69km do serwisu


69km do serwisu to klasyczna opowieść drogi, z której wynika, że czasem 69km to jest mniej kilometrów niż 5. Wpis został doprawiony pewną dozą złośliwości, wszystkie osoby alergicznie reagujące na ten składnik proszone są o wybranie tego linku.

Człowiek z natury rzeczy jest leniwy. Bardzo rzadko przemieszcza się na własnych dwóch odnóżach. Już od biblijnych dziejów w tle głównej akcji występują osiołki, koniki, nawet słonie. A za nimi lub na nich różne pojazdy.

Ciekawe tylko, że nawet w dziełach stanowiących klasykę gatunku nikt nie wspomina o takich detalach jak serwisowanie rydwanów. Naprawa dyliżansów. Wymiana sworzni w machinach oblężniczych. Historia pomija bardzo istotny aspekt – serwisów, w tym serwisów autoryzowanych. I o mojej wizycie w jednym z nich jest ten tekst.


W poszukiwaniu rodzinnego pojazdu

Taka mała retrospekcja. Rok 2013, szukamy pojazdu rodzinnego. Trudno cokolwiek znaleźć w godziwej cenie. Odwiedzamy okolicznych dealerów rozmaitych marek, niewiele pojazdów  nam się nie podoba, a jeśli podoba, to są obłędnie drogie. W jednym z salonów korpulentny (ale niekompetentny) pan sprzedawca w koszuli flanelowej pakuje nas do „wersji poliftowej” pojazdu – tak nam tłumaczy – i całą drogę zanudza szczegółami technicznymi. Po zakończonej jeździe testowej, widząc nasz brak zachwytu a wręcz chęć szybkiej ucieczki, próbuje nas namówić do „wspaniałej okazji” zakupu auta demonstracyjnego – zabrudzonego pojazdu w kolorze lekko wypłowiałego krowiego placka. Uciekamy z tego salonu, zniesmaczeni i zniechęceni do marki.

Szukamy dalej. Krąg poszukiwań sięga już 60km – po prostu małe lokalne salony nie mają poszukiwanych przez nas wersji silnikowych, bądź nadwozia. Przypadkiem jadąc do salonu pewnej marki na „F”, zbaczamy po drodze do salonu firmy, która tak nas rozczarowała w naszych okolicach.

Kolejno otrzymujemy kluczyki różnych wersji pojazdu i życzenia „szerokiej drogi”! Na nasze zdziwienie, że czemu nikt z obsługi się z nami do środka nie zabiera, pani patrzy z wyrozumiałym uśmiechem.

Przecież jak państwo mają podjąć decyzję, gdy w środku siedzi masz sprzedawca?

I co się okazuje? Że pan sprzedawca z poprzednio odwiedzanego salonu tej marki wcale nam nie sprzedawał wersji poliftowej, kłamczuszek. A ta wersja II fajna jest. Nawet bardzo. Więc zamawiamy autko nie w salonie 5km ale 69km od nas. Mając świadomość trudności z dalszym serwisowaniem (dojazd, czas itp.).

Do lokalnego serwisu mimo wszystko zawitałem kilkukrotnie, chodziło o detale. Poziom obsługi był taki sobie, salon ma brudne szyby, jest zarośnięty chwastami,  bardzo zniechęca do bliższych kontaktów. kilkukrotnie obserwuję spięcia na linii serwisant – klienci odbierający po raz kolejny nieumyte po przeglądzie pojazdy, w których znowu czegoś przy przeglądzie nie dopatrzono.

Zepsuty pierdziulnik

Auta, jak sama nazwa wskazuje, służą to autopsucia się. Zazwyczaj czynią to po gwarancji. W naszym przypadku samochodu za rozsądną cenę zepsuł się taki mały elektroniczny pierdziulnik ukazujący na malutkim ekranie kokpitu to, co się rozgrywa za naszym rodzinnym pojazdem, gdy wrzucamy wsteczny bieg. Zamiast widoku wstecznych perspektyw mieliśmy niebieski ekran śmierci. Czyjej, to miało się okazać dopiero po najbliższych cofaniu i skróceniu czyjegoś przechodzącego za naszym tylnym zderzakiem, żywota.

Serwis nieopodal

No ale że przechytrzyliśmy system, kupując pojazd o 7 letniej gwarancji, to pojechałem jednak do najbliższego autoryzowanego serwisu – 5km od miejsca zamieszkania. Pojechałem blisko, bo pomyślałem, że po co jechać tak daleko, skoro z takim pierdziulnikiem (na pewno prostym do naprawy) można jechać blisko? Logika tego zapętlonego wywodu wręcz mnie poraziła, powodując miłe swędzenie pomiędzy uszami, tam, gdzie w wypadku ludzi (poza politykami) występuje szara masa myślących komórek.

No i tak już po tygodniu oczekiwania (Pan Elektryk zajętym jest) meldowaliśmy się na audiencję u tegoż. Tenże stwierdził, że się zeszło było pierdziulnikowi na śmierć, choć czasem na wykresie EKG były jakieś szumy i trzaski i przebłyski. Coś jak u naszego ministra wojny, gdy pojawia się w zasięgu jego sępiego wzroku wierna i oddana twarz jego wiernego przybocznego asystenta o nieukończonym wyższym wykształceniu.

No i przeszliśmy do procedury umawiania się na wymianę kamery. I wtedy dowiedziałem się, że kamera będzie w serwisie za dwa tygodnie (!!???) a samą wymianę pan serwisant proponuje w sobotę 28. Na mój zdziwiony i pytający wzrok, pan dokończył zdanie… „28. stycznia”. Upewniłem się. Było 15 grudnia a naprawa … 28. stycznia?

– Tak! Bo wie pan, tyle napraw gwarancyjnych, przeglądów…

Widząc moje spopielające spojrzenie Clarka Kenta wydukał to, co przeczytał na mojej pomarszczonej złością twarzy:

pan to wygląda, jakby miał inne serwisy obdzwonić, tak?

Pożegnaliśmy się wyjątkowo ozięble, pan prosił tylko o info czy trzymać termin 28. stycznia. Uśmiechnąłem się wieloznacznie, poinformowałem go, że i tak do serwisu z reguły dodzwonić się nie da, a nawet jeśli łącza nie są zajęte, to nikt nie podnosi słuchawki. I nie ma opcji oddzwonienia po loteryjnie wygranym dodzwonieniu się do pani sekretarki.

69km do serwisu

Zadzwoniłem więc do Katowic. Był piątek a najbliższy termin w … poniedziałek – musiałem jednak powtórnie jechać na diagnozę. Zacząłem drążyć temat ewentualnego sprowadzenia  pierdziulnika. A tu WOW, ten będzie po 2 dniach od zamówienia.

Aha i mam przestać mówić o kamerze per „pierdziulnik”. Bo kosztuje w detalu serwisowym pół mojej wypłaty (gdy na chińskim serwisie aukcyjnym 50zł).  Ale mniejsza o to. Po 2 dniach (a nie tygodniach) kamera się w serwisie pojawiła i czekała na mnie i na stęsknione dłonie pana elektryka.

Montaż nastąpił więc 3 dni od diagnozy (a nie po pięciu tygodniach). Nawet auto gratis mi umyto, bo pana serwisanta wzruszyła moja opowieść o złym serwisie. I o moim 69 km dojeździe.

Ale to nie koniec usterek

I tu by właściwie było miejsce na pointę, że warto jeździć (nawet daleko) do lepszych serwisów, gdyby nie fakt, że we wtorek przestał działać Bluetooth w fabrycznym zestawie audio.

Bluetooth to takie niebieskie niewidzialne fale, dzięki którym mój telefon potrafi grać audiobooki z głośników samochodowych. Albo odtwarzać głos mojego szefa, który do mnie dzwoni.

Zgłosiłem fakt w serwisie (tym dobrym). Niestety, na zestaw audio gwarancji dano na lat 3. Te minęły 2 miesiące temu. Czyli koniec z rozmowami przez mikrofon i głośniki w aucie.

A ja jeszcze nie zostałem na tyle odurzony dobrą zmianą, żeby zostawić wypłatę na wymianę całości osprzętu audio w samochodzie.

I kto tu wygrał? Chyba nikt, serwis nie zarobi na naprawie, producent nie zarobi na sprzedaży części – może tylko zarobi producent słuchawki do ucha, z mikrofonikiem. Który dopiero muszę kupić. Żeby móc w aucie pogadać. Choćby o dobrej zmianie.


Polecacie coś budżetowego do obsługi telefonu w aucie? 


Jeżeli spodobał Ci się ten tekst, lub jeśli masz do niego uwagi – zapraszam na fanpage bloga – zostaw komentarz, polub profil lub napisz do mnie prywatną wiadomość.

Będzie mi bardzo miło, jeśli udostępnisz tekst dalej, korzystając z poniższych ikonek. 

Bookworm

... to ja. Uwielbiam czytać. Jak każdy mól książkowy. Od niedawna też uwielbiam audiobooki. "On the run" – zawsze w biegu, skacząc z tematu na temat. O bieganiu, o kotach i o motoryzacji. I tak sobie biegam, coraz dalej i dalej aż do maratonu w Wenecji i w Walencji. Rozgość się na blogu, skomentuj, skrytykuj. I do zobaczenia na biegowych trasach.

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. Asia pisze:

    Ja mam od naszych azjatyckich przyjaciół ładowarkę samochodową, ktora po Bluetooth łączy się z telefonem i dźwięk leci na głośniki. Nie używam tego do rozmów, ale słucham muzyki czy nawigacje przez to obsluguje. Wtedy byłyby rozmowy z głośnika telefonu przez tę ładowarkę na głośniki auta. Nie wiem jaka byłaby jakość głosu, ale nawi i muzyka są dobrej jakości. Ładowarka ma dwa wejścia usb, wiec można ładować dwa urządzenia jednocześnie, tylko wtedy nie działa to przesyłanie dźwięku. :-) Mam nadzieję, że coś z tego rozumiesz, bo ja się nie znam zbytnio. Takue rzeczy to moja Połówka ;-)

  2. Asia pisze:

    Ja mam od naszych azjatyckich przyjaciół ładowarkę samochodową, ktora po Bluetooth łączy się z telefonem i dźwięk leci na głośniki. Nie używam tego do rozmów, ale słucham muzyki czy nawigacje przez to obsluguje. Wtedy byłyby rozmowy z głośnika telefonu przez tę ładowarkę na głośniki auta. Nie wiem jaka byłaby jakość głosu, ale nawi i muzyka są dobrej jakości. Ładowarka ma dwa wejścia usb, wiec można ładować dwa urządzenia jednocześnie, tylko wtedy nie działa to przesyłanie dźwięku. :-) Mam nadzieję, że coś z tego rozumiesz, bo ja się nie znam zbytnio. Takue rzeczy to moja Połówka ;-)

  3. Narwany pisze:

    Jaki z tego wniosek? Stare jest lepsze :D

  4. Narwany pisze:

    Jaki z tego wniosek? Stare jest lepsze :D

  5. U nas ten sam problem, naprawa naszej staruszki Hondy rzecz tak zawiła i długa jak twój maraton włoski :D A my korzystamy z urządzeń z Aliexpress ciagle konkurencyjna cena i o dziwo działają.. póki co :D

  6. Mr. Kaffeino pisze:

    A nie było bliżej pana Edzia „złotej rączki” który by to po cichu naprawił ?

    • Bookworm pisze:

      Do elektryka mam bardzo blisko. Ale nie mam znajomości, kolejki są kilkumiesięczne. Kiedyś myślałem, że to jest komis aut ekskluzywnych, myliłem się. To jest elektryk i kolejka do jego podwórka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.