Wakacje!

Mroki miasta. Po hiszpańsku


Noc to taka dziwna pora, gdy nawet znane drogi stają się mniej znane, gdy nawet prosta trasa powrotna potrafi się skomplikować. W świetle reflektorów samochodowych dotychczas miłe i sympatyczne w świetle słonecznym uliczki straszą swoim wyludnieniem i mrokiem. Miękkie mruczenie silnika przestaje być kojące, a błądzący kierowca ma ochotę wyjść z pojazdu na środku ronda, trzasnąć drzwiami i wrócić do domu na piechotę. Albo wpław.


Nawigacja

Po mojej wesołej przygodzie w Czechach („mroki miasta. Po czesku”)

Mroki miasta. Po czesku

Mroki miasta. Po czesku

kupiłem okazyjnie nawigację, która ma jedną niewiarygodną zaletę. Dożywotnią aktualizację map Europy. Dożywotnią dla urządzenia, bo przecież nie dla mnie. Korzystałem z niej na niemieckich autostradach i bardzo sobie chwalę. Wobec tego oczywistym było, że pojedzie ze mną do Hiszpanii. Uaktualniłem mapy, przygotowałem wtyczki i przejściówki (w aucie korzystam z zasilania z gniazda USB, przewidywałem, że wynajęte auto nie będzie miało takich udogodnień, więc wziąłem uniwersalny wtyk do gniazda zapalniczki).

Po przyjeździe na parking pod Okęciem musiałem pamiętać o całej sekwencji działań. Wysadziłem rodzinę z bagażami przy busie transferowym, pojechałem dobre 400m dalej zaparkować pojazd, schowałem tablet, porwałem plecak, nawigację, ładowarkę, pakiet dokumentów, wodę i pobiegłem kłusem, dyndając przejściówkami i kablami, do busa  zapewniającego transfer na lotnisko.

Nerwy, pośpiech, niemniej na lotnisko dotarliśmy, bagaże nadaliśmy, na Minorkę dolecieliśmy. Po kolacji rozlokowaliśmy bagaże (z trzech walizek) i oddaliśmy się wypoczynkowi. Nawigacji nie wyciągałem, bo auto mieliśmy wypożyczyć dopiero za kilka dni.

Gdzie ona jest?!

Nadszedł dzień zamówienia auta. Nazajutrz mieliśmy śmigać pojazdem po wyspie, więc sięgam do walizki po nawigację i … nie ma nawigacji. Oczywiście, do tematu podeszliśmy spokojnie. Nie ma, to nie ma. Ale…

… no dobra. Uratuje nas tylko spokój. Damy radę. Użyjemy mapy. Mapeczki. Takiej gratisowej. To zresztą taka świecka tradycja związana z wypożyczaniem przez nas pojazdów zagranicą. Jeździmy używając dziwnych mapek ale o dziwo trafiamy na miejsce. Wcześniej czy później.

Poranna wycieczka

Dzień zaczął się jak w dobrym horrorze. Czyli… spokojnie. Przebiegłem dla relaksu niecałe 5km, wykąpałem się w morzu, dwie godziny później odebrałem pojazd. Co zresztą opisałem dość obszernie we wpisie „Ben Hur i Adam O.”

Ben Hur i Adam O., bwotr.pl

Czas przedobiedni spędziliśmy na podróżowaniu na najpiękniejszą z plaż na Minorce oraz do groty pirata Xoroi (co pewno wkrótce opiszę). Wróciliśmy na obiadek, przebimbaliśmy popołudnie przy basenie i po kolacji ruszyliśmy na podbój Ciutadelli wieczorową porą.

Lubicie piękne zabytkowe miasta nocą? Lubicie. A ja nienawidzę ich, jeśli mam je zwiedzać autem. Dlatego ponieważ iż, gdzieś należy autem zaparkować (najlepiej jak najbliżej centralnego punktu miasta a możliwie na tym punkcie) i po owocnym zwiedzaniu należy znaleźć pojazd i powrócić nim do hotelu. I wszystko byłoby fajnie, ale zupełnie nie wiem dlaczego WSZYSCY turyści mają podobny pomysł. Efekt jest taki, że się spotykamy pojazdami przy centralnym punkcie miasta, w wiadomym celu.

No dobra, przyspieszę opowieść – zaparkowaliśmy. Udaliśmy się na przechadzkę i na drobne zakupy. Bardzo udane. Na ręku miałem mój magiczny zegarek Polar M400, który ma funkcję „powrotu do domu”, którą uaktywniłem. I tu dygresja. Jedną z najgłupszych nazw opcji w pojazdach jest „follow me home”, która polega na … poświeceniu reflektorami przez chwilę, co ma ułatwić powrót kierowcy do domu. Genialna i nazwa, i funkcja. Sporo kierowców parkuje na parkingach osiedlowych i nie wraca w kierunku, w którym świecą reflektory. Albo parkuje w garażu. Świetna i przydatna opcja, nieprawdaż?

W każdym razie zegarek oferuje opcję powrotu do punktu startu. Ma wbudowany GPS i choć nie ma wgranych map, pokazuje strzałkę dokąd biec/iść i odległość do punktu startu. Co się świetnie sprawdziło podczas naszej wieczornej przechadzki. Zegarek błyskawicznie łapał „fix” po wyjściu ze sklepów raz za razem. I doprowadził nas do miejsca parkowania bardzo, bardzo sprawnie.

Mapka

Już wracając zacząłem się martwić. Nie, nie tabunami ludzi przewalającymi się przez ulice. Nie, nie sznurem pojazdów i korkiem w centrum. Tym, że nie widziałem ani jednej tablicy ukazującej kierunek wyjazdu z centrum. Co prawda dokładnie wiedziałem gdzie parkujemy i w którym kierunku powinienem wracać. Było tylko jedno „ale”. Po drodze była zatoka. I wcale nie byłem pewien czy droga, którą dzień wcześnie przybiegłem do Ciutadelli, przez przypadek nie była jednokierunkowa.

CZas

Prócz tego byłem pewien dwóch kwestii. Muszę zdążyć na 22.30 (bo jest występ prestidigitatora, na który junior chciał zdążyć) oraz…, że mam niewiele paliwa w baku. Na ile km? Nie wiem. Nie świeciła się rezerwa ale strzałka była niebezpiecznie nisko. Niby to nie problem ale… na Minorce stacje benzynowe są czynne krótko, później pozostaje dzwonić po pomoc.

Czas nas gonił. Włączyliśmy się do ruchu, płynnie przedarłem się przez główny plac, skręciłem w prawo kierując się na port. I … tak. Wykrakałem. Droga jednokierunkowa a więc nici z powrotu „śladami mojego biegu”. Wracamy, no i znowu przedzieranie się przez centrum miasta. W przeciwnym kierunku, który był opisany jako droga na drugi koniec wyspy! Przejechaliśmy przez kilka rond i … wyjechaliśmy z miasta ale w przeciwną stronę. Nic konkretnego nie było znaczone. Powrót na rondzie i … ponownie centrum, główny plac, tłok, korek – niedobrze.

Jedno jest pewne w wynajmowanych pojazdach. Że światła, choć świecą, to mają uszkodzone regulatory wysokości snopu światła. Po prostu. Tak było i tym razem, więc zasięg świecenia był tak gdzieś 15m przed pojazdem. Nie ułatwiało to jazdy, bo nie podświetlało znaków. Oczywiście, gdyby takowe były.

I tak kilkukrotnie przejechałem przez centrum, wyjeżdżając z miasta w różnych kierunkach. Dojeżdżając do rond wylotowych, kręcąc na nich kółka, czytając opisy na strzałkach. Samochody, które mijaliśmy, zaczęły wyglądać znajomo. Inni turyści również próbowali bezskutecznie wyjechać z miasta.

Gdy wydawało się, że będziemy się tak bawić całą noc, lub tyle, na ile starczy nam benzyny, zatrzymałem auto na bocznej drodze. Wyjąłem komórkę, odblokowałem transfer danych w roamingu. I po 20 minutach piłem chłodne piwo czekając na rozpoczęcie wieczornych pokazów w hotelu. Jakim cudem?

Maps Google

Otóż w odpowiednim momencie przypomniały mi się dwie rzeczy. Raz – stwierdzenie kolegi, który zachwalał zalety Maps Google, które stało się od pewnego czasu skuteczną nawigacją, dzięki której ma się nawet informacje o natężeniu ruchu w danych odcinkach dróg. A dwa? Od lat wyjeżdżając zagranicę blokuję transfer danych w roamingu. Koszty bywały kosmiczne, znajomy używał nawigacji online przez pół Europy. I po powrocie przekazał pół wypłaty operatorowi – zabiły go własnie koszty przesyłu danych.

Ale od pewnego czasu ceny w EU spadły, stąd też po krótkim wahaniu rozbroiłem blokady i skorzystałem z mapy Google.

W drodze powrotnej widziałem zatrzymujące się w rozpaczy przy środku ronda auto z młodzieżą, to byli jedni z błądzących wraz z nami. Droga powrotna była ukryta, bo wymagała skrętu i przejazdu przez uliczki, w których dosłownie diabeł mówił dobranoc. Do tego rzeczywiście z miasta trzeba było wyjechać w najmniej oczekiwanym kierunku i dużym łukiem powrócić na jego północną część. Wjeżdżając w uliczki ciemne, bardzo wąskie i wyludnione.

A po powrocie do kraju przeanalizowałem układ ulic i uliczek w mieście. Nawet na Maps Google nie wszystko było dobrze zaznaczone, mieliśmy duże szczęście, że nie wprowadziło nas w uliczki pod prąd. W trybie mapy wszystko wydawało się OK, w trybie podglądu zdjęć widać było zakaz wjazdu z danej strony i wyjeżdżające auta.

Myślicie, że to koniec historii? Nie. Czeka Was jeszcze rozdział pod tytułem:

W poszukiwaniu zagubionej nawigacji

Nawigacji nie było w walizkach. Nie było w pokoju. Kierowca busu transferowego z Okęcia też nie przypominał sobie żadnej zguby. Oczywiście w aucie też nawigacji nie zostawiłem, więc pozostała jeszcze jedyna szansa – biuro rzeczy zagubionych na Okęciu. Zadzwoniłem tam rankiem po przylocie. Niestety zguby brak.

Poszedłem zanieść walizki na strych. Przed wyniesieniem sprawdziłem wszystkie kieszenie walizek jeszcze raz. I … wyjąłem z jednej z wewnętrznych, wielokrotnie sprawdzanych kieszeni nawigację. Była niewielkim wybrzuszeniem przy ściance walizki, zupełnie niewidoczna. Po prostu ukryła się, śmiejąc z naszych przygód. Złośliwość rzeczy martwych? Najwidoczniej.

20 Comments

  1. Nieidealnaanna

    Dla mnie to byłby horror, bo moja orientacja w terenie jest żadna (pamiętasz przygodę z lasem). Mąż na szczęście ogarnia sytuację i najczęściej ratuje go właśnie Google Maps. Nigdy nie narzekam, że coś tam sprawdza, grzebie się i przedłuża dojazd, grunt aby dojechać do celu :)

  2. Olga Nina

    Ale śmieszne! Chyba dla mnie nawet bardziej, bo my też mieliśmy takie samochodowo-gps przygody :D
    Ja też zawsze wyłączam przesył danych w komórce gdy jestem za granicą, ale w tej sytuacji to chyba najlepsza możliwa opcja. Ile za to zapłacisz? Kilka złotych, może kilkanaście? A ile czasu, problemów i nerwów zaoszczędzonych?
    PS. Ja też nie lubię jeździć po nocy, gdy trzeba zaparkować, zwiedzać, a potem odnaleźć samochód. Nie chcę powielać szowinistycznych stereotypów, ale w tym przypadku ani parkowanie ani orientacja przestrzenna nie są moimi mocnymi stronami ^^ Całe szczęście, że nigdy nie jestem sama w takich sytuacjach :D

  3. Ale śmieszne! Chyba dla mnie nawet bardziej, bo my też mieliśmy takie samochodowo-gps przygody :D
    Ja też zawsze wyłączam przesył danych w komórce gdy jestem za granicą, ale w tej sytuacji to chyba najlepsza możliwa opcja. Ile za to zapłacisz? Kilka złotych, może kilkanaście? A ile czasu, problemów i nerwów zaoszczędzonych?
    PS. Ja też nie lubię jeździć po nocy, gdy trzeba zaparkować, zwiedzać, a potem odnaleźć samochód. Nie chcę powielać szowinistycznych stereotypów, ale w tym przypadku ani parkowanie ani orientacja przestrzenna nie są moimi mocnymi stronami ^^ Całe szczęście, że nigdy nie jestem sama w takich sytuacjach :D

    • Jak widać na powyższym wpisie, wszyscy jesteśmy równi, to ja miałem problem i z parkowaniem (no, może brakiem miejsca), i z orientacją w rondach, rondkach, skrzyżowaniach i walce o miejsce na pasach ruchu ;)

  4. No pięknie proszę Pana, pięknie :) ale gratuluje pomysłowości w szukaniu powrotu do „domu” :)

    • Nie wiem czy oglądałaś film „Pechowiec” z Pierrem Richardem. Tak mi się wydaje, że ja jestem katalizatorem dla różnych tego typu przypadków ;)

  5. Ha, ha, ha – to wam nawigator zafundowała wakacje! Na wyspach hiszpańskich nigdy nie jeździłam, ale ląd jest pełen jednokierunkowych uliczek. Jeździliśmy w taki sposób po Barcelonie i mimo iż mieliśmy nawigację to wiele nam ona nie pomogła, ponieważ wciąż kazała nam zawracać na główną drogę, do której trzeba było jechać na około, bo byliśmy po złej stronie naszego kierunku – na dodatek była potwornie zatłoczona.
    Ponieważ mamy oboje niezłą, a nawet bardzo dobrą orientacje w terenie postanowiliśmy wyjechać z miasta bocznymi uliczkami. Co z tego kiedy były one jednokierunkowe i to wciąż w złym kierunku…. ;)

    • Moim poprzednim osiągnięciem (sprzed kilku lat) był wjazd na zabytkowy rynek stolicy Majorki :D bo był objazd i się pogubiłem. A wjazd zakończył się ścianą ceglaną i niestety trzeba było cofać. Nikt mnie na szczęście nie rozstrzelał, za mną jechali pogubieni taksówkarze. Miasto, w którym pracuję (Rybnik) jest zdominowane przez drogi jednokierunkowe. Kto źle skręci niestety musi sporo nadrobić, żeby uciec z jednokierunkowego centrum ;)

      • Acha, czyli masz już wprawę w błądzeniu po Hiszpanii. I na dodatek zmylasz taksówkarzy, którzy Ci ufali! :D

        • Tak. Na to wychodzi. Do tego w każdym obcym mieście ktoś mnie pyta o drogę. No nie wiem, zaufanie takie wzbudzam? Wszędzie wyglądam na tubylca? :D

  6. Dobre. Może dobrze, że ta nawigacja tylko taki „numer wywinęła”. Myśmy jadąc zgodnie z nią w Polsce się zagubiliśmy. Jakoś mapa się nie zaktualizowała, że droga się zmieniła. Ja tam zazwyczaj pasażer, ale tata woli sprawdzoną metodę spojrzenia na mapę, nawet tak w komputerze. Z nawigacją nie lubi jeździć, ale ma pamięć do zobaczonej drogi.

    • Ja wczoraj „złamałem system”. Maps Google literalnie wyprowadził mnie do lasu, szukałem pewnego ośrodka wypoczynkowego wg adresu ulicy. Po przekodowaniu nie wg adresu, ale danych ze strony ośrodka poprowadził mnie wielką pętlą. Nie wytrzymałem, zatrzymałem się i zapytałem tubylców. I dojechałem jak po sznurku ;)

  7. z tą nawigacją to niezła historia, mi często rzeczy robią na złość i się ukrywają ;) i nie wyobrażam sobie podróżowania bez nawigacji :)

    http://dolacomiwduszygra.blogspot.com

  8. Google Maps to świetny wynalazek. Połaczony ze Street View jest nieoceniony. Miały te usługi (na szczęście czas PRZESZŁY) kilka felerów – pierwszy: fotki i ,,drogi”, często kończyły się na poczatku miejscowości do których chcieliśmy wjechać. Drugi – jak wspomniałeś ,,pobór” danych. Fart, że mam dość duży pakiet w roamingu, lub miejscową kartę pre-paid. :)
    W ostateczności pozostaje kompas, mapa. Bonus w postaci możliwości powiedzenia ,,a nie mówiłem” – I co WY BYŚCIE be zemnie zrobili ? Sami z tymi GPSami i …… ;)

    • Ze street view jest śmieszna historia w Niemczech. Bo jest z mocy prawa wyłączony. Nie ma. Są tylko punkty ale nie pełna widoczność ulic.

  9. Bardzo lubię Google Maps, oczywiście zaraz po tych papierowych. W każdym miejscu gdzie jestem kupuję mapę papierową, bo lubię. :-) Oczywiście takowa też jest martwa, nawet chyba bardziej niż ta google i też potrafi złośliwie się ukryć. ;-) Nawigacji nie lubię, nie będzie mi jakaś obca baba mówić gdzie mam jechać. Ale zegarek masz fantastyczny. Gdzieś już chyba o nim pisałeś, muszę doczytać. :-)

    • Wiesz, miły kobiecy głos można zmienić na ciepły męski ;)
      Zegarek przy wczorajszej pokrywie chmur naliczył mi przez dwie przecznice od domu podbieg 395m! I że mieszkam na poziomie morza (Na Górnym Śląsku) Więc z tymi zdobyczami techniki to wiesz ;) różnie bywa.
      Aha, zegarek to Polar m400 – dopiero napisałem I część testu :)

      • Nieee, facet też mi nie będzie dyktował kierunku jazdy, nawet taki o ciepłym głosie. :) A to dlatego, że ja sama robię za nawigację i mojemu mężczyźnie, który jest kierowcą ( taki mamy podział ról ), dyktuję mniej lub bardziej miłym głosem ( w zależności od mojego humoru) gdzie ma jechać. :) Zazwyczaj dojeżdżamy bezproblemowo, bo wcześniej potrafię całą trasę przejechać na street view :), co by mnie nie zaskoczyły nasze polskie drogowskazy. Bo zaskoczyć potrafią. Na razie jako nawigacja się sprawdzam, niestety nie działam poza granicami kraju. :)

        • …. „jeszcze” nie działasz poza granicami kraju! Ale kobiety tak mają, mnie też zawsze pilotuje żona, próbowaliśmy odwrotnego układu i tu się okazywało, że ja (jako pilot) jestem najsłabszym ogniwem, zbyt duże ryzyko było, że mnie pani kierowca wysadzi w ciemnym lesie, na złość biednym wilkołakom i zmorom.

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Theme by Anders Norén