Opowieści pogodne

„Prośba”

Prośba o prospekty

Urocze lata osiemdziesiąte. Było śmiesznie i dość siermiężnie. Dzieciństwo miałem bardzo wesołe, choć w pełni socjalistyczne.To było tyle lat temu, że obecnej młodzieży pewne rozrywki czy wydarzenia mogą jawić się jako opowieści z kart lektur szkolnych. Janko Muzykant, Koziołek Matołek, Bookworm on the run. Telefony tarczowe. Brak internetu.

Miasto górnicze. Osiedle z wielkiej płyty. Szkoła, sklepy, poczta.  Gdzieś był wielki „zachód”, markowe ciuchy, wypasione zabawki a w naszej rzeczywistości nawet gazety były szare a ich kolory wyblakłe, drukowane na byle jakim papierze.

Każdy z nas miał podobne pasje, bo było mało rodzajów zabawek. Kopaliśmy piłkę, zbieraliśmy znaczki, graliśmy w te same gry planszowe czy karciane, kleiliśmy te same plastikowe modele samolotów. Krótko pisząc – byliśmy „kompatybilni”, bo w lot rozumieliśmy rówieśników, którzy bawili się tak samo w to samo.

Traktowaliśmy to jako coś normalnego, czasem jednak uchylało się okienko na świat i pojawiały się…


Prospekty

Czyli odpowiedniki dzisiejszych folderów i gazet reklamowych. Początkowo, z nabożną czcią, oglądaliśmy u kolegów, mających kogoś zagranicą, prospekty samochodowe. Niesamowite kolory, wspaniały bielutki, śliski papier. Do tego katalogi przedziwnego, nieznanego sprzętu AGD. Audio i video. Dla porównania: u nas dopiero pojawiały się proste dwukasetowe „jamniki”, u nich królowały wypasione wieże z Dolby B i C. U nas gry telewizyjne i automaty, u nich pierwsze komputery osobiste. U nas nawet puszki po napojach były niepojętym rarytasem i trofeum, które nabożnie stawiało się na szafie.

Tak więc kolorowe materiały reklamowe były luksusem. Ale takim, który mógł otrzymać każdy zainteresowany, jeśli był wytrwały i miał szczęście. Oczywiście, gdy „zainwestował” część kieszonkowego w te małe ząbkowane przyklejane do kopert obiekty.

„Prośba”

Otóż wtajemniczeni posiadali adresy firm, do których można było pisać o prospekty. Jak się można domyślać, pisać należało w języku angielskim. Tekst listu zwaliśmy roboczo „prośbą”. Mało kto miał wtedy możliwość uczenia się języka angielskiego. W podstawówce królował niepodzielnie język rosyjski. Tak, korespondowaliśmy nawet z naszymi rówieśnikami ze Związku Radzieckiego. Była to wspaniała korespondencja „służbowa”.

Miałem to szczęście, że rodzice zapisali mnie na lekcje języka angielskiego. Pewnego dnia odważyłem się poprosić nauczycielkę o napisanie krótkiego listu. Mitycznej „prośby”. Napisała. Tego dnia stałem się szczęśliwym dzieckiem. Cały wieczór pracowicie pisałem listy.

Dear Sir,

My name is Paul. I’m eleven years old. I’m interested in your company.

Zaczynało się nieźle, nieprawdaż? Oczywiście, że byłem zainteresowany każdą firmą. Każdą! A właściwie jej materiałami reklamowymi.

I’d like to get some prospects of your cars.

Samochodami! Oczywiście końcówka „prośby” była modyfikowalna, cars/products tak samo jak prospects było wymienne na naklejki czy inne drobiazgi. Niestety, niewiele tych prospektów samochodowych otrzymywało się, bo raz – adresy firm były nieznane, dwa – no ile też firma mogła mieć tych materiałów i chcieć je wysyłać poza kraj macierzysty?

I would be very glad if you could send me them.

Yours sincerely

Paul

Kulturalnie, prawda? Byli też desperaci wysyłający „prośby” w języku polskim. Czasem nawet coś tam otrzymywali. Sporadycznie.

Sam tekst prośby (rozbudowywany przez wiele, wiele przepisań, w miarę rosnącego potencjału znanych słów)  przydał mi się w życiu wielokrotnie, bo był to uniwersalny wytrych do wszelakiej korespondencji. Pamiętam jeden próbny egzamin na pewną uczelnię, tak się składa, że nie władam angielskim a miałem sprawdzian z tego języka. Jedno z poleceń dotyczyło przygotowania listu z prośbą o otrzymanie informacji. Jak myślicie, czego użyłem?

Adresy

Uzyskanie adresów było bardzo trudne a one same absolutnie nieweryfikowalne. Adresy krążyły sobie między nami wesoło, na zasadzie głuchego telefonu. Przepisywane ręcznie, z wszelkimi możliwymi błędami. R zmieniało się w S, jedynka w siódemkę. Nazwy miast gubiły kody i pojedyncze literki.

Adresy przekazywało się dalej dopiero, gdy samemu się wysłało „prośbę”. Bo gdyby nas kolega wyprzedził, to co? To on by dostał a my nie!

Firmy, do których się zwracaliśmy pochodziły z różnych części Europy. Królowały Niemcy Zachodnie, ja wysyłałem również listy do Francji, Kanady, Wielkiej Brytanii oraz USA. Bardzo często nie mieliśmy zielonego pojęcia czym dana firma się zajmowała. Był adres, było miasto, jakieś dziwne literki w nazwie. I wycieczka na pocztę. I znowu kieszonkowego ubywało.

Do dziś nie wiem dlaczego wysyłaliśmy listy a nie kartki pocztowe. Może, żeby na poczcie nie „zgapili” naszych wypracowanych i wymęczonych „próśb”?

Łupy

Po szkole punktem obowiązkowym była skrzynka na listy. Bo może coś w środku jest. Gdy w skrzynce pojawiała się koperta, serce uderzało z emocji z całych sił. Wyjmowaliśmy korespondencję i …

Jest! Koperta, znaczek, z nabożną czcią rozrywaliśmy opakowanie, tak aby nie uszkodzić znaczka. Koperty często były uszkodzone, podejrzewaliśmy, że już na etapie poczty ktoś nas grabi z „nam należnych łupów”. Czy tak było? Nigdy się tego nie dowiemy.

Co w środku? Różności. Pamiętam foldery samochodowe, komputerowe, mapy turystyczne miast i regionów Francji, parków narodowych w USA i Kanadzie. Naklejki i kolorowe zakładki, pocztówki. Wszystko na wspomnianym cudownie kredowobiałym papierze, pachnącym oszałamiająco świeżym drukiem. Otrzymałem kiedyś pokaźną broszurę z firmy KRUPP. Oferty narciarskie w kurortach alpejskich.

Czasem w kopercie był krótki list, dziękujący mi imiennie za okazane firmie zainteresowanie. Siedziałem ze słownikiem nad tą korespondencją, wyobrażając sobie osoby, które do mnie pisały. Bardzo im jestem wdzięczny, bo dzięki nim moje dzieciństwo było dużo bardziej kolorowe. Do dziś siedzą mi w głowie pewne nazwy miast, firm, regionów, bo ich materiały miałem miałem w rękach dziesiątki razy. Przeglądałem fotografie, od nowa deszyfrowywałem teksty. Gdy otwierałem prospekty przenosiłem się gdzieś, na drugi koniec Europy i wsiąkałem w fotografie reklamowe. Chłonąłem jak wygląda świat tak bardzo różny od naszego socjalistycznego.


Bardzo jestem ciekaw jak to wyglądało z drugiej strony. Codzienna korespondencja w firmie, listonosz wyciąga z torby kilka – kilkanaście faktur, po czym mówi: „i jeszcze mam worek korespondencji z Polski – pan poczeka, tylko przyniosę z auta”. Czy te listy trafiały do kosza? Czy ktoś je czytał, próbował zrozumieć, czy automatycznie pakował przesyłki reklamowe? A może było jakieś losowanie, bo przecież wysyłka listów była w moich czasach, wśród moich kolegów była powszechna.

Ciekawe czy ten ktoś po drugiej stronie zastanawiał się ile radości taka odpowiedź niosła gdzieś, jakiemuś nastolatkowi w jakimś dziwnym kraju w Europie?  Pewno nigdy nie poznam na te pytania odpowiedzi. I tak sobie myślę, że w dobie wszechobecnych maili, MMSów autentycznie szkoda, że listy odchodzą do lamusa.


No i proszę, patrząc na Wasze komentarze, wysyłanie „próśb” było powszechnym zjawiskiem. Zajrzyjcie do arcyciekawego wpisu Witka, on z tej dziedziny sportu uczynił prawdziwą olimpiadę, triumfując we wszystkich kategoriach.

http://www.zdolnyaleleniwy.pl/dary-losu-w-prl/

66 Comments

  1. Pamiętam! trudno było zdobyć i adres i treść listu ;) U nas chłopaki z podwórka wysyłali do Matchbox, dziewczyny do Coca-Coli. Ale była radość jak coś wysłali!

  2. Karolina Kwietniewska

    Wiekowo jestem nieco młodsza, niestety w latach dziewięćdziesiątych a przynajmniej w moim otoczeniu nikt o prośbach nie słyszał, jednak listy się słało, do siostry a w środku zawsze były jakieś „przydasie” ot taki magiczny czas który nigdy nie wróci :(

  3. Te prośby, kuzyn wysyłał… Wiem bo zawsze na święta o tym wspomina i wtedy tak się cieszy jakby wczoraj dostał tą przesyłkę. Puszki po piwie, kufle zbiera do dziś

  4. Karolina Kwietniewska

    Wiekowo jestem nieco młodsza, niestety w latach dziewięćdziesiątych a przynajmniej w moim otoczeniu nikt o prośbach nie słyszał, jednak listy się słało, do siostry a w środku zawsze były jakieś „przydasie” ot taki magiczny czas który nigdy nie wróci :(

  5. Twoja kolekcja jest NIESAMOWITA – nawet opisywanego u mnie na blogu Oltcita masz :) Szkoda, że nie mam NIC z moich starych zasobów, bym Ci wysłał…

  6. nigdy nie wysyłałam takich próśb, choć jestem dzieckiem tych samych czasów. Ja u brata przyjaciółki podziwiałam puszki po piwie ustawione w równiuśkie rzędy na szafkach pod sufitem. Były oczywiście FAXE ale i inne, ale to faxe pamiętam,

    • Dziewczyny chyba nie wysyłały, w tym czasie też nimi się niezbyt interesowaliśmy (i vice versa) ;) stąd mam pewne luki w wiedzy co kto robił ;)

      • swoją drogą to ciekawe zagadnienie socjologiczne, czemu raczej chłopaki, a dziewczyny nie? Były wychowywane na bardziej pokorne i mniej przedsiębiorcze??? ugh!!!! lub inna onomatopeja

        • Sporo tych dziewczyn, co znam, to nie podlegają definicji „pokorne i mniej przedsiębiorcze” – może i rodzice starali się na takie je wychować, ale nie dały się – zuch kobitki ;)

          • a no i właśnie. W weekend czytałam dla relaksu Ziemiańskiego Żołnierzy grzechu. Taka tam prosta i niezobowiązująca fabułka sensacyjna. Zajęła mi kilka stron. Ale tam wpadłam właśnie na motyw zbierania ulotek i prospektów i od razu o Was pomyślałam – o Tobie i Witku M.

  7. Piotrek

    Przypomniałeś mi dawne fantastyczne czasy. W
    moim przypadku wszystko to co 30 lat zdobyłem wysyłając prośby zostało u mnie
    do dziś J Próśb już nie wysyłam ale zbiory rosną J http://www.carbrochures.cba.pl Pozdrawiam serdecznie

  8. Piękne masz wspomnienia…nie doświadczyłam podobnym emocji, ale osobiście czekałam na listy miłosne;))

  9. Jej ale sentymentalny wpis! Urocza historia. Nie znam tego z autopsji, ale jako rocznik 88 wiem, co to pisanie listów i wyczekiwanie na odpowiedź. Do dziś z jedną koleżanką koresponduję sobie listownie, a mężowi wysyłam pocztówki, walentynki i piszę liściki miłosne.

    P.S Myślisz, że dzisiejsza miłość dzieci do ulotek, to coś podobnego do twojej „prośby” ?:)

  10. MAc

    Nomm… :) Jestem ’76, ale od ok ’85 ganiało się – poczta skrzynka. I jeszcze u nas na dzielni
    regularnie gity okradali skrzynki z przesyłek. Rosło się w oczach
    koleżków, kiedy np. z DieErste doszła PAKA z koszulkami, frotkami,
    grami, długopisami, czapkami i innym luksusowymi bajerami, o których
    nawet nikt z nas nie marzył. Regularnie naklejki, długopisy – na
    przerwach przehandlowywane za kanapki a czasem za ‚pomoc online’ przy
    zbliżającej się klasówce. ‚Prośby’ często przybierały taką długość i
    formę, że obecnie jak sobie je przypominam to powinny trafiać do
    programu Jaworowicz a nie do działów marketingów firm-adresatów :).
    Bosko było . I raz w tygodniu wyprawa do Pewexu na dzielni, gdzie pani
    dawała nam puste kartony po fajkach z zachodu i katalogi. A teraz co?
    Gazetka z lidla – wkurwienie bo śmiecą i do kosza…

    • O, prawie mój rocznik :D
      Na Pewex nie wpadłem, ale to nie była „moja dzielnia” niekoniecznie się osiedla ze sobą lubiły.
      No teraz trzeba szukać innych rozrywek…

  11. Mac

    Nomm… :) Ganiało się – poczta skrzynka. I jeszcze u nas na dzielnie regularnie gity okradali skrzynki z przesyłek. Rosło się w oczach koleżków, kiedy np. z DieErste doszła PAKA z koszulkami, frotkami, grami, długopisami, czapkami i innym luksusowymi bajerami, o których nawet nikt z nas nie marzył. Regularnie naklejki, długopisy – na przerwach przehandlowywane za kanapki a czasem za ‚pomoc online’ przy zbliżającej się klasówce. ‚Prośby’ czsami przybierały taką długość i formę, że obecnie jak sobie je przypominam to powinny trafiać do programu Jaworowicz a nie do działów marketingów firm-adresatów :). Bosko było . I raz w tygodniu wyprawa do Pewexu na dzielni, gdzie pani dawała nam puste kartony po fajkach z zachodu i katalogi. A teraz co? Gazetka z lidla – wkurwienie bo śmiecą i do kosza…

  12. Do ,,darów” podchodziliśmy z nabożeństwem. Pamiętam katalogi Matchboxa, Lego. Puszki na szafie i ,,kolorówki” z Zachodu. Kurcze, myśmy nawet należąc do TYCH z dostępem, celebrowali Coca-colę, video, Levisy. Jeszcze latem `89 tak zazdrościłem Jugolom ich dostępu do Walta Disneya i całego tego koloru. U nas było wszystko tak siermiężnie szare.

    • O, puszki! To był rarytas, te stosy stojące na szafach tych „z dostępem” ;) I jakże potrzebne do odpalania mieszanek saletry i cukru…

      • I o tą saletrę z cukrem głównie się rozchodziło. Ja dość szybko nauczyłem sie robić proch strzelniczy. Zorganizowałem …… Teraz już można się przyznać. ;) Amnestia była i przedwnienie objęło. ;) B-)

        • No to Ty mocno zaawansowany byłeś :)

          • Dorwałem książkę ,,Między zabawą a chemią” Żlijko K. Kostiićia :D B-)

            nadal ją mam. Lepiej ją schowałem przed młodocianymi, niż moi rodzice. :D

          • Dorwałem odpowiednią ksiażkę dla chemicznych hobbystów. Mam ją do tej pory. Tylko przed młodocianymi schowałem lepiej niż rodzice. :) B-)

  13. Nigdy nie wysyłałam takich listów, szczerze mówiąc to nawet nie wiedziałam, że ktoś tak robił :)
    Ale faktycznie, coś w tym jest. W tej granicy pomiędzy naszym światem a „resztą”. Zakazane tajemnice, kraje, o których każdy miał tysiąc wyobrażeń…
    I dzięki Twojemu tekstowi właśnie zdałam sobie sprawę jak wiele dzieli nas, dzieci PRL-u, od obecnych dzieciaków.
    Było życie, marzenia, a oni mają te zabawki, o których myśmy nawet nie mogli pomarzyć. Nasuwa się pytanie, kto tak naprawdę ma lepsze dzieciństwo ;)
    Pozdrawiam wieczornie :)

    • Z tymi wyobrażeniami masz rację. Pierwszy raz przekroczyłem granicę dopiero w liceum i wszystko było taaaaakie dziwne. Do tego banany tak może z raz w roku? Soczek ze słomką z „darów”. Place budów osiedli. No i nie byliśmy tak sterylnie chowani, bardziej wierzyliśmy w swoje siły. Albo tak każdemu pokoleniu się zdaje? :) Miłego wieczoru również :)

  14. Pawel ja zupelnie tego nie znalam, chyba wsrod moich znajomych nikt nie korzystal z tego pomyslu, kurcze, ale jak taka firma byla zalana prosbami z Polski, to rzeczywiscie do dzisiaj to pamietaja i moze wlasnie takimi na tez pamietaja. Pozdrawiam serdecznie Beata

    • I dlatego taki ciekaw tego jestem :) Może inne dzieciaki, z innych krajów też tak wysyłały? :D Miłego wieczoru :)

  15. Chyba tylko ja ani nie wysyłałam, ani nie wiedziałam o tym wszystkim, ale to dlatego, że aż do końca lat 80tych szczytem moich marzeń była zabawa resorakami i oglądanie Misia Colargola na telewizorze Jowisz :D Nurkuję we wspomnieniach, ale głucho wszędzie…

    • I staram się młodemu wytłumaczyć, że kiedyś telewizory były czarno-białe, wieczorynka miała 10 minut. Dwa programy (plus 1 czeski). I że miałem jednego (słownie jednego!) resoraka firmy matchbox, więc siłą rzeczy siedziałem cały czas na dworze, ale nie wierzy. I mu się nie dziwię, bo to opowieści bardzo dziwnej treści… Colargola nie lubiłem, taki jakiś lizusowaty był, Uszatek też ;)

  16. Cholera, cholera, cholera. Od sierpnia chciałem o tym napisać. Ale i tak napiszę. :) Swoją drogą ja miałem trochę inną treść. Nie wiem jakie u Ciebie rozmiary osiągnęło to hobby, ale my z bratem nieźle to rozbujaliśmy. Jak to wyglądało z drugiej strony? Pamiętam kilka ciekawych historyjek, które znajdowały się w listach. ;)

  17. Qurcze, to były czasy! Człowiek potrafił sięcieszyć z bylebroszur! I ile przy tym fantazjowania, radochy, itp. Wpis ewidentnie mogę posumować #gimbynieznajo;)

  18. Bookworm on the run był już w tamtych czasach? Że ja nie wiedziałam. ;-) O przepraszam, gazety były kolorowe. W każdą sobotę, no może co dwa tygodnie, już nie pamiętam dokładnie, wychodził „Dziennik ludowy” z kolorowym plakatem jakiegoś idola w środku. Problem polegał na tym, że liczba jego egzemplarzy była ograniczona, więc trzeba było wstać o 5 rano, pędzić do pociągu, podjechać jedną stację i śmigać do kiosku, po to by zdobyć plakat, który potem lądował na ścianie. :-) Ja takich próśb jak Ty nie pisałam, pisałam za to listy do przyjaciół z ZSRR. :-) Czasami się zastanawiam czy wspominamy tamte czasy dlatego, że było tak fajnie, czy dlatego, że byliśmy wtedy młodzi i stąd ten sentyment. ;-)Fajny wpis Ci wyszedł, budzi wspomnienia. :-)

  19. Pamiętam te czasy … z tą różnicą, że ja od najmłodszych lat władałam językiem angielskim i wszyscy zwracali się do mnie z prośbą o tłumaczenia. Ja nie pisałam do firm ale było coś takiego jak pen pal club i tam miałam kilku korespondentów… najbardziej rozbroił mnie fakt jak Włoszka o imieniu Andrea, z którą wymieniłam kilka listów okazała się być facetem :P.

  20. Iza

    Nie wiem czy moi koledzy tak robili, ale Mój Mąż tak. Bardzo często wspomina te czasy, właśnie ze względu na radość (i chyba także współzawodnictwo) jakie wiązały się z otrzymywaniem tych zagranicznych przesyłek. :)

  21. viviwege

    Moja szefowa mawiała, że starość zaczyna się wtedy, kiedy miejsce marzeń zajmują wspomnienia. Zaczynam się o siebie martwić, bo obejrzenie na Facebooku tych samych zdjęć, tego samego osiedla i poczty :) i u mnie wywołało lawinę wspomnień…

    • Tam starość, można mieć i marzenia i wspomnienia ;)
      Czekaj, czekaj, skąd Ty wiesz, które ja osiedle oglądałem? :D
      Jeszcze trochę to się okaże, że mieszkaliśmy w tym samym bloku…

      • viviwege

        Mów mi Sherlock :)
        Mojego bloku na fotkach wspominkowego fanpejdża nie widać (i tu wychodzi ta moja mentalna starość – Ty trafiłeś na fotkę przypadkiem, a ja stronkę dzieci PRLu z rozrzewnieniem obserwuję).

        Mieszkałam w tych nad wąwozem. Z powodu przepełnienia „dyszki” dzieciaki z mojego rzędu bloków przeniesiono do nowo otwartej szkoły 28, więc nie mieliśmy się raczej okazji poznać.

        • Też obserwuję :), to nie był przypadek tak naprawdę. Mój blok był tuż przy SP10. Do szkoły miałem najbliżej w linii prostej… A rejonizacja nastąpiła w mojej klasie szóstej…

  22. Pamiętam doskonale te czasy! Sama co prawda takowych próśb nie wysyłałam, ale robili to moi koledzy :)

    • Właśnie, pominąłem całkowicie nieznany mi wtedy aspekt kobiecy, czyli dziewczyny nie wysyłały… No tak :(

      • Ja wysyłałam do LEGO :) i do Fan clubu zespołu Europe :) :D :D – odpisali – to była moj najcenniejszy skarb :)

        • No to przebiłaś nas całkiem… :D

        • Lego? Od nich nigdy nic nie dostałem. Miałaś niezły adres. Gratki. Pamiętam, że u mnie na osiedlu pewniakiem była COCA COLA po kilku miesiącach czekania każdy dostawała zestaw naklejek z logo. W połowie lat 80. to było coś.

          • Fakt, była Coca cola :) też dostałem. Że też niewiele więcej pamiętam z „łupów” ;)

  23. pisz, pisz zwykłe listy nadal, a będę miała pracę! Pamiętam, że jak udało się dostać katalog klocków Lego, to się było kimś na dzielni… A teraz czekam aż dzieci pójdą spać i się klocuszkami bawię…

    • Klocków, do spółki z braćmi, to mieliśmy jeden zestaw :D A teraz? Teraz tego całe pudło stoi, chyba w końcu ja coś sam zbuduję ;)

      • ja nie miałam wcale. Dzieciaki mają ogromne pudło, póki co duplo, kolejny Gwiazdor przyniesie spełniając marzenie męża i dzieciaków o kolejce :) nie wiem, kto z naszej czwórki bardziej artystycznie buduje. Jedno wiem na 100% to zabawka rodzinna, zupełnie jak gry planszowe

        • Potem wykształca się podział, jedni budują drudzy burzą. Ci pierwszy zawsze w niedoczasie ;) Kolejka – super :D Też to przerabialiśmy, teraz już przeszliśmy na marzenia zdalnie sterowane.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén