczyłem dziwne rzeczy. Diabły, potwory, już nie pamiętam co jeszcze. Na obudowie prawidłowo podłączonego sprzętu pojawiło się „przebicie”, które wywołało tak wstrząsające doznania. Resztę wieczora przesiedziałem na kanapie ze zjeżonymi na głowie włosami. Przeżyłem. Ponoć to wtedy mój humor stał się wyjątkowo złośliwy i cyniczny. Ponoć.

Od tego czasu pralkę omijałem szerokim łukiem. Szczególnie, gdy miałem mokre ręce. Co pewien czas sprawdzałem grzbietem dłoni czy mnie ten podejrzany obiekt znowu nie kopnie. Nie kopał.  Grzbietem dłoni, bo prąd wywołuje mimowolny skurcz mięśni – odsuwając automatycznie rękę od źródła prądu. Chwyt dłonią jest nie do oderwania.

Pralka jednak nie spoczęła na laurach, kilka lat później z przyzwyczajenia sprawdziłem ją dłonią i … kopie! Pobiegłem po miernik i co, i co? Na obudowie było 110V! Na nic wtyczki, zerowania, bezpieczniki. Ale później już był z nią spokój.

Radyjko

Moja śp. babcia miała swoje ulubione radyjko. Które grało właściwie non stop. Radyjko było niewielkie, przenośne, ale wcinało baterie z apetytem godnym aligatora. Jako znany i lubiany (w pewnych kręgach) eksperymentator odkryłem, że radyjko posiada gniazdo na kabel. Charakterystycznie wycięty. Skołowałem taki kabel i triumfalnie wpiąłem je do gniazdka. Wreszcie koniec z wydatkami na baterie!

Błysnęło, huknęło, zadymiło. Na całe szczęście radyjko odratowano, ja na jakiś czas zaprzestałem pomocnych działań. Do dziś nie wiem kto i co w tym radyjku zrobił, że nie wolno go było do prądu podłączać.

Żarówka

Podczas studiów laboratoria fizyczne przebyłem bezproblemowo. Byłem dobrze do nich przygotowany jeszcze z czasów liceum. Kable, kabelki, obwody, wyładowania – wszystko ku chwale uczelni zaliczyłem. Byłem też ostatnią grupą, która korzystała podczas laboratoriów ze stanowiska z laserem. „U mnie działał”. U innych później już nie. Przypadek?

Dorabiałem weekendowo w pewnej znanej państwowej instytucji. Jako obsługa techniczna. W zakres moich obowiązków wchodziła również wymiana żarówek żarowych w pewnym studiu. Żarówki włączało się dwustopniowo, najpierw włączało się bezpieczniki, później włączało się już poszczególne żarówki – w zależności od wymagań realizatora. No to poszedłem wymieniać przepalony reflektor. Będąc człowiekiem ostrożnym, wyłączyłem bezpieczniki, wyłączyłem też napięcie na żarówkach. Przyniosłem drabinę, wykręciłem przepaloną żarówkę, wziąłem nową, dotknąłem obudowy i … W środku klatki piersiowej wybuchł ból, serce zatrzymało się na moment, sparaliżowało mi rękę. Wszystko na ułamek sekundy. Zszedłem z drabiny, ciężko łapiąc oddech. Przez chwilę wracałem do siebie. Dopiero później ktoś mi wytłumaczył, że jest coś takiego jak pojemność obwodu elektrycznego. Ot, „popieściło mnie”. Poczucie humoru uległo dalszemu zwichrowaniu.

Telefon

W mieszkaniu na studiach chciałem pociągnąć kabel telefoniczny do innego pomieszczenia. Ale najpierw musiałem odnaleźć miejsce, z którego ten kabel wychodził. Instalacja była starsza niż zamek w Malborku. Kabel namierzyłem, odizolowałem, przygotowałem kostkę do przymocowania mojego kabla. Ale zaraz czy w tym kablu jest prąd?

Widząc dwa apetyczne druciki przytknąłem je do … języka. Bo jak inaczej sprawdzić czy prąd jest? No i co tam też za napięcie może być w telefonie, prawda?

Nieprawda, kopnęło mnie tak, że zdrętwiał mi język! Uczeni w piśmie twierdzą, że w gniazdku jest 48V. Potwierdzam.

Kuchenka elektryczna

Kilka lat temu spółdzielnia mieszkaniowa zrobiła termomodernizację, usuwając z mieszkań w blokach piece kaflowe i kuchenne, doprowadzając CO, ciepłą wodę oraz modernizując instalację elektryczną – dodając specjalny obwód 230V pod kuchenki elektryczne – które nawet otrzymaliśmy w ramach projektu. Kuchenki można było podłączyć dwojako, albo do prądu trójfazowego 380V (popularnie zwanego „siłą”), albo do 230V. Wystarczyło zgodnie z instrukcją podłączyć do wyjścia kuchenki rozszyte różnokolorowe kabelki. Daltonizmu nie mam, śrubokręt izolowany (z światełkiem sygnalizującym napięcie) o taki:

PRÓBNIK WSKAŹNIK NAPIĘCIA WKRĘTAK 140mm MIERNIK

http://i.imged.pl/probnik-wskaznik-napiecia-wkretak-140mm-miernik-3879157211.jpg

mam i zdolność czytania obrazków również. Przystąpiłem u teściowej do wytężonej pracy.

Najpierw musiałem sprawdzić miernikiem czy zgadzają się kolory kabli ze schematem podłączeń – włączyłem prąd – pomierzyłem, zaznaczyłem i zapisałem. Poszedłem wyłączyć prąd. Wtedy zadzwonił telefon, po dość długiej rozmowie wróciłem dalej wkręcać kable. Wkręciłem pierwszy kabelek, przy drugim rozświeciła się żarówka we wkrętaku. Noooo tak, ja to „na żywca” wkręcałem.

Wyłączyłem prąd, dokończyłem pracę i na powrót przywróciłem zasilanie. Znowu chytry prąd nie złapał mnie w swoje ustalone przepływy.

„Złota rączka”

Kilka lat temu kupiliśmy mieszkanie. Jego poprzedni właściciel był „złotą rączką” czyli robił w mieszkaniu wszystko. Na miarę możliwości i potrzeb – odkrywaliśmy coraz to nowe niedoróbki i interesujące rozwiązania. A tu pancerny cokół pod pralkę (cegły zalane betonem – dobrze, że nie uzbrojone prętami), a tu znowu krzywo wstawione okna czy źle wygipsowany pokój. Wszystko jednak pobiła elektryka autorstwa pana właściciela.

Ciągnęliśmy instalację absolutnie od zera (czyli od licznika), rozpinając ją na kilka bezpieczników automatycznych. Elektryk wypruwał przy okazji stare kable ze ścian. W pewnym momencie przyszedł podszedł do mnie, pełen zdziwienia.

(elektryk) – Nie kopała pana ta ściana?

(ja) – No nie, bo mieszkanie świeżo kupione, nie włączaliśmy niczego w tym pokoju.

(elektryk) – Bo wie pan co, tam były rozizolowane skręcone kable w tym miejscu, zagipsowane w ścianie.

No tak, coś przy sprzedaży właściciel wspominał, że miał na tej ścianie kinkiet, który nie chciał mu działać…


I to właściwie koniec elektryzujących opowieści o prądzie. Czy były one moimi „epic fail”? Chyba nie, bo wciąż żyję i zrobię wszystko, żeby nie dać się pozbawić żywota przez urządzenia AGD czy też „prądy błądzące”.

Uważajcie na siebie i nie drażnijcie prądu! Jak bardzo poważna to może być sprawa ze stabilnym prądem świadczy dialog z filmu „Taken” („Uprowadzona”) z Liamem Neesonem.

Wiesz, kiedyś zlecaliśmy pewne zadania. Ale odkryliśmy, że kraje-zleceniobiorcy nie mają stabilnej sieci energetycznej. Państwa trzeciego świata. Czasem wciśniesz przełącznik, prąd nie płynie przez godziny, a potem przez krótki czas. Ludzie powrócili do podstaw, takich jak wyrywanie paznokci, wylewanie kwasu na skórę. Stało się to dość przewidywalne. Ale tu zasilanie jest stałe. Ani jednego wahnięcia. Możesz wciskać przełącznik, a prąd płynie cały dzień.

To jest ten słynny dialog (?) – nie dla osób wrażliwych. Niech prąd będzie po Waszej stronie!

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

43 komentarze

  1. Iza pisze:

    Sprawdzanie „na język” pobiło wszystko. Myślałam, że się popłaczę, bo obraz jak żywy stanął mi przed oczami. :) Jedno trzeba Ci przyznać, z pewnością prąd masz po swojej stronie. ;)

    • Bookworm pisze:

      Tak było, moja mina po wykryciu prądu w kablu była pewno warta wszystkiego. I to pytanie we własnych oczach: „Boże jak ja mogę być TAK głupi” :D

  2. Dotee pisze:

    O cholerka, dobrze że jeszcze żyjesz :D Mnie tylko kiedyś winda kopnęła:) Miałam w bloku taką oldskulową, z drzwiami, i żeby zwieźć rower należało jedne z drzwi otworzyć i w dziurkę włożyć klucz, żeby winda myślała, że zamknięte. Włożyłam klucz i trzymając go wcisnęłam parter. Dziwne uczucie. Nie była pod wysokim napięciem na szczęście:)

    • Bookworm pisze:

      Też się cieszę, że żyję :D Bo tak właściwie z tym prądem to loteria. Może kiedyś jeszcze piszę inne przypadki prądowe – te z pracy i nie z moim udziałem ;)

  3. Aż dziw, że jeszcze sam prądem nie razisz :D A ja tak, kilka razy kompletnie niechcący pokopałam Bogu ducha winnych ludzi prądem. Raz taka scenka miała miejsce w szpitalu, gdy byłam dzieckiem. Akurat byłam po ospie i miałam jeszcze ślady po niej np. we włosach. Pielęgniarka się zaniepokoiła, zawołała lekarza, stanęli nade mną, rozgarnęli mi włosy i…. ała! Kopnęło całą trójkę :P Podobne akcje jeszcze parę razy mi się powtórzyły, dopóki mnie samej nie popieściło lekko :P Od tamtej pory już się nie wyładowuję na ludziach ;)

  4. Monika Fiszer pisze:

    czytanie Ciebie to prawdziwa przyjemność! Ja od prądu trzymam się z daleka, mąż mój takoż, choć trochę żałuję, że nie zna się na tym, byłoby taniej i szybciej z niektórymi naprawami. No ale chyba na tym zyskuje bezpieczeństwo i zdrowie nas obojga.

  5. Ale historie!!! Chopie zainwestuj w świeczki i mijaj szerokim łukiem pralki przede wszystkim!!! Ja się prądu boję jak cholera!!!

  6. Umarłam :) Sprawa dla mnie o tyle zabawna, że jestem córką elektryka, humor prądowy dość mi bliski :) Dorzucę do Twoich jeszcze swoją historię prądową. Parę lat temu (dokładnie w 2010r.) staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami cudownego morskiego Citroena Saxo. Silnik w dieslu. Uwielbiałam go. Któregoś pięknego dnia to cudeńko zaczęło mnie „kopać”. Regularnie. Na moje skargi teść (elektryk) dał mi złotą radę – jak będziesz wysiadała z auta to najpierw złap drzwi a potem dopiero postaw nogę na ziemi. Pewnie, czemu nie, ale nie zawsze pamiętałam i od czasu do czasu mi się oberwało dla przypomnienia. Tak było do czasu, kiedy któregoś pięknego deszczowego, listopadowego poranka nie mogłam otworzyć auta – centralny nie działał. Dziecko wlazło przez bagażnik, drzwi otworzyło ale odpalić też się nie dało, bo zdechł akumulator. Jak? Otóż odczepiła się jakaś koszmarna filcowa płachta pod maską, w październiku i listopadzie padało, płachta nasiąkła, opadła i dotykała akumulatora. A tenże wypuszczał prąd na maskę poprzez mokry gałgan… a ja go rozładowywałam na sobie :D Do tej pory mam odruch żeby najpierw złapać drzwi a potem postawić nogę na ziemi przy wysiadaniu :D

  7. Hahaha, czytałam jednym tchem… wspaniale piszesz, a przygody miałeś pierwsza klasa!:-) „Pstryczka elektryczka” podczytuję dzieciom;-)
    P.S. Moje dokonanie z dzieciństwa: Babcia zwykła mówić: „Taki mróz, że język by przymarzł do klamki”. No i co zrobiłam, pobiegłam na zewnątrz, przyłożyłam delikatnie język do klamki, ale na szczęście dość ostrożnie, ale i tak go złapało. Na szczęście, oddarłam go bez większego uszczerbku. Od tej pory wiem, że absolutnie nie wolno lizać klamki zimą.
    Pozdrawiam!

  8. Blogierka pisze:

    Hehe- no zdetronizowałeś moje przygody! Korona jest Twoja! Uważaj tylko nich wychodź w niej biegać bo w przypadku burzy- piorunowanie masz jak w banku :D
    ps. Zostaje podziękować pralce Polar za Twoje poczucie humoru ;)

  9. Justyna Rolka pisze:

    Mnie kiedyś prąd nie kopnął, lecz lekko popieścił…to się zdarza nawet na toksycznym związku:) Jesteś moim giru od tematów wysokich lotów i napięć;)

    • Bookworm pisze:

      Mam nadzieję, że pieszczota była zmysłowa i delikatna :P Wierz mi, wolałbym pozostać laikiem w temacie prądów :D a latanie? Hm, a może i kiedyś to i owo napiszę :D

  10. halmanmonika pisze:

    Oj, sporo miałeś tych elektrycznych przygód. Jestem pełna podziwu, że po tym wszystkim żyjesz i masz się dobrze! Ja na szczęście nie doświadczyłam niczego takiego. A teraz mam męża elektryka (między innymi), więc prąd mi nie straszny. I żadne usterki też nie :-)

    • Bookworm pisze:

      Wiesz, bo głupi ma zawsze szczęście. Co prawda jestem za to (nie)lekko potrzepany. Mąż elektryk <3 świetny wybór! Choć jest to irytujące, chcesz zmienić jakieś AGD a ten naprawia ze stanów nienaprawialnych :D

      • halmanmonika pisze:

        Nie no, bez przesady, naprawia dwa – trzy razy, później stwierdza, że już dość się naużerał :-D Taką ma pracę, że nie zawsze ma ochotę jeszcze w domu się męczyć ze starociami!

        Dzięki za pochwalenie mojego wyboru :-D Muszę przyznać, że faktycznie dobrze mieć u boku kogoś, kto się zna na takich rzeczach. To ma też swoje minusy… w moich rękach różne rzeczy często się psują (dziwnym trafem), a wtedy mąż się wścieka. No i wiesz, zanim coś kupimy, to przez całe internetowe zasoby się trzeba przekopać w celu sprawdzenia opinii, specyfikacji produktu itd. :-P

  11. mgr inż. Anioł pisze:

    Coś jeszcze mi się przypomniało i nie mogę się powstrzymać. Historię o gościu na budowie, któremu wpadł kamień do buta. Chwycił się ręką betoniarki i próbował go wytrzepać. Kumpel to zobaczył, był pewien, że go poraziło i zgodnie ze sztuką postanowił go oddzielić od betoniarki nie dotykając. Walnął go w rękę stylem od łopaty. Oderwał go od betoniarki, przy okazji złamał mu rękę :) ale w dobrej wierze :)

  12. mgr inż. Anioł pisze:

    No! To prawdziwy inżynier-eksperymentator :) skąd ja to znam :) nie wszytskie historie, zwłaszcza te z dzieciństwa mógłbym opisać, bo wyszło by na jaw, że byłem eksperymentator-psuja-kłamczuch :) Ale z drugiej strony co to za inżynier, którego prąd przynajmniej kilkakrotnie w życiu pożądnie nie trzepnął po łapach :)

    • Bookworm pisze:

      Fakt. A z betoniarką znane, mieliśmy w liceum gościa od ZPT co się zawodowo zajmował BHP. Jego opowieści spokojnie kasowały serię „Oszukać przeznaczenie”, a to komuś ucięło palec w wentylatorze w sali ze świetlówkami, a to ktoś zginął w wannie dotykając kranu, bo sąsiad z dołu wyzerował pralkę na kranie u siebie. I im dalej w las tym bardziej rozumieliśmy, że AGD tylko czyha, żeby nas pozbawić życia :)

  13. Porażający tekst :D
    Aż trudno uwieżyć jakim uparciuchem może być zwykły prąd.
    Ale znam przypadki żywcem wyjęte z Oszukać przeznaczenie – kamienice przeżyte na własnej skórze.
    Raz dostałyśmy zlecenie na inwentaryzację jednej takiej – dwa dni przed naszym wejściem się zawaliła :P
    Robota nam uciekła wręcz sprzed nosa ;)

    • Bookworm pisze:

      Wiesz to jest to o co zawsze się Ciebie bałem zapytać. Czy się nie boisz chodzić po tych starych budowlach, ja wiem, że Ty ważysz w kategoriach motyla ale czy jakaś kamienica nie czyha niecnie na Twoje anielskie życie??

      • Anielskie, powiadasz? Hm… Jak dobrze, że są również upadli aniołowie :P
        A waga motyla po pączkach może być nieco zaskakująca ;)
        Czy czyha? Z pewnością! Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
        Ale to już pozostawię sobie na kolejną budowlaną historię :)

  14. Artur pisze:

    Rewelacyjny tekst :D Wiem, że to brzmi niezbyt dobrze, ale Twoje wspomnienia są świetne :D Dzięki za porządną dawkę emocji i dobrego humoru. Wprawdzie nie do porannej kawki, ale wczesne przedpołudnie też jest dobrą porą by naładować sobie akumulatorki na resztę dnia :D A źródło energii jest wyśmienite! W podziękowaniu wklejam Ci link do hitu wszechczasów i wszechprzestrzeni o brzemiennym w znaczenie tytule: https://www.youtube.com/watch?v=kKO9h-gG4Qg Dzięki i pozdrawiam serdecznie!

  15. BasiaK pisze:

    Od samego czytania siedzę ze zjeżonymi włosami na głowie. :D I podejrzliwie patrzę na komputer, czy mnie przypadkiem nie kopnie? ;) Ja się prądu boję. Ale urządzenia elektryczne mam i muszę ich używać. :) Oświetlenie też jakby jest niezbędne. :) Staram się jednak o prądzie nie myśleć i w elektrykę nie ingerować. Prąd też jakby traktuje mnie z dystansem i nie robi mi złośliwych psikusów. Po prostu wzajemnie sobie nie przeszkadzamy. :) I z tego co ostatnio czytam i słucham różnych opowieści znajomych, to stwierdzam, że moje życie jest nudne, bo nie ma w nim takich różnych dziwnych zdarzeń. :) I raczej wolę żeby pod tym względem takie zostało. :) Ps. Uważaj na siebie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.